Pauzaniasz

Od tygodni Pauzaniasz, pełne trzy tomy, hojny prezent od Ag. Czytam go powoli, smakuję każdy akapit, chciałbym, by starczył na długo. Tymczasem dotarłem prawie do kresu tomu „Wędrówka po Helladzie” i nigdzie, dosłownie nigdzie, ani jednego słowa o naturze czy przyrodzie. Przyroda dla niego nie istnieje. Nie postrzega jej, nie uznaje za stosowne, by wspomnieć o jej istnieniu, a jeżeli pojawia się jakaś wzmianka, to jedynie wówczas, gdy mowa o katastrofach naturalnych. Jest mi to bliskie i znajome – nie cierpię przyrody. Uznaję ją jedynie jako dekorację, a przesadna dziś gloryfikacja przyrody wydaje mi się być obrzydliwa i niestosowna; zgodnie z panującą obecnie manierą podlizujemy się do wszystkiego co, jak trwożliwie przeczuwamy, jest silniejsze od nas i może nas zniszczyć w każdej chwili. Z dumnych zdobywców świata staliśmy się bandą tchórzy. Przyrodę powinno się traktować jak teatralną dekorację – dostosowując jej formę do granej przez nas sztuki. Pauzaniasza rozumiem doskonale – on i jego współcześni byli wciąż jeszcze zbyt blisko przyrody, by ją podziwiać czy, tym bardziej, kochać. W przeciwieństwie do nas, dobrze znali prawdziwą naturę natury.