Z historii szaleństwa

Jesteśmy doskonale wyposażeni jako gatunek, a jednocześnie jesteśmy najgłupszymi, najpodlejszymi i najbardziej bezmyślnymi stworzeniami na świecie. Charakteryzuje nas okrucieństwo przechodzące wszelkie wyobrażenie, pasja niszczenia, która nie ma sobie równych, ale łazimy po tej planecie – którą tylko dla zaspokojenia dumy czy próżności gotowi bylibyśmy wysadzić w powietrze – i bezczelnie rozprawiamy o ideałach, Bogu, szlachetności, prawdzie, wieczności, i co tam jeszcze. Największy moralista czasów nowożytnych, Rousseau, był – jak setki jemu podobnych speców od naprawy świata – zimnym, pozbawionym uczuć psychopatą i potworem. Nie ma w naszej historii drugiej równie skorumpowanej, okrutnej, sadystycznej, zbrodniczej instytucji jak Kościół i nie ma drugiej, która z równą bezczelnością pouczałaby nas o tym, co dobre i co złe. Ideologia komunizmu spowodowała zagładę setek milionów ludzi na całym świecie, ale oblicza się, że w Szwecji, gdzie właśnie zbliżają się wybory, partia komunistyczna powinna otrzymać około 10 procent głosów. Zbrodniarze dostaną więc głosy prawie stu tysięcy ludzi. Ludzi? Jeżeli tak, to znaczy, że natura dała nam fascynująco krótką pamięć i zgoła biologiczny wstręt do jakiejkolwiek formy wiedzy.

                                                                  * * *

Według Hitlera Alpy miały stanowić granicę między Niemieckim Imperium Północy, ze stolicą w nowo powstałej Germanii, a Rzymskim Imperium Południa. Papież miał być powieszony w szatach pontyfikalnych na placu Św. Piotra, a katedrę w Strasburgu zamierzano przerobić na Pomnik Nieznanego Żołnierza. Hitler postulował także prace nad nowymi gatunkami zbóż, między innymi wiecznego żyta. Zamierzał też wprowadzić ogólnoeuropejski całkowity zakaz palenia papierosów (co zdaje się obecnie realizują jego epigoni), zarządzić przymusowy wegeterianizm (ta idea też jest w trakcie realizacji), odrodzić cymbryjską sztukę trykotarstwa, powołać ministra do spraw opieki nad psami oraz sekretarza do obrony przed komarami i owadami.

 

Solivaganci

Frèdèric Gros „Filozofia chodzenia”. Krótkie, interesujące eseje o przypadłości bardzo pospolitej wśród twórców – samotne spacery, wędrówki.  Nietzsche był piechurem niezmordowanym, Rimbaud to „człowiek o podeszwach z wiatru”, jak określał go Verlaine, Rousseau twierdził, że chodzić, wędrować znaczy żyć, że najsprawniej myśli, gdy chodzi, Thoreau, autor „Sztuki chodzenia”, człowiek, który przemierzył Stany, Genet, Nerval, Màrai, Ginsberg, Burroughs, Nabokov, dziesiątki innych. W esejach Grosa nie ma co prawda ani słowa o Cioranie, ale jego „Zeszyty” też wypełniają wzmianki o samotnych spacerach po Paryżu i długich wędrówkach, często wielodniowych, po Francji. Czynność chodzenia jest fascynująca, chodzenie bowiem zawiesza naszą egzystencję, niweluje pytania, troski, zmartwienia, zwraca nam wolność, ciszę, sny na jawie, inicjuje rozmowy, których nigdy nie odbyliśmy i projektuje zdarzenia, które – z takich czy innych powodów – nigdy nie mogły się nam przydarzyć.

Zastanawiałem się często, jak najtrafniej nazwać tę „przypadłość”. Pierwszym słowem, które przychodzi na myśl jest popularne poriomania, ale drugi człon tego słowa, mania, dyskwalifikuje je przez natrętne odniesienie do patologii. Homo viator (łac. podróżny, pielgrzym) brzmi bombastycznie, napuszenie i średniowiecznie. Bliższe wydaje się być słowo flaner (fr.  flaneur – włóczęga, spacerowicz), ktoś, kto rozkoszuje się chodzeniem po mieście, kontemplacją miejskiego życia, obserwacją ulicznych zdarzeń i ludzi. Flaner nie jest jednak wędrowcą par exellence. To raczej typ spacerowicza, samotnika w tłumie ludzi, bywalca bulwarów, to przechodzień, który czerpie przyjemność z obserwowania strumienia ludzi i kolorowych świateł wystaw. Charles Baudelaire definiował flaneura jako poetę, widza miejskiego spektaklu, poszukiwacza nowoczesnosci, obserwatora.

Najtrafniejszym wydaje mi się angielskie słowo solivagant, z łac. solivagus, wędrować samotnie. Solivagant to ktoś, kto wędruje samotnie. W słowie tym mieści się nie tylko silna potrzeba bycia ze sobą samym, ze swoimi myślami, ale i wyraźny, choć bardzo dyskretny odcień eskapizmu, chwilowej ucieczki od świata i jego absurdów. Twórcy to solivaganci.

Język francuski

Sàndor Màrai: Język francuski jest rzeczywiście jednym z największych cudów ludzkości. Wprost nie sposób bardziej zachwycająco, pociągająco, fascynująco opowiadać o własnej potworności, niż to czyni Rousseau po francusku, relacjonując, jakim to odrażającym łajdakiem był przez całe życie.