E. Cioran „Zarys rozkładu”: Do ostateczności posuwają się jedynie ci, których życie rozgrywa się poza sztuką. Samobójstwo, świętość, grzech – ileż postaci może przybrać zwykły brak talentu.
Tag: Cioran
Powściągliwy kat
E. Cioran „Zarys rozkładu”: W każdym z nas mieszka powściągliwy kat, niezrealizowany kryminalista. Ci, którzy nie mają śmiałości przyznać się przed sobą do tych morderczych skłonności, zabijają w snach, zapełniając trupami swoje nocne koszmary. Przed ostatnim trybunałem jedynie aniołowie zostaną uniewinnieni. Nigdy bowiem nie było człowieka, który nie życzyłby – choćby nieświadomie – śmierci komuś innemu. Każdy z nas ciągnie za sobą cmentarz pełen pogrzebanych przyjaciół i wrogów, i mało istotne jest, czy zepchnie go gdzieś w otchłanie serca, czy umieści pośród najbardziej jawnych pożądań.
Zarys rozkładu
E. Cioran „Zarys rozkładu”: Tylko obłuda pozwala ludziom znosić się nawzajem. Gdy nie zgadzasz się na kłamstwo, natychmiast czujesz, jak ziemia ucieka ci spod nóg. Jesteśmy biologicznie zmuszeni do fałszu. Człowiek doskonale moralny jest albo dziecinny, albo bezskuteczny, albo nie autentyczny: bo autentyczność polega w rzeczywistości na nurzaniu się w kłamstwie, w uprzejmościach publicznych pochlebstw i skrytych oszczerstw. Gdyby nasi bliźni mogli poznać opinie, jakie o nich mamy, słowa takie jak ” przyjaźń”, ” miłość”, ” przywiązanie” zostałyby raz na zawsze wykreślone ze słowników; a gdybyśmy mieli odwagę stawić czoło budzącym się w nas nieśmiało wątpliwościom wobec nas samych, nigdy nie wyrzeklibyśmy słowa, ja” bez wstydu. Wszystko, co żyje, bierze udział w tej maskaradzie, od troglodytów po sceptyków.
Dobry demiurg
E. Cioran „Zły Demiurg”: Religia nigdy nie bywa „szlachetniejsza”, niż wówczas, gdy na koniec sama zaczyna uważać się za przesąd, gdy obojętnie kontempluje własny zmierzch. Chrystianizm narodził się i rozkwitł w nienawiści do wszystkiego, co nie było nim. Ta nienawiść podtrzymywała go przez całą jego drogę; u kresu tej drogi wygasa także jego nienawiść. Chrystus nie zstąpi powtórnie do piekieł; złożono go do grobu i tym razem już tam pozostanie. Prawdopodobnie nie dźwignie się z niego więcej, gdyż nie ma już kogo zbawiać ani na powierzchni ziemi ani pod nią.
Katolicyzm nigdy jeszcze nie był tak „szlachetny” jak obecnie i tak liberalny. Chiński kardynał Zen, krytyk działań Chin przeciwko Kościołowi katolickiemu, który zdecydowanie potępił umowę Watykan-Chiny, nazywając ją „Morderstwem Kościoła w Chinach”, na początku tego roku odwiedził Watykan mając nadzieją na spotkanie z papieżem. Papież „nie mógł” spotkać się z kardynałem, bowiem był zajęty omawianiem problemów sprawiedliwości i nierówności rasowej z delegacją zawodników NBA, która przedstawiała mu postulaty ruchu Black Lives Matter.
