Książki

Zawsze lubiłem książki poznaczone przez czytelników uwagami pisanymi na marginesach, między akapitami, zwykle drobnym pismem, by tylko przekazać jak najwięcej, niekiedy nerwowym, przyozdobionym wieloma wykrzyknikami, niekiedy bardzo wyważonym, rozsądnym i czytelnym. Te adnotacje, noty i komentarze przypominały odznaczenia bojowe albo chlubne i zaszczytne blizny, świadczące o dziesiątkach odbytych pojedynków, wielu gwałtownych sprzeczkach, namiętnościach lub radosnych chwilach poczucia wspólnoty. Były czymś w rodzaju osobnej książki w książce, nowymi, ciekawymi wątkami, które uzupełniały to, co autor przemilczał, pominął albo chciał ukryć. Podobała mi się hojność tych książek, ich gotowość do dzielenia się czymś ważnym z innymi ludźmi, ich gościnność, ekscytujące zaproszenie do gry, która niejednokrotnie bez zapowiedzi opuszczała ich strony i przenosiła się w realne życie. Dzisiaj już nie zdarza się to prawie wcale. Czytelnik nie czyta, lecz konsumuje. Konsument nie ma nic do powiedzenia i traktuje książkę z przesadną dbałością, trochę niczym biedak, który zakupił politurowaną komodę, i bardzo dba o to, by jej nie uszkodzić, nie poniszczyć i, broń boże, nie porysować, bo była droga, kosztowała sporo ciężko zapracowanych pieniędzy.