W komunistycznej Polsce, jak we wszystkich pozostałych sowieckich lennach, wyrażanie swoich poglądów zawsze kończyło się tym samym: taka osoba szybko znikała z życia publicznego, a niekiedy znikała także fizycznie. W krajach zawirusowanych komunizmem, podobnie jak w germańskim raju Trzeciej Rzeszy, mogły istnieć tylko poglądy dozwolone. Żadne inne nie miały prawa bytu. Zazdrościliśmy zachodniej Europie, zazdrościliśmy całemu wolnemu światu, że może koegzystować głośno wyrażając i konfrontując swoje przekonania. Od pewnego czasu role odwróciły się. W zapisie Zamaskowany rasizm, sprzed paru tygodni, pisałem, że obecnie w Szwecji „prawdziwa demokracja” jest definiowana wyłącznie przez wielokulturowość, polityczną poprawność, liberalizm oraz relatywizm genderowy, że jakakolwiek dyskusja jest niemożliwa, z góry wykluczona, a każde inne stanowisko i każdy inny pogląd stemplowane są natychmiast jako rasizm i że stempel ten skazuje ofiarę na polityczny, socjalny, towarzyski, a niekiedy nawet zawodowy niebyt. Aktualnie doświadczył tego Alexander Bard, muzyk i pisarz, który na Twitterze skrytykował ruch Black lives matter twierdząc, że czarni, zamiast podpalać sklepy i niszczyć pomniki powinni raczej ostro zabrać się za naukę, pracę i przestać żyć z socjalnych zasiłków. W mediach, totalnie opanowanych przez medialnych świętych, niewinnych, dziewiczych i szlachetnych, zawrzało. Nie, nikt nie podjął z nim jakiejkolwiek polemiki, nikt nie przedstawił kontrargumentów, nikt nie postawił żadnych pytań. Natomiast kategorycznie zażądano jego głowy. Żądaniom świętoszkowato oburzonych miernot stało się zadość – z Bardem, jako jurorem w telewizyjnym programie Mam Talent zerwano kontrakt, o czym dumnie poinformowała rzeczniczka prasowa TV 4, a Partia Liberalna, której był członkiem, błyskawicznie usunęła go ze swoich szeregów. Wszystko w ciągu jednego dnia – podziwu godna maszyneria połączonych sił politycznej poprawności, silnego zaczadzenia alterocentryzmem i debilizmu. Pierwsze skojarzenie przywodzi na myśl słowo bolszewizm, ale myślę, że jest to zbyt umiarkowane i poczciwe określenie. To, co ma obecnie miejsce w Szwecji, i w całej bez mała Europie, to zwyczajny faszyzm.