O Elojach i Morlokach
Elojowie Herberta George’a Wellsa z Wehikułu czasu są młodzi i piękni, ale przypominają dzieci, dzieci z wypaczonym, infantylnym obrazem świata, nieświadomych dobra i zła, całkowicie pozbawionych umiejętności współpracy. Ta piękna rasa jest podległa Morlokom, stworzeniom przypominającym małpy, którzy traktują Elojów jak hodowlane zwierzęta. Morlokowie uprawiają nieskomplikowaną inżynierię społeczną polegającą na tym, że w pierwszej kolejności eliminują najstarszych z Elojów, co sprawia, że są oni wizualnie rasą niemal doskonałą, acz bezwolną i pozbawioną świadomości. Żyją w rajskim otoczeniu: świeże powietrze, słońce, owoce; mogą beztrosko biegać po łąkach i polach, zrywać kwiaty, rozmnażać się do woli, kąpać się w krystalicznie czystych jeziorach i strumieniach – wydaje się, że ich jedynym problemem zdaje się być brak jakichkolwiek problemów. Ale to tylko pozory. Żyjący w podziemiach Morlokowie wypełzają pod osłoną nocy ze swoich legowisk podziemnych i porywają Elojów, by potem żywić się ich mięsem. Bohater Wellsa dochodzi do wniosku, że tylko egzystencja w trudnym, niebezpiecznym środowisku stymuluje wzrost inteligencji, a Elojowie żyją w świecie pozbawionym jakiejkolwiek intelektualnej prowokacji. Są piękni, ale puści i nieświadomi.
Podobne przekonanie żywił również Emil Cioran twierdząc, że doskonałe zdrowie jest czymś antyduchowym, że człowiekowi doskonale zdrowemu psychicznie i fizycznie nie dostaje pewnej istotnej wiedzy, czyniąc zeń istotę dość bezwolną. Cioran uważał, że najzdrowsi i najpiękniejsi, najregularniej zbudowani ludzie są i muszą być powierzchowni. Doskonałość czy piękno zdają się wyczerpywać wszystko, indywidualności jest tu zbyteczna. Natomiast, gdy tylko ktoś ma jakąś ułomność, ma także swoje własne zdanie, inny sposób widzenia, indywidualność. Ułomność, w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu, narzuca inność i dopiero inność stwarza indywidualność.
Zamach
Pozwalając na pojawienie się człowieka, natura popełniła więcej niż błąd – przygotowała zamach na siebie samą, napisał kiedyś Emil Cioran. Właśnie tak. Ze wszystkich kreacji natury tylko człowiek jest zdolny do przeprowadzenia takiego zamachu i mam nadzieję, że pewnego dnia odważy się tego dokonać. Dopiero wtedy uzyska wolność. Ktoś powie, że mamy zbyt wiele do stracenia. Otóż, nie. Nie mamy nic do stracenia. Natura i tak nas zniszczy, prędzej czy później. Zagłada naszego gatunku to tylko kwestia czasu.
Europa
Europa przez ponad dwa tysiące lat zajmowała się budowaniem cywilizacji, a dzisiaj gorliwie zajmuje się jej demontażem. Nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo z zewnątrz, jak to miało miejsce w przypadku Rzymu, żadne dzikie plemiona, żadne bandy prymitywnych Germanów i Hunów nie stoją u jej wrót, a nawet gdyby stały, Europa byłaby zdolna rozwiązać ten problem bez szczególnego wysiłku. Nie, Europie nic podobnego nie zagraża, a jednak postanowiła z jakichś powodów popełnić samobójstwo i zajmuje się tym z konsekwencją i uporem. Może jednak wyjaśnienie jest banalnie proste: może Europejczycy wyczerpali się duchowo? Może czują już, że dojrzeli do zniknięcia i tęsknią za tym? Może nie mogą już unieść ciężaru swojej kultury? A może, po prostu, nie mają już żadnej wizji ani samych siebie ani swego świata? Cywilizacja jest żywa, dopóki marzy o tym, by wznosić katedry. Bowiem katedra to nie tylko kamień i cegła. Katedra to idea. To myśl. My nie wznosimy już katedr. Utraciliśmy płodny dar marzeń. Dzisiaj, dokładnie jak w proroczym wierszu pewnego aleksandryjskiego poety, znów z utęsknieniem wyglądamy barbarzyńców, przywołujemy ich nawet, radośnie wybiegamy im naprzeciw. Ale, jak mądrze zauważył Emil Cioran, tęsknota za barbarzyństwem jest zawsze ostatnim słowem cywilizacji.
