Drzwi, które otwierają się na zewnątrz domu czy mieszkania wydawały mi się zawsze w jakiś sposób antypatyczne i nieprzyjazne. Być może przez efekt odpychania, niechęci i nieufności – otwierają się na nas, zmuszają nas, abyśmy cofnęli się zanim pozwolą nam przekroczyć próg. Takie drzwi nie sprawiają wrażenia życzliwych i zapraszających. W dawnym Rzymie drzwi otwierały się zawsze do wnętrza domu, a my przyjęliśmy to po nich, jak zresztą setki innych zwyczajów i tradycji. Tymczasem rzymskie drzwi nie bez powodu otwierały się do wnętrza. Otwierając je na ulicę, wykorzystywałoby się jakąś cząstkę gruntów publicznych do prywatnych celów, a to w starożytnym Rzymie było obłożone podatkiem tak wysokim, że tylko wyjątkowo bogaci ludzie mogli sobie na to pozwolić. I zasada ta przetrwała do naszych czasów. Zmodyfikowały ją dopiero współczesne przepisy związane z kwestiami bezpieczeństwa – drzwi, zwłaszcza w budynkach publicznych i lokalach, otwierają się na zewnątrz, by umożliwić szybkie i sprawne opuszczenie wnętrza. Tradycyjne drzwi, rzymskie drzwi, otwierające się do wnętrza, były przyczyną wielu tragedii, gdyż ogarnięty paniką tłum, na przykład w wypadku pożaru, napierając na drzwi, miał małe szanse, by je otworzyć. Wolę jednak drzwi rzymskie – są hojne i wielkoduszne.