Książki

Zawsze lubiłem książki poznaczone przez czytelników uwagami pisanymi na marginesach, między akapitami, zwykle drobnym pismem, by tylko przekazać jak najwięcej, niekiedy nerwowym, przyozdobionym wieloma wykrzyknikami, niekiedy bardzo wyważonym, rozsądnym i czytelnym. Te adnotacje, noty i komentarze przypominały odznaczenia bojowe albo chlubne i zaszczytne blizny, świadczące o dziesiątkach odbytych pojedynków, wielu gwałtownych sprzeczkach, namiętnościach lub radosnych chwilach poczucia wspólnoty. Były czymś w rodzaju osobnej książki w książce, nowymi, ciekawymi wątkami, które uzupełniały to, co autor przemilczał, pominął albo chciał ukryć. Podobała mi się hojność tych książek, ich gotowość do dzielenia się czymś ważnym z innymi ludźmi, ich gościnność, ekscytujące zaproszenie do gry, która niejednokrotnie bez zapowiedzi opuszczała ich strony i przenosiła się w realne życie. Dzisiaj już nie zdarza się to prawie wcale. Czytelnik nie czyta, lecz konsumuje. Konsument nie ma nic do powiedzenia i traktuje książkę z przesadną dbałością, trochę niczym biedak, który zakupił politurowaną komodę, i bardzo dba o to, by jej nie uszkodzić, nie poniszczyć i, broń boże, nie porysować, bo była droga, kosztowała sporo ciężko zapracowanych pieniędzy.

Szczerość

20 listopada w centrum Tbilisi mężczyzna napadł na parabank MBC i z atrapą granatu w ręku uwięził 11 zakładników. Relację z napadu zaaranżował na żywo na Facebooku. Może nie warto byłoby o tym wspominać, gdyby nie bardzo szczególny charakter jego żądań. Mianowicie, domagał się pełnego i kategorycznego zakazu hazardu w całej Gruzji, zmniejszenia oprocentowania kredytów do co wyżej 7 proc. oraz kontroli państwa nad cenami leków. Oryginalność tych żądań polega na tym, że są najboleśniej i najintymniej osobiste i w wydaniu w pełni kolokwialnym brzmiałyby następująco: zlikwidujcie te cholerne automaty do gry, którym w żaden sposób nie potrafię się oprzeć, obniżcie oprocentowanie kredytów, które zaciągnąłem, by móc z przyjemnością i pasją oddawać się grze i zmniejszcie ceny leków bez których, z powodu powstałych przez to problemów psychicznych, nie mogę się już obejść. Przesadna szczerość zawsze ociera się o śmieszność.

Paradoks hazardzisty

Mój znajomy, wierny gracz w lotto, wypełniając cotygodniowy kupon sprawdza zawsze numery z poprzedniego losowania. Zapytałem go o przyczynę. Wydawał się być szczerze zaskoczony pytaniem. Dla niego było oczywiste, że prawdopodobieństwo powtórzenia się tych samych lub podobnych numerów w kolejnym losowaniu musi być znikome. On widział w tym ciągłość. Ten fenomen nazywany jest paradoksem hazardzisty – jesteśmy przekonani (zgodnie z intuicją, choć wbrew logice), że mechanizm w grach losowych „zapamiętuje” wyniki poprzednich losowań, że gra, powielana każdego tygodnia, jest jakąś kontynuacją. To z tego powodu zakreślając w lotto cyfry wybieramy te, które były nieobecne lub padały rzadko. Wierzymy, że teraz przyszła ich kolej. Jest to złudzenie, oczywiście, bo po każdym losowaniu prawdopodobieństwo powraca do punktu zero, punktu wyjścia, zaczyna się od nowa i nie ma powodów, by za tydzień nie pojawiły się dokładnie te same numery, które wypadły ostatnim razem. Każda nowa gra jest bowiem pierwszą i ostatnią. Na tej samej zasadzie wierzymy też, że nasz szczęśliwy fart lub przeciwnie, nieustanny pech, nie mogą trwać bez końca, że po jednym czy drugim takim zdarzeniu musi nastąpić zmiana. Tymczasem zarówno jedno, jak i drugie może dość długo powtarzać się w takich sekwencjach – nie ma przecież nic takiego, jak jakiś licznik czy kalkulator, które rejestrowałaby i tasowały szczęśliwe czy pechowe zdarzenia w naszym życiu. Każde zdarzenie, podobnie jak każda gra, jest zawsze pierwsze i ostatnie.