Sens
Pytanie o sens życia jest pozbawione sensu. Na poziomie zwykłej egzystencji sensem życia może być wszystko – to, że każdego ranka otwieramy oczy, że cieszy nas dotyk promieni słońca, widok naszych bliskich, smak wina, dobra muzyka, że potrafimy odczuwać radość i smutek. Sens jest w samym istnieniu. Nie ma potrzeby szukać go daleko i nie ma żadnej potrzeby, by go stwarzać. Sensem życia jest życie. E. Cioran powiedział gdzieś, że historia ma bieg, ale nie ma sensu. To samo odnosi się do życia. Życie ma bieg i to wystarczy. Nie potrzebuje żadnego sensu.
My i nużeńce
Wszystkie zapewnienia, że świat mógłby doskonale obejść się bez człowieka, zwłaszcza takie zapewniania ze strony naukowców, wydają mi się śmieszne. Naturalnie, że tzw. świat mógłby obejść się bez nas. Obywał się bez nas przez miliardy lat. Tylko, że wówczas nie było świata. Świat nie istniał, bo nikt i nic nie mogło potwierdzić jego istnienia. O istnieniu można mówić wyłącznie wówczas, gdy da się je poświadczyć. I to właśnie my, ludzie, poświadczamy istnienie tego świata, to my uwierzytelniamy go, to my obdarowujemy go istnieniem. Nie istnieje coś, czego nikt i nic nie potwierdza, czego nikt i nic nie uwierzytelnia. Drzewa, muchomory i dziobaki nie poświadczają istnienia świata, podobnie jak nużeńce nie poświadczają naszego istnienia. Dziobaki i nużeńce nie mogą poświadczyć nawet własnego istnienia. Jedynie my posiadamy świadomość. Likwidując nas, świat popełniłby samobójstwo – przestałby istnieć. Możliwe więc, że jesteśmy, jak to określa Cioran, herezją natury, aberracją, ale i możliwe też, że jesteśmy aberracją wyprodukowaną przez naturę tylko w tym celu, by mogła zaistnieć. Bez nas nigdy nie nabyłaby istnienia. Przestańmy więc z uporem idiotów powtarzać, że należymy do Natury. Już nie.
Cioran o Rzymie
Emil Cioran, w wywiadzie Sylvie Jaudeau: Weźmy Rzym: jeśli przyjęcie chrystianizmu było objawem przedśmiertnym, to dlatego, że w parze z wyczerpaniem się wierzeń szła postępująca anemia tubylców. Większość mieszkańców stolicy była imigrantami. Triumf chrześcijaństwa był ich zasługą. W końcu zawsze górę biorą służący. To, że później nowa religia oczarowała z kolei rzymską inteligencję, jest już mniej zrozumiałe. Można to przypuszczalnie złożyć na karb skrajnego znużenia. Chrystianizm narzucili „rozłożeni” duchowo Rzymianie i kipiący witalnością cudzoziemcy. Kusząca byłaby tu paralela z aktualnym Zachodem, również znużonym własnymi tradycjami.
Paralela jest aż nadto oczywista. Także i tym razem, nie łamiąc dziejowych zasad, górą będą służący.
