Mój znajomy, bardzo zwiędły pięćdziesięciolatek, pragnąc imponować, głośno wyraża swój podziw dla filozofów i mędrców. Nauczył się nawet paru nazwisk i powołuje się na nie przy każdej okazji. Frazesy, tak zwane złote myśli, mądrości ze ściennych kalendarzy, tako rzecze Nietzsche, tak mówił Heraklit, tak twierdził Kant. Po cichu natomiast oddaje się – jak większość pięćdziesięciolatków, srodze już znudzonych tak sobą jak i życiem – lekturze kiepskich powieści, biografiom morderców, oszustów i przestępców, różnych Stalinów i Mao-tse-tungów. Po filozofów sięga tylko wtedy i tylko po to, by tropić tzw. pikantne lub skandaliczne szczegóły. Z biografii Einsteina zapamiętał więc tyle tylko, że ten genialny fizyk miał dwie żony i pierwszą, bardzo oddaną mu kobietę, porzucił, gdy przestała mu być potrzebna. Nie, nie propaguję poważnego czytania filozofów, nie propaguję czegokolwiek. Chodzi mi jedynie o naszą hipokryzję. W średniowieczu najpopularniejszą lekturą były „Żywoty Świętych”, czytywane wtedy równie chętnie jak obecnie „żywoty” wszelkiej maści aktoreczek, sportowców i kanciarzy, a przecież ta wielce nabożna lektura w niczym nie poprawiła ówczesnego człowieka. Bawi mnie jednak nasza bezgraniczna hipokryzja: pamiętniki Casanovy czytamy z wypiekami na twarzy, a biografii Kanta nie czytamy wcale, a pierwszym mówimy z pogardą, że był uwodzicielem, oszustem i dziwkarzem, a drugiemu, a priori, nic o nim nie wiedząc, przyznajemy tytuł mędrca, choć osobiście sądzę, że życie Casanovy było stokroć mądrzejsze niż życie wątpliwego mędrca z Królewca, egoisty, hipochondryka i w ogóle dość marnej postaci.
Tag: Nietzsche
Solivaganci
Frèdèric Gros „Filozofia chodzenia”. Krótkie, interesujące eseje o przypadłości bardzo pospolitej wśród twórców – samotne spacery, wędrówki. Nietzsche był piechurem niezmordowanym, Rimbaud to „człowiek o podeszwach z wiatru”, jak określał go Verlaine, Rousseau twierdził, że chodzić, wędrować znaczy żyć, że najsprawniej myśli, gdy chodzi, Thoreau, autor „Sztuki chodzenia”, człowiek, który przemierzył Stany, Genet, Nerval, Màrai, Ginsberg, Burroughs, Nabokov, dziesiątki innych. W esejach Grosa nie ma co prawda ani słowa o Cioranie, ale jego „Zeszyty” też wypełniają wzmianki o samotnych spacerach po Paryżu i długich wędrówkach, często wielodniowych, po Francji. Czynność chodzenia jest fascynująca, chodzenie bowiem zawiesza naszą egzystencję, niweluje pytania, troski, zmartwienia, zwraca nam wolność, ciszę, sny na jawie, inicjuje rozmowy, których nigdy nie odbyliśmy i projektuje zdarzenia, które – z takich czy innych powodów – nigdy nie mogły się nam przydarzyć.
Zastanawiałem się często, jak najtrafniej nazwać tę „przypadłość”. Pierwszym słowem, które przychodzi na myśl jest popularne poriomania, ale drugi człon tego słowa, mania, dyskwalifikuje je przez natrętne odniesienie do patologii. Homo viator (łac. podróżny, pielgrzym) brzmi bombastycznie, napuszenie i średniowiecznie. Bliższe wydaje się być słowo flaner (fr. flaneur – włóczęga, spacerowicz), ktoś, kto rozkoszuje się chodzeniem po mieście, kontemplacją miejskiego życia, obserwacją ulicznych zdarzeń i ludzi. Flaner nie jest jednak wędrowcą par exellence. To raczej typ spacerowicza, samotnika w tłumie ludzi, bywalca bulwarów, to przechodzień, który czerpie przyjemność z obserwowania strumienia ludzi i kolorowych świateł wystaw. Charles Baudelaire definiował flaneura jako poetę, widza miejskiego spektaklu, poszukiwacza nowoczesnosci, obserwatora.
Najtrafniejszym wydaje mi się angielskie słowo solivagant, z łac. solivagus, wędrować samotnie. Solivagant to ktoś, kto wędruje samotnie. W słowie tym mieści się nie tylko silna potrzeba bycia ze sobą samym, ze swoimi myślami, ale i wyraźny, choć bardzo dyskretny odcień eskapizmu, chwilowej ucieczki od świata i jego absurdów. Twórcy to solivaganci.
Nietzsche
Gustaw Herling-Grudziński (Dziennik pisany nocą 1973-79):
3 stycznia 1889 spadł w Turynie gęsty śnieg. W pokoju sublokatora było cicho od samego rana. Po obiedzie Davide Fino wyszedł z domu. Zaraz za zakrętem ulicy zobaczył z daleka dwóch policjantów prowadzących kogoś pod ręce, a po bokach gromadkę gapiów. Coś go tknęło, przyśpieszył kroku. Tak, prowadzonym był Nietzsche. Znaleziono go na Via Po uczepionego końskiej szyi i ledwie od niej oderwano. Według relacji świadków podszedł do konia w zaprzęgu, zarzucił mu ramiona na szyję i przywarł twarzą do jego łba. Fino zdołał przekonać policjantów, by w jego ręce oddali zatrzymanego.
Przewieziono go do Bazylei 8 stycznia. Zanim do tego doszło, leżał w swoim turyńskim pokoju i pisywał nieczytelne karteczki. Sygnował je Cezar, Dionisos, Władca Świata. A także – Ukrzyżowany. W dniu wyjazdu stawiał opór, nie chciał rozstać się z „ukochanym” gospodarzem. Ubłagano go prezentem: szlafmycą pana Fino. I w tej szlafmycy jechał na turyński dworzec, jak błazen zbiegły z cyrku. W Bazylei, obawiając się publicznego skandalu na dworcu, wmówiono mu że jest podróżującym incognito księciem i musi przez tłum przejść w milczeniu z wagonu do karety.
W marcu umieszczono go w zakładzie dla chorych umysłowo w Jenie. Jego wypełniana codziennie karta kliniczna za okrągły rok, do marca 1890 roku, jest przejmująca w swej monotonii: zjadł własne ekskrementy, wypił własną urynę, wysmarował się własnymi ekskrementami, wybił szybę w oknie…
Z Jeny przewieziono go do rodzinnego Naumburga, gdzie siedem lat wegetował pod okiem matki. Po jej śmierci zabrała go do Weimaru siostra, Elisabeth Forster. Umarł tam w sierpniu 1900 roku, nigdy nie odzyskawszy przytomności, „w stanie kompletnego rozkładu fizycznego i umysłowego”. Z wyjątkiem tej jedynej przedśmiertelnej chwili, gdy wobec dopuszczonego doń wyjątkowo gościa wskazał na siebie palcem i wymruczał pod obwisłymi wąsami po włosku: un povero cristo.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.