Niegrecka Grecja

Ilekroć zdarzyło mi się pojechać gdzieś na wakacje, ale nie do Grecji, zawsze żałowałem mojej decyzji już w chwili przybycia na miejsce. Czułem się jak ktoś, kto popełnił niewybaczalny błąd lub zgoła przestępstwo. W zeszłym roku postanowiłem zaprzestać eksperymentów i tradycyjnie wybrałem się do Grecji, ale dla odmiany do Grecji północnej, gdzie jeszcze nie byłem, do Chalkidiki, dzieląc pobyt między dwa półwyspy, Kasandrę i Sithonię. I zacząłem żałować mojej decyzji już w chwili przybycia na miejsce, bo znów poczułem się tak, jakbym znalazł się gdzieś indziej – odkryłem ze zdumieniem,  że nie jestem w Grecji.

Nie było tam mojej Grecji, Grecji dumnej i surowej, porosłej ciernistą fryganą, wypalonej nimfoleptycznym słońcem, wysmaganej meltemi i saharyjskim piaskiem, niesionym przez sirocco. Nie była to Grecja Peloponezu i Mani, Grecja attycka, Grecja z Krety czy Grecja z wysp morza Egejskiego, Grecja ruin antycznych teatrów, Grecja skruszałych marmurowych kolumn i porażającej jaskrawości słońca. Północna Grecja okazała się być słowiańsko miałka i sielankowa, akwarelowa, pozbawiona właściwych dla niej ostrych, aż raniących konturów. Kolory północnej Grecji są łagodniejsze i stonowane, zapachy bardziej orientalne. Ta Grecja jest niegrecka.  

Skoutari

Skoutari. Piękna plaża z krystalicznie czystą wodą. Tawerna rybna tuż przy brzegu i kilka hotelowych pokoi w Fisherman`s House, z niewielkimi tarasami, dwa metry od brzegu morza. Wszystko w bieli i błękicie. Wokół pusto, tylko w oddali jakiś rybak rozplątujący sieci. Na jednym z tarasów młoda para, nie więcej niż dwadzieścia kilka lat, opaleni i uśmiechnięci, kilka minut temu wyszli z wody. Teraz oboje z książkami w rękach. Naszą uwagę zwraca lektura młodego mężczyzny. Postrzegamy angielski tytuł „Mani. Wędrówki po Peloponezie” P. Fermora. Natychmiast wymieniamy uśmiechy, kilka słów o Fermorze, tak, jest najlepszy, o Mani tylko on, i żegnamy się już jak członkowie tego samego elitarnego klubu, tajnego sprzysiężenia. Ci młodzi ludzie czytający Fermora są jakąś nadzieją.

Seferis i Sparta

Seferis o „idyllicznym” krajobrazie Sparty. To prawda. Krajobraz Sparty jest idylliczny. Co za przewrotny i zaskakujący kontrapunkt – Sparta i idylla. A jednak. I nie ma tu miejsca na myśl o Likurgu. Nic z tego, co zwykle kojarzymy ze Spartą. To radosne, niemal oszałamiające przeżycie, gdy parkując samochód przed hotelem Menelaion przy Palaiologou, ujrzałem przez wąską szczelinę biegnącą ku górze, przez uliczkę Vrasidou, zbocza Tajgetu. Sparta, której nigdy wcześniej nie potrafiłem sobie wyobrazić i Sparta, którą poznałem. Nawet Mani nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.

Inne trafne spostrzeżenie Seferisa: W Grecji biada ci, jeśli chcesz patrzeć przez cały czas; musisz zmniejszać przesłonę, jak podczas robienia zdjęć. W przeciwnym razie możesz sobie zaszkodzić … I to mówi Grek. I wie, co mówi. W Grecji łatwo zatracić się w patrzeniu.

Mojry

Mojry, boginie przeznaczenia i losu, to Kloto, Lachesis i Atropos. To one przędą nić ludzkiego życia. Kloto, Prządka, rozpoczyna nić życia, Lachesis, Udzielająca, snuje ją, a Atropos, Nieodwracalna, ucina. Przedstawiano je jako kobiety bardzo stare, o pomarszczonych, pooranych bruzdami głębokich zmarszczek twarzach, srebrnych włosach, związanych z tyłu głowy białymi wstążkami i przeraźliwie chudych ramionach wystających spod sukien z bielonego płótna. Ich woli musieli być posłuszni zarówno ludzie jak i bogowie. Spotkaliśmy je w Areopolis na Mani. Dwie z nich były bardzo młode i urodziwe, trzecia, nieco starsza, miała spokojną, łagodną twarz i ujmujący uśmiech. Były bez reszty zajęte dzieckiem leżącym w wózku. Tawerna, którą prowadziły nazywała się „Mojry”. Coś, co może zdarzyć się tylko w Grecji.