Filozofia
Cioran w wywiadzie z Georgiem Carpat-Focke twierdzi, że filozofia, jeżeli nie mówimy o historii filozofii, w żadnym razie nie powinna być przedmiotem studiów. Filozofia jest przeżyciem osobistym, a to oznacza, że jej miejsce jest na ulicy, na agorze, czyli w życiu. Podzielam jego zdanie. Filozofia nie może być celem. Może być ewentualnie środkiem. Celem jest mądrość, a mądrości nie głosi się ex cathedra i nie można jej tam znaleźć. Mądrość nie jest niczym, czego można się nauczyć. Mądrość zdobywa się wciąż i wciąż na nowo i nigdy nie jest się pewnym tej zdobyczy. Zdarza się niekiedy, że jesteśmy mądrzy, ale tylko ostatni głupiec może wierzyć, że posiadł mądrość. Mądrość należy do tych dóbr, których nikt nie może zawłaszczyć, okupować, podbić czy zagarnąć. Któryś z taoistycznych mistrzów powiedział, że człowiek mądry jest jak ktoś, kto próbuje przejść z jednego brzegu przepaści na drugi po rozpiętej między nimi linie – i czasem mu się to udaje. Należy przez to rozumieć, że można tego dokonać, że nie jest to niemożliwe, ale w żadnym razie nie jest to nasza zwykła, wydeptana ścieżka, którą chodzimy do ryokan, gospody.
Cioran
Emil Cioran, „Rozmowy”: Długo starałem się odgadnąć, w jaki sposób ludzie niezdolni zostać chrześcijanami i wiedzący, że przegrali reagowali na pewne wydarzenia. Stwierdzam, że nasza sytuacja i nasza postawa przypomina trochę sytuację z tamtych czasów, z tą różnicą co prawda, że my nie możemy już oczekiwać żadnej nowej religii. Pominąwszy tę okoliczność, znajdujemy się w położeniu ostatnich pogan. Widzimy, że za moment wszystko utracimy, że może już wszystko utraciliśmy i że nie ma dla nas nawet cienia nadziei, nawet najlżejszego widma nadziei.
Pułapka krzywdy
Pułapka krzywdy. Ludzie, którzy nas w ten czy inny sposób skrzywdzili, zwykle nie pamiętają o tym. Wymazują to zdarzenie, idą dalej. Tylko skrzywdzeni pamiętają, tylko oni żyją potem z tą krzywdą, uwięzieni w czasie, którego już nie ma niczym muchy schwytane w pajęczą sieć. Tylko ofiary mają pamięć, napisał gdzieś Cioran.
Sokrates
E. Cioran: Wobec przyjaciół proponujących mu ucieczkę i przed, i po ogłoszeniu wyroku, Sokrates argumentuje, że umieranie będzie dlań najlepsze teraz właśnie, na progu starości i degrengolady, że to najlepsza okazja do zniknięcia. Wszystko wydawało mu się lepsze od upokorzeń sędziwego wieku. Jakaż to lekcja dla ludzi nowoczesnych, zabiegających wyłącznie o opóźnienie własnej śmierci. Trzeba by wynaleźć nową hańbę: starzenie się. Dzisiaj Sokrates przystałby na snute przez jego przyjaciół plany ucieczki i co najmniej nieco by się ugiął, jeśli nie całkiem poniżył, przed swoimi sędziami. Ciągle ta sama historia: oduczyliśmy się sztuki odchodzenia we właściwej chwili. Będziemy aż do końca przeżywać hańbę starzenia się. Pławienie się w zgrzybiałości – oto co już od dobrych paru stuleci najlepiej charakteryzuje nasze społeczeństwo.
Jeszcze Cioran
Cioran w Zeszytach: Zło polega na gromadzeniu, posiadaniu. W tym przynajmniej względzie los mnie uchronił. Każdy, kto rozporządza jakimiś dobrami, przestaje być sobą, zwłaszcza jeśli sam je był zgromadził, bo przywiąże się do nich o wiele bardziej, niż gdyby otrzymał je w spadku, a to wskutek trudu i trosk, które go kosztowały. Trwoni się fortuny odziedziczone, nie zaś nabyte. Spójrzcie tylko na gęby tych, którym się powiodło, chcę powiedzieć, którzy się natrudzili. Nie zobaczycie na nich ani cienia litości. Są z tego samego tworzywa co wrogowie.
