Ilekroć zdarzyło mi się pojechać gdzieś na wakacje, ale nie do Grecji, zawsze żałowałem mojej decyzji już w chwili przybycia na miejsce. Czułem się jak ktoś, kto popełnił niewybaczalny błąd lub zgoła przestępstwo. W zeszłym roku postanowiłem zaprzestać eksperymentów i tradycyjnie wybrałem się do Grecji, ale dla odmiany do Grecji północnej, gdzie jeszcze nie byłem, do Chalkidiki, dzieląc pobyt między dwa półwyspy, Kasandrę i Sithonię. I zacząłem żałować mojej decyzji już w chwili przybycia na miejsce, bo znów poczułem się tak, jakbym znalazł się gdzieś indziej – odkryłem ze zdumieniem, że nie jestem w Grecji.
Nie było tam mojej Grecji, Grecji dumnej i surowej, porosłej ciernistą fryganą, wypalonej nimfoleptycznym słońcem, wysmaganej meltemi i saharyjskim piaskiem, niesionym przez sirocco. Nie była to Grecja Peloponezu i Mani, Grecja attycka, Grecja z Krety czy Grecja z wysp morza Egejskiego, Grecja ruin antycznych teatrów, Grecja skruszałych marmurowych kolumn i porażającej jaskrawości słońca. Północna Grecja okazała się być słowiańsko miałka i sielankowa, akwarelowa, pozbawiona właściwych dla niej ostrych, aż raniących konturów. Kolory północnej Grecji są łagodniejsze i stonowane, zapachy bardziej orientalne. Ta Grecja jest niegrecka.