Scott Kelly

Amerykański astronauta Scott Kelly. Człowiek, który spędził na orbicie prawie rok czasu. Analizę jego zdrowia opublikowano ostatnio w piśmie naukowym Circulation. Konkluzje są jednoznaczne – najbardziej nawet wymagający program ćwiczeń nie jest w stanie zatrzymać wpływu stanu nieważkości na ludzkie serce. Brak grawitacji sprawia, że nasze serce kurczy się. Dotychczas sądzono, że można temu przeciwdziałać między innymi przez odpowiednio dobrane ćwiczenia, ale ich efekt okazuje się być znikomy. Scott Kelly ćwiczył przez sześć dni tygodnia, biegał na bieżni, ćwiczył na rowerku, wykonywał ćwiczenia oporowe, co w tych warunkach musiało być sporym wysiłkiem dla organizmu. I nie pomogło to w niczym. W kosmosie nie ma grawitacji, serce nie musi pracować z tak dużą siłą jak na Ziemi, a to powoduje, że w efekcie zmniejsza się i słabnie.

Scott Kelly to ciekawa postać. Federacja Rosyjska przyznała mu medal „Za zasługi w eksploracji kosmosu„. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę Kelly zwrócił go, wysyłając go do rosyjskiej ambasady w Waszyngtonie z propozycją, by przekazano go „rosyjskiej matce, której syn zginął w tej niesprawiedliwej wojnie”. W jakiś czas potem pospołu z generałem broni Markiem Hertlingiem z armii Stanów Zjednoczonych opublikował na Twitterze instrukcje dla rosyjskich żołnierzy, jak należy sabotować używane przez nich czołgi T-72.

Liberia

Martín Caparrós, „Księżyc od nowiu do nowiu”: Szum – szum – generatora rozlewający się po hotelowym patio. Od prawie piętnastu lat w kraju nie ma prądu ani wody – wyjaśniają mi. A zatem żadne liberyjskie dziecko, młodsze czy starsze, nie wzięło nigdy prysznica, nie wie, co to znaczy nacisnąć pstryczek i zapalić lampę.

Mowa o Liberii, kraju wymyślonego przez białych jako raj dla czarnych, najstarszej republice w Afryce, powstałej w wyniku umowy między Amerykańskim Towarzystwem Kolonizacyjnym, a autochtonami, podpisanej w 1821 roku. Umowa ta gwarantowała wyzwolonym niewolnikom ze Stanów Zjednoczonych prawo do osiedlania się na terenach wykupionych dla nich przez Towarzystwo i spokojną, przyjazną egzystencję z  osiemnastoma tubylczymi plemionami. Rzeczywistość nie przewidywała jednak aż tak optymistycznego scenariusza. To, co miało być rajem stało się piekłem, obietnica stała się przekleństwem. Napływający ze Stanów Zjednoczonych dawni niewolnicy błyskawicznie przekształcili się w panów. Nie tylko przejęli nawyki swoich dawnych prześladowców, ale zaczęli też stylizować się na nich nosząc surduty, kamizelki i cylindry, samych siebie nazywając Amerykanoliberyjczykami, za to tubylców – czarnuchami. Bez trudu zdołali zdominować i podporządkować sobie tubylczą ludność, wykorzystując ją w charakterze niewolniczej siły roboczej, pozbawionej jakichkolwiek praw. Rdzenni Afrykańczycy uzyskali prawo do głosowania (ograniczone cenzusem majątkowym) dopiero w 1947 roku. Ironia historii? Nie. Raczej ponura reguła. Niewolnicy nic nie wiedzą o wolności. Niemal cała Afryka jest tego dowodem.

Transaborcja

Demokrata, jeden z kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych w przyszłych wyborach, Julián Castro, gwarantuje kobietom „trans”, czyli mężczyznom, którzy zmienili płeć, swobodny dostęp do aborcji. Brawo, bardzo hojna obietnica wyborcza. Tylko, że terapia zastępcza powoduje – o ile mi wiadomo – rozwój trzeciorzędnych cech płci żeńskiej, takich jak piersi, redystrybucja tkanki tłuszczowej, niższy stosunek talii do bioder, lecz nie zapewnia czegoś takiego jak macica. Chyba, że znów coś przegapiłem …