Martín Caparrós, „Księżyc od nowiu do nowiu”: Szum – szum – generatora rozlewający się po hotelowym patio. Od prawie piętnastu lat w kraju nie ma prądu ani wody – wyjaśniają mi. A zatem żadne liberyjskie dziecko, młodsze czy starsze, nie wzięło nigdy prysznica, nie wie, co to znaczy nacisnąć pstryczek i zapalić lampę.
Mowa o Liberii, kraju wymyślonego przez białych jako raj dla czarnych, najstarszej republice w Afryce, powstałej w wyniku umowy między Amerykańskim Towarzystwem Kolonizacyjnym, a autochtonami, podpisanej w 1821 roku. Umowa ta gwarantowała wyzwolonym niewolnikom ze Stanów Zjednoczonych prawo do osiedlania się na terenach wykupionych dla nich przez Towarzystwo i spokojną, przyjazną egzystencję z osiemnastoma tubylczymi plemionami. Rzeczywistość nie przewidywała jednak aż tak optymistycznego scenariusza. To, co miało być rajem stało się piekłem, obietnica stała się przekleństwem. Napływający ze Stanów Zjednoczonych dawni niewolnicy błyskawicznie przekształcili się w panów. Nie tylko przejęli nawyki swoich dawnych prześladowców, ale zaczęli też stylizować się na nich nosząc surduty, kamizelki i cylindry, samych siebie nazywając Amerykanoliberyjczykami, za to tubylców – czarnuchami. Bez trudu zdołali zdominować i podporządkować sobie tubylczą ludność, wykorzystując ją w charakterze niewolniczej siły roboczej, pozbawionej jakichkolwiek praw. Rdzenni Afrykańczycy uzyskali prawo do głosowania (ograniczone cenzusem majątkowym) dopiero w 1947 roku. Ironia historii? Nie. Raczej ponura reguła. Niewolnicy nic nie wiedzą o wolności. Niemal cała Afryka jest tego dowodem.