Demetriusz z Phaleronu, uczeń Arystotelesa i Teofrasta z Eresos, filozof, retor, pisarz i polityk, który rządził w Atenach – wspierany przez macedoński garnizon stacjonujący w Pireusie – jako namiestnik macedońskiego władcy Kassandra. Jego niewątpliwą zasługą była kodyfikacja ustaw ateńskich, co niektórym dało asumpt do nazywania go trzecim prawodawcą Aten, po Tezeuszu i Solonie. Demetriusz występował niczym monarcha. Człowiek, który ogłosił prawa przeciw zbytkowi sam jednak ubierał się w sposób wielce wyszukany i bogaty, a jego uczty dla przyjaciół, organizowane co wieczór, odznaczały się iście królewskim zbytkiem i przepychem. Pewna pieśń chóru teatralnego nazwała go arcypochlebczo „jaśniejącym słońcem“ Aten, złotych wieńców otrzymał bez liku, a ponadto miasto, jak zapewnia Diogenes Laertios w słynnych Żywotach, przyznało mu i postawiło 360 posągów z brązu. Tę olbrzymią liczbę posągów (nawet zakładając, że jest może nieco przesadzona) wykonano w ciągu 300 dni, co daje wyobrażenie o skali produkcji w odlewniach ówczesnych Aten, zwłaszcza, że były to przeważnie posągi przedstawiające Demetriusza na koniu lub na 2- i 4-zaprzęgach. S. Márai słusznie zauważył w „Dziennikach”, że choć nasze ciało składa się w siedemdziesięciu pięciu procentach z wody, to naszą duszę z całą pewnością w co najmniej dziewięćdziesięciu procentach wypełnia próżność. I ta smutna przypadłość najwyraźniej nie omija nikogo, nawet filozofów.
Tag: Marai
Powieść
Màrai. 5 i ostatni tomów jego Dzienników. Jest to wspaniała, panoramiczna powieść, fascynująca i uczciwa relacja o losach ludzi wpisanych w burzliwy pejzaż XX wieku. W żadnym razie nie są to „Dzienniki” w takim sensie w jakim zwykle to słowo pojmujemy. To powieść, jestem przekonany, że jedna z najlepszych powieści XX wieku, choć był to wiek w którym nie zabrakło przecież dobrych powieści. A jednak. Buddenbrookowie w porównaniu z Dziennikami Màrai prezentują się w najlepszym razie jak coś w rodzaju nieco ambitniejszego harlequina.
Aladàr Schöpflin
S. Màrai o Schöpflingu: Wiedział, że w obłędnym chaosie życia poza dobrze zbudowanym zdaniem nie ma innej ucieczki: reszta to blaga lub bełkot.
Komunizm
Żaden polski pisarz nigdy nie dokonał tak precyzyjnej i bezkompromisowej wiwisekcji komunizmu jak Màrai w „Ziemia! Ziemia!”. Watt czy Miłosz to egzegeci komunizmu – są w gruncie rzeczy zafascynowani komunizmem, a głównie swoją z nim przygodą. Bliżej Màrai są Czapski i Herling-Grudziński.
Lincoln
Sàndor Màrai: A. Lincolnowi polecono jakiegoś człowieka. „Nie podoba mi się jego twarz” – powiedział prezydent. I kiedy polecający oburzył się i zaczął dowodzić, że „nikt nie może nic poradzić na to, jaką ma twarz” Lincoln wzruszył ramionami i odparł: „Po czterdziestce każdy odpowiada za swoją twarz”. To prawda. Nie ma usprawiedliwienia.
Màrai
Jego twórczość jest solidna w absolutnie najlepszym tego słowa znaczeniu. Zawsze wie o czym pisze i pisze to dobrze. Można mieć do niego pełne zaufanie. Màrai jest solidny. Nie tylko w twórczości, zresztą. Kiedy postanowił odejść z życia popełniając samobójstwo, zapisał się wcześniej na kurs strzelania. Niczego nie pozostawił w kapryśnych łapkach przypadku, żadnej fuszerki, żadnego amatorstwa.
