Miłość

Miłość, uciekinier z puszki Pandory, dyskretnie podrzucony przegranym i biedakom. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby się na to narażać? Zwłaszcza, iż od dawna wiadomo, że nie jest to pojedynek do wygrania. Miłość „łamie golenie”, jak ongiś mawiano, miłość jest destrukcyjna, nie respektuje niczego i nie dba o nic. Niegdyś ludzie pobierali się powodując się rozsądkiem i potem żyli ze sobą wiele lat, przeważnie całe życie. Rozsądek jest bardzo zręcznym dyplomatą, a wspólne życie właśnie tego wymaga. Dzisiaj wszyscy chcą być namaszczeni przez miłość i rzadko potem wytrzymują ze sobą dłużej niż od wiosny do zimy.

Józef Bem

Generał Józef Bem. Barwna i nietuzinkowa postać naszej historii, nieformalny dowódca rewolucji wiedeńskiej z 1848 r., naczelny wódz powstania węgierskiego 1848-1849, marszałek armii Imperium Osmańskiego, bohater narodowy Polski, Węgier oraz Turcji. Oficjalne źródła informują bardzo dyskretnie, że w 1823 roku zabił w pojedynku „nieznanego” przeciwnika, sam otrzymując ciężki postrzał w udo, co spowodowało, że do końca życia kulał. Zdarzenie to opisuje Józef Jaszowski w „Pamiętniku dowódcy rakietników konnych”. Bem i Jaszowski stacjonowali razem w pułku w Łęczycy, a tym „nieznanym przeciwnikiem” Bema był oficer o nazwisku Nowicki. Według portretu Jaszowskiego był to mężczyzna w średnim wieku, „dla ciężkich ran inwalid; z nikim nie żył i unikano go powszechnie, jako zbyt lubiącego kieliszek, którym się jedynie, jako i polowaniem zatrudniał codziennie; strzelał doskonale i odbył kilka pojedynków szczęśliwie, tak przynajmniej wieść o nim chodziła. Według wyjaśnień Jaszowskiego pojedynek miał się odbyć między wspomnianym Nowickim, a ich kolegą porucznikiem Turowskim, ale ponieważ Turowski leżał wówczas obłożnie chory, więc Bem, żeby nie zwłóczyć, wziął sprawę kolegi na siebie i wyzwał go na pistolety. Bem strzelał znakomicie, Nowicki stracił życie w tym pojedynku, ale wcześniej, bowiem oddawał strzał jako pierwszy, trafił Bema w prawe udo. Jaszowski pisze dalej, że jego kolega Bem za to poszedł na reformę, tj. na pół żołdu, a wreszcie wziął dymisję; lecz kuli, która zapewne jedną stronę kości piszczelowej przebiła i w szpiku utkwiła, znaleźć nie mogli ani tu w kraju, ani w Paryżu, ani w Lizbonie, ani w Wiedniu, i z nią do grobu poszedł jako basza turecki w Azji, odznaczywszy się wprzódy jako jenerał w wojnie węgierskiej przeciw Austrii w Siedmiogrodzie.

Książki

Zawsze lubiłem książki poznaczone przez czytelników uwagami pisanymi na marginesach, między akapitami, zwykle drobnym pismem, by tylko przekazać jak najwięcej, niekiedy nerwowym, przyozdobionym wieloma wykrzyknikami, niekiedy bardzo wyważonym, rozsądnym i czytelnym. Te adnotacje, noty i komentarze przypominały odznaczenia bojowe albo chlubne i zaszczytne blizny, świadczące o dziesiątkach odbytych pojedynków, wielu gwałtownych sprzeczkach, namiętnościach lub radosnych chwilach poczucia wspólnoty. Były czymś w rodzaju osobnej książki w książce, nowymi, ciekawymi wątkami, które uzupełniały to, co autor przemilczał, pominął albo chciał ukryć. Podobała mi się hojność tych książek, ich gotowość do dzielenia się czymś ważnym z innymi ludźmi, ich gościnność, ekscytujące zaproszenie do gry, która niejednokrotnie bez zapowiedzi opuszczała ich strony i przenosiła się w realne życie. Dzisiaj już nie zdarza się to prawie wcale. Czytelnik nie czyta, lecz konsumuje. Konsument nie ma nic do powiedzenia i traktuje książkę z przesadną dbałością, trochę niczym biedak, który zakupił politurowaną komodę, i bardzo dba o to, by jej nie uszkodzić, nie poniszczyć i, broń boże, nie porysować, bo była droga, kosztowała sporo ciężko zapracowanych pieniędzy.