Europa przez ponad dwa tysiące lat zajmowała się budowaniem cywilizacji, a dzisiaj gorliwie zajmuje się jej demontażem. Nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo z zewnątrz, jak to miało miejsce w przypadku Rzymu, żadne dzikie plemiona, żadne bandy prymitywnych Germanów i Hunów nie stoją u jej wrót, a nawet gdyby stały, Europa byłaby zdolna rozwiązać ten problem bez szczególnego wysiłku. Nie, Europie nic podobnego nie zagraża, a jednak postanowiła z jakichś powodów popełnić samobójstwo i zajmuje się tym z konsekwencją i uporem. Może jednak wyjaśnienie jest banalnie proste: może Europejczycy wyczerpali się duchowo? Może czują już, że dojrzeli do zniknięcia i tęsknią za tym? Może nie mogą już unieść ciężaru swojej kultury? A może, po prostu, nie mają już żadnej wizji ani samych siebie ani swego świata? Cywilizacja jest żywa, dopóki marzy o tym, by wznosić katedry. Bowiem katedra to nie tylko kamień i cegła. Katedra to idea. To myśl. My nie wznosimy już katedr. Utraciliśmy płodny dar marzeń. Dzisiaj, dokładnie jak w proroczym wierszu pewnego aleksandryjskiego poety, znów z utęsknieniem wyglądamy barbarzyńców, przywołujemy ich nawet, radośnie wybiegamy im naprzeciw. Ale, jak mądrze zauważył Emil Cioran, tęsknota za barbarzyństwem jest zawsze ostatnim słowem cywilizacji.