Los człowieka
Sandor Márai starannie przygotował swój koniec. Zawczasu kupił rewolwer, ukończył kurs obchodzenia się z bronią, od znajomego lekarza, sugerując scenę samobójstwa nad którą pracuje w powieści, wydobył zasady skuteczności w użyciu broni. Ostatnie zdanie jego Dzienników, z 15 stycznia 1989 roku, brzmi: „Czekam na wezwanie, nie ponaglam, ale i nie ociągam się. Już pora”. Popełnił samobójstwo strzałem z pistoletu 22 lutego 1989 w San Diego, gdzie spędził swoje ostatnie lata. Wcześniej zapisał w „Dzienniku”: Widziałem ziemię, niebo, pory roku. Poznałem miłość, ułamki prawdy, żądze i rozczarowania. Żyłem na ziemi i powoli nabierałem wewnętrznej pogody. Pewnego dnia umrę; i to także jest cudownie zwyczajne i proste! Czy mogło zdarzyć się ze mną coś innego, lepszego, doskonalszego? Nie mogło. Przeżyłem coś największego i najwspanialszego, los człowieka. Nie mogło mi się przydarzyć nic innego i nic lepszego.
Solivaganci
Frèdèric Gros „Filozofia chodzenia”. Krótkie, interesujące eseje o przypadłości bardzo pospolitej wśród twórców – samotne spacery, wędrówki. Nietzsche był piechurem niezmordowanym, Rimbaud to „człowiek o podeszwach z wiatru”, jak określał go Verlaine, Rousseau twierdził, że chodzić, wędrować znaczy żyć, że najsprawniej myśli, gdy chodzi, Thoreau, autor „Sztuki chodzenia”, człowiek, który przemierzył Stany, Genet, Nerval, Màrai, Ginsberg, Burroughs, Nabokov, dziesiątki innych. W esejach Grosa nie ma co prawda ani słowa o Cioranie, ale jego „Zeszyty” też wypełniają wzmianki o samotnych spacerach po Paryżu i długich wędrówkach, często wielodniowych, po Francji. Czynność chodzenia jest fascynująca, chodzenie bowiem zawiesza naszą egzystencję, niweluje pytania, troski, zmartwienia, zwraca nam wolność, ciszę, sny na jawie, inicjuje rozmowy, których nigdy nie odbyliśmy i projektuje zdarzenia, które – z takich czy innych powodów – nigdy nie mogły się nam przydarzyć.
Zastanawiałem się często, jak najtrafniej nazwać tę „przypadłość”. Pierwszym słowem, które przychodzi na myśl jest popularne poriomania, ale drugi człon tego słowa, mania, dyskwalifikuje je przez natrętne odniesienie do patologii. Homo viator (łac. podróżny, pielgrzym) brzmi bombastycznie, napuszenie i średniowiecznie. Bliższe wydaje się być słowo flaner (fr. flaneur – włóczęga, spacerowicz), ktoś, kto rozkoszuje się chodzeniem po mieście, kontemplacją miejskiego życia, obserwacją ulicznych zdarzeń i ludzi. Flaner nie jest jednak wędrowcą par exellence. To raczej typ spacerowicza, samotnika w tłumie ludzi, bywalca bulwarów, to przechodzień, który czerpie przyjemność z obserwowania strumienia ludzi i kolorowych świateł wystaw. Charles Baudelaire definiował flaneura jako poetę, widza miejskiego spektaklu, poszukiwacza nowoczesnosci, obserwatora.
Najtrafniejszym wydaje mi się angielskie słowo solivagant, z łac. solivagus, wędrować samotnie. Solivagant to ktoś, kto wędruje samotnie. W słowie tym mieści się nie tylko silna potrzeba bycia ze sobą samym, ze swoimi myślami, ale i wyraźny, choć bardzo dyskretny odcień eskapizmu, chwilowej ucieczki od świata i jego absurdów. Twórcy to solivaganci.
Rzym
Sandor Marai: „Rzym jest jedną z najważniejszych prywatnych spraw ludzkości”.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.