Solivaganci

Frèdèric Gros „Filozofia chodzenia”. Krótkie, interesujące eseje o przypadłości bardzo pospolitej wśród twórców – samotne spacery, wędrówki.  Nietzsche był piechurem niezmordowanym, Rimbaud to „człowiek o podeszwach z wiatru”, jak określał go Verlaine, Rousseau twierdził, że chodzić, wędrować znaczy żyć, że najsprawniej myśli, gdy chodzi, Thoreau, autor „Sztuki chodzenia”, człowiek, który przemierzył Stany, Genet, Nerval, Màrai, Ginsberg, Burroughs, Nabokov, dziesiątki innych. W esejach Grosa nie ma co prawda ani słowa o Cioranie, ale jego „Zeszyty” też wypełniają wzmianki o samotnych spacerach po Paryżu i długich wędrówkach, często wielodniowych, po Francji. Czynność chodzenia jest fascynująca, chodzenie bowiem zawiesza naszą egzystencję, niweluje pytania, troski, zmartwienia, zwraca nam wolność, ciszę, sny na jawie, inicjuje rozmowy, których nigdy nie odbyliśmy i projektuje zdarzenia, które – z takich czy innych powodów – nigdy nie mogły się nam przydarzyć.

Zastanawiałem się często, jak najtrafniej nazwać tę „przypadłość”. Pierwszym słowem, które przychodzi na myśl jest popularne poriomania, ale drugi człon tego słowa, mania, dyskwalifikuje je przez natrętne odniesienie do patologii. Homo viator (łac. podróżny, pielgrzym) brzmi bombastycznie, napuszenie i średniowiecznie. Bliższe wydaje się być słowo flaner (fr.  flaneur – włóczęga, spacerowicz), ktoś, kto rozkoszuje się chodzeniem po mieście, kontemplacją miejskiego życia, obserwacją ulicznych zdarzeń i ludzi. Flaner nie jest jednak wędrowcą par exellence. To raczej typ spacerowicza, samotnika w tłumie ludzi, bywalca bulwarów, to przechodzień, który czerpie przyjemność z obserwowania strumienia ludzi i kolorowych świateł wystaw. Charles Baudelaire definiował flaneura jako poetę, widza miejskiego spektaklu, poszukiwacza nowoczesnosci, obserwatora.

Najtrafniejszym wydaje mi się angielskie słowo solivagant, z łac. solivagus, wędrować samotnie. Solivagant to ktoś, kto wędruje samotnie. W słowie tym mieści się nie tylko silna potrzeba bycia ze sobą samym, ze swoimi myślami, ale i wyraźny, choć bardzo dyskretny odcień eskapizmu, chwilowej ucieczki od świata i jego absurdów. Twórcy to solivaganci.