Nibylandia

Przeczytałem dzisiaj, że nijaki Ricky Martin, chyba piosenkarz, po sześciu latach zgodnego pożycia małżeńskiego, rozwodzi się ze swoim mężem, Jwanem Yosefem, obywatelem szwedzkim syryjskiego pochodzenia. I w tym miejscu dopadły mnie wątpliwości. Jeżeli bowiem Ricky był w tym związku żoną, to powinienem był napisać w poprzednim zdaniu, że jest on piosenkarką, a nie piosenkarzem. Język angielski nie nastręcza, co prawda, tego typu problemów, bowiem określenie singer w równym stopniu odnosi się do obu płci, ale nawet w angielskim istnieje dość jednoznaczne rozróżnienie między wife a husband. Spróbujmy więc inaczej: Ricky Martin, singer and wife, rozwodzi się ze swoim mężem. To już brzmi nieco lepiej, aczkolwiek i tak uważam, że posługiwanie się terminami mąż i żona w odniesieniu do związków homoseksualnych jest tak samo nieadekwatne i zwodnicze jak określanie przez weganów mianem kiełbasek obrzydliwej roślinnej papki. W obu przypadkach coś podszywa się pod coś innego i w obu przypadkach zawartość substancji, którą sugeruje nazwa, jest równa zeru.

Feminizacja, a może raczej infantylizacja homoseksualizmu w naszych czasach wykracza, niestety, bardzo daleko poza granice dobrego smaku. Achilles i Patroklos byli z całą pewnością kochankami, i byli mężczyznami, i jestem absolutnie przekonany, że gdyby Patroklos wpadł na pomysł, by nazywać się żoną, Achilles udusiłby go gołymi rękoma albo zabiłby go swoją pogardą. Homoseksualizm starożytnych Greków był spotkaniem ludzi dumnych i równych sobie. Obecnie jest to spotkanie pseudomężczyzny z pseudokobietą – nibymężczyzna i nibykobieta zawierają nibyzwiązek, a nibyspołeczeństwo udaje, że wszystko jest niby w porządku.  

Niepolityczne zaimki

Lista przywar polskich polityków przypomina katalog telefoniczny sporego miasteczka. Na czołowym miejscu figuruje oczywiście zaimek osobowy „ja”, następnie nadchodzą zaimki dzierżawcze jak „mój” czy „moje”, a na trzeciej pozycji plasują się zaimki zwrotne typu „sobie”, czy „siebie”. Jednak przywarą zdecydowanie najgorszą, tą, która powoduje większość perturbacji w życiu politycznym kraju, jest nieokiełznana, bezczelna, tudzież bezwstydna megalomania, występująca zresztą u polityków niemal każdego szczebla, od powiatowych poczynając. Polski polityk, pytany o jakiś aktualny problem czy rzeczową ocenę sytuację, nieodmiennie zaczyna wypowiedź od następujących fraz: moim zdaniem, osobiście uważam, zgodnie z moim przekonaniem, prywatnie sądzę, w mojej opinii, według mnie, w moim odczuciu. Nie jest zapewne w stanie nawet wyobrazić sobie, że postawione pytanie wcale nie jest skierowane do niego, do niego jako Nowaka lub Kowalskiego, czyli osoby prywatnej, lecz do reprezentanta pewnego stronnictwa, partii politycznej czy frakcji. Nie, polski polityk jest święcie przekonany, że cały kraj oczekuje tylko na jego najbardziej osobiste, subiektywne, intymne dywagacje na ten czy inny temat i tylko one są ważne i istotne. Polski polityk nigdy nie wypowiada się w imieniu stronnictwa, które reprezentuje. Wypowiada się zawsze we własnym imieniu, podkreśla swoje prywatne zdanie, swoje prywatne poglądy czy prognozy rozwoju takiej czy innej sytuacji. Każdy polski polityk jest zawsze premierem rządu, a przynajmniej przywódcą partii, do której należy. I my wszyscy powinniśmy o tym wiedzieć. Jeżeli nie wiemy, natychmiast nas o tym poinformuje jego zdaniem, odczuciem, poglądem w tej sprawie, przekonaniem, opinią.

Polski polityk prawdopodobnie nie potrafi sobie wyobrazić, że jego osobiste zdanie może wygłaszać jedynie w domowym zaciszu, do żony, do kochanki, do dzieci, ewentualnie do znajomych, i też nie do wszystkich. Polski polityk nie rozumie najwyraźniej, że nikogo nie interesuje jego prywatne zdanie, bowiem prywatne zdanie nie jest w gruncie rzeczy niczym innym jak zwykłą, pospolitą plotką.

W ten oto prosty sposób polska polityka stała się rodzajem zinstytucjonalizowanego plotkarstwa, którego już nawet nikt nie kwestionuje, ba, nikt nie postrzega, chociaż to odrażające plotkarstwo z każdym dniem coraz bardziej dzieli ten kraj i zabija jego społeczeństwo.