I myśl Antoine`a de Rivarol, która znakomicie to uzupełnia: Te same zdolności, które ułatwiają ludziom zdobycie majątku, stają się przeszkodą w jego używaniu.
Solivaganci
Frèdèric Gros „Filozofia chodzenia”. Krótkie, interesujące eseje o przypadłości bardzo pospolitej wśród twórców – samotne spacery, wędrówki. Nietzsche był piechurem niezmordowanym, Rimbaud to „człowiek o podeszwach z wiatru”, jak określał go Verlaine, Rousseau twierdził, że chodzić, wędrować znaczy żyć, że najsprawniej myśli, gdy chodzi, Thoreau, autor „Sztuki chodzenia”, człowiek, który przemierzył Stany, Genet, Nerval, Màrai, Ginsberg, Burroughs, Nabokov, dziesiątki innych. W esejach Grosa nie ma co prawda ani słowa o Cioranie, ale jego „Zeszyty” też wypełniają wzmianki o samotnych spacerach po Paryżu i długich wędrówkach, często wielodniowych, po Francji. Czynność chodzenia jest fascynująca, chodzenie bowiem zawiesza naszą egzystencję, niweluje pytania, troski, zmartwienia, zwraca nam wolność, ciszę, sny na jawie, inicjuje rozmowy, których nigdy nie odbyliśmy i projektuje zdarzenia, które – z takich czy innych powodów – nigdy nie mogły się nam przydarzyć.
Zastanawiałem się często, jak najtrafniej nazwać tę „przypadłość”. Pierwszym słowem, które przychodzi na myśl jest popularne poriomania, ale drugi człon tego słowa, mania, dyskwalifikuje je przez natrętne odniesienie do patologii. Homo viator (łac. podróżny, pielgrzym) brzmi bombastycznie, napuszenie i średniowiecznie. Bliższe wydaje się być słowo flaner (fr. flaneur – włóczęga, spacerowicz), ktoś, kto rozkoszuje się chodzeniem po mieście, kontemplacją miejskiego życia, obserwacją ulicznych zdarzeń i ludzi. Flaner nie jest jednak wędrowcą par exellence. To raczej typ spacerowicza, samotnika w tłumie ludzi, bywalca bulwarów, to przechodzień, który czerpie przyjemność z obserwowania strumienia ludzi i kolorowych świateł wystaw. Charles Baudelaire definiował flaneura jako poetę, widza miejskiego spektaklu, poszukiwacza nowoczesnosci, obserwatora.
Najtrafniejszym wydaje mi się angielskie słowo solivagant, z łac. solivagus, wędrować samotnie. Solivagant to ktoś, kto wędruje samotnie. W słowie tym mieści się nie tylko silna potrzeba bycia ze sobą samym, ze swoimi myślami, ale i wyraźny, choć bardzo dyskretny odcień eskapizmu, chwilowej ucieczki od świata i jego absurdów. Twórcy to solivaganci.
Myśl 3
E. Cioran: Jeśli następuje schyłek w poezji, zaczyna się on w chwili, gdy poeci objawiają teoretyczne zainteresowanie językiem.
Dokładnie tak, słuszna uwaga. Całkowicie wyleczyłem się z poezji przez Białoszewskich i Barańczaków. Nie było w ich wierszach żadnej siły, nic barbarzyńskiego, nic, co mogłoby budzić bunt lub akceptację.
Emil Cioran
Cioran w „Zeszytach” słusznie zauważa, że „starożytni politycy otaczali się chętnie filozofami, a współcześni wolą przestawać z dziennikarzami”. Czyżby brakowało nam filozofów? Nie, powód jest banalny – starożytni politycy musieli dotrzeć do oświeconych, co wymagało pewnych zachodów, współcześni zaś starają się jedynie o względy tłumu, a któż, jeżeli nie dziennikarz, rzecznik tłumu, może im to równie skutecznie załatwić?
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.