W naszej saunie na Sundzie jest duże, prawie cało ścienne okno, przez które w pogodne dnie widać sylwetkę odległej Kopenhagi. Wczoraj było słonecznie i bezwietrznie, ciepło, większość saunowiczów opalała się na pomostach, więc w saunie było bez tłoku, pięć osób licząc ze mną. W pewnym momencie mężczyzna siedzący na środkowej półce, z najlepszym widokiem na Sund, wykrzyknął prawie z entuzjazmem: titta! titta! (patrzcie! patrzcie!), wskazując coś palcem dramatycznie wyciągniętej ręki. Ton jego głosu, pełen zdumienia i zaskoczenia, sugerował coś tak ważnego, że wszyscy podążyliśmy wzrokiem w tym kierunku. Ale na horyzoncie nie było nic. Nic. To samo spokojne morze, mglisty, nieco postrzępiony kontur Kopenhagi gdzieś tam na drugim brzegu, kilka żagli leniwie kołyszących się na wodzie, spory statek handlowy zmierzający w stronę mostu między Malmö i Kopenhagą. Nic. Wszystko jak zwykle. Spojrzeliśmy na niego pytająco. Wówczas on, potrząsając ręką, prawie z irytacją wykrzyknął: No, nie widzicie?! Samolot! Samolot! Tam. Wysoko! Rzeczywiście. Teraz dojrzeliśmy go wszyscy. Na lotnisko w Kopenhadze podchodził do lądowania duży, pasażerski Boeing, co jeszcze kilka tygodni temu, w epoce przed korona wirusem, było widokiem tak zwyczajnym, że prawie przestawaliśmy je widzieć. Stanowiły jeden z elementów pejzażu, lotnisko w Kopenhadze jest duże, samoloty lądowały tu w odstępach paru minut, jedne po drugich, karnym szeregiem. Nie wytrzymałem. Mimowolnie parsknąłem śmiechem, pozostali natychmiast poszli w moje ślady, śmialiśmy się długo i serdecznie. Przez moment poczułem się jak Indianin z puszczy nad Orinoko, który po raz drugi w swoim życiu ujrzał lecącego żelaznego ptaka. Chyba wszyscy mieliśmy to samo uczucie.