Przeczytałem dzisiaj, że nijaki Ricky Martin, chyba piosenkarz, po sześciu latach zgodnego pożycia małżeńskiego, rozwodzi się ze swoim mężem, Jwanem Yosefem, obywatelem szwedzkim syryjskiego pochodzenia. I w tym miejscu dopadły mnie wątpliwości. Jeżeli bowiem Ricky był w tym związku żoną, to powinienem był napisać w poprzednim zdaniu, że jest on piosenkarką, a nie piosenkarzem. Język angielski nie nastręcza, co prawda, tego typu problemów, bowiem określenie singer w równym stopniu odnosi się do obu płci, ale nawet w angielskim istnieje dość jednoznaczne rozróżnienie między wife a husband. Spróbujmy więc inaczej: Ricky Martin, singer and wife, rozwodzi się ze swoim mężem. To już brzmi nieco lepiej, aczkolwiek i tak uważam, że posługiwanie się terminami mąż i żona w odniesieniu do związków homoseksualnych jest tak samo nieadekwatne i zwodnicze jak określanie przez weganów mianem kiełbasek obrzydliwej roślinnej papki. W obu przypadkach coś podszywa się pod coś innego i w obu przypadkach zawartość substancji, którą sugeruje nazwa, jest równa zeru.
Feminizacja, a może raczej infantylizacja homoseksualizmu w naszych czasach wykracza, niestety, bardzo daleko poza granice dobrego smaku. Achilles i Patroklos byli z całą pewnością kochankami, i byli mężczyznami, i jestem absolutnie przekonany, że gdyby Patroklos wpadł na pomysł, by nazywać się żoną, Achilles udusiłby go gołymi rękoma albo zabiłby go swoją pogardą. Homoseksualizm starożytnych Greków był spotkaniem ludzi dumnych i równych sobie. Obecnie jest to spotkanie pseudomężczyzny z pseudokobietą – nibymężczyzna i nibykobieta zawierają nibyzwiązek, a nibyspołeczeństwo udaje, że wszystko jest niby w porządku.