Kobieta Jesse Strang

Dzisiejsza informacja prasowa o tym, że pewna młoda kobieta wdarła się do szkoły średniej w Tumbler Ridge w Kandzie i zastrzeliła kilka osób, w tym uczniów, natychmiast wydała mi się, jeśli nie podejrzana, to co najmniej dziwna. Masowe morderstwa nie są „specjalnością” kobiet i zdarzają się szalenie rzadko (nie potrafię wymienić niczego takiego poza przypadkiem Aileen Wuornos). Kobiety z reguły nie dokonują tego typu egzekucji, a w tej sytuacji najwyraźniej to egzekucja miała miejsce.

Chwila dalszego szukania w Internecie potwierdziła moje domysły. Informacja była błędna i świadomie przekłamana. Zabójcą okazał się Jesse Strang, transpłciowy mężczyzna, który proces tranzycji rozpoczął dopiero kilka lat temu, ale przedstawiany jest przez liberalne media, a nawet policyjne meldunki, jako „kobieta”. To on zastrzelił 9 osób, 25 ranił, a sam popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę.

Jednym z najbardziej podstępnych i destrukcyjnych procesów cywilizacyjnych naszego wieku jest cenzura korygująca, skrajnie obłudna i amoralna, a coraz powszechniej uprawiana przez „nowy wspaniały świat” lansujący totalny permisywizm. Ta cenzura nie zakazuje. W miejsce zakazów oferuje przyjemność, stabilność i brak stresu. Jej skutkiem, wyraźnie widocznym już w naszej psychice, jest lawinowo postępujący zanik zdolności rozpoznawania sprzeczności. Coraz częściej nie tylko bez problemów połykamy, ale coraz bardziej ochoczo akceptujemy wszystkie logicznie wykluczające się stwierdzenia, przez moment nawet nie odbierając ich jako problemu poznawczego czy moralnego. W świecie zdominowanym przez obraz, skrót i emocję łatwo traci się zdolność myślenia sekwencyjnego, łatwo przestaje się łączyć przyczyny i skutki oraz – co gorsza – zatraca się wrażliwość na sprzeczności, nawet gdy są ewidentne i uderzające. Jesse Strang nie był kobietą. Był mężczyzną, biednym i zagubionym frustratem, któremu zamiast tranzycji płciowej społeczeństwo powinno było zaproponować stosowną kurację psychiatryczną, bo być może wówczas zdołanoby zapobiec tej tragedii.

Byron i kołdra

Wyjątki z Dziennika Byrona: Napisałem część tragedii. W akcie pierwszym postępowałem „z całym rozważnym pośpiechem”. Kupiłem kołdrę. Gdyby nie dało się podziwiać i lubić Byrona z żadnego innego powodu, to ostatnie zdanie w tym zapisie, „kupiłem kołdrę”, byłoby wystarczającym do tego pretekstem. Spróbujmy to jakoś pogodzić: jeden z największych poetów romantycznych, skandalista i uwodziciel pisze najpierw część tragedii, potem idzie kupować kołdrę i uznaje za stosowne, by wspomnieć o tym w swoim Dzienniku. Wyborne.

W innym miejscu: 16 stycznia 1821: Czytałem – jeździłem konno – strzelałem z pistoletów – wróciłem – jadłem obiad – pisałem – składałem wizytę – mówiłem głupstwa i wróciłem do domu.

Drzwi

Drzwi, które otwierają się na zewnątrz domu czy mieszkania wydawały mi się zawsze w jakiś sposób antypatyczne i nieprzyjazne. Być może przez efekt odpychania, niechęci i nieufności – otwierają się na nas, zmuszają nas, abyśmy cofnęli się zanim pozwolą nam przekroczyć próg. Takie drzwi nie sprawiają wrażenia życzliwych i zapraszających. W dawnym Rzymie drzwi otwierały się zawsze do wnętrza domu, a my przyjęliśmy to po nich, jak zresztą setki innych zwyczajów i tradycji. Tymczasem rzymskie drzwi nie bez powodu otwierały się do wnętrza. Otwierając je na ulicę, wykorzystywałoby się jakąś cząstkę gruntów publicznych do prywatnych celów, a to w starożytnym Rzymie było obłożone podatkiem tak wysokim, że tylko wyjątkowo bogaci ludzie mogli sobie na to pozwolić. I zasada ta przetrwała do naszych czasów. Zmodyfikowały ją dopiero współczesne przepisy związane z kwestiami bezpieczeństwa – drzwi, zwłaszcza w budynkach publicznych i lokalach, otwierają się na zewnątrz, by umożliwić szybkie i sprawne opuszczenie wnętrza. Tradycyjne drzwi, rzymskie drzwi, otwierające się do wnętrza, były przyczyną wielu tragedii, gdyż ogarnięty paniką tłum, na przykład w wypadku pożaru, napierając na drzwi, miał małe szanse, by je otworzyć. Wolę jednak drzwi rzymskie – są hojne i wielkoduszne.