de la Serna

Ernesto Guevara de la Serna, przydomek Che, urodzony w 1928, po zaprowadzeniu komunistycznych porządków na Kubie walczył kolejno w organizacjach partyzanckich w Kongu i Tanzanii, a w 1966 organizował oddziały partyzanckie w Boliwii. Tam też 9 października 1967 roku dostał się do niewoli i został zabity. Jego rewolucyjna filozofia była mieszaniną prymitywnego marksizmu i anarchizującego romantyzmu, a do tego zwykle wypróbowywał te idee zawsze w fatalnym miejscu i w najgorszym momencie. Swoje klęski przypisywał albo spiskom obcych agentur albo błędom w postępowaniu, nigdy jednak nie dopuszczając do siebie myśli, że jego idee i doktryny były fałszywe, nierealne i fantastyczne, o czym świadczy m. in. poroniona próba wprowadzenia rewolucji w Kongu i podobna, w Boliwii, gdzie udał się, by wyzwolić chłopów i to właśnie oni wydali go policji. Nie będzie błędem przypomnieć w tym miejscu, że ten komunistyczny „rycerz bez skazy” miał zwyczaj osobiście rozstrzeliwać więźniów.

Paradoksem dość groteskowym jest posługiwanie się marką Che przez marketing, reklamę, handel i turystykę, czyli przez pieniądz, a więc najbardziej pogardzany przez Che czynnik funkcjonowania świata. Guevara, który nie wiedział, co to urlopy i wakacje, przyciąga teraz turystów do wędrówki „szlakiem Che”, z wycieczką zorganizowaną przez Fundację Che Guevary, co jest przyjemnością za setki dolarów, a jego portret, choć pogardzał strojami i modą, pomaga obecnie sprzedawać podkoszulki, dżinsy, a nawet austriackie narty i zegarki Swatch. Maniak, który podczas konfliktu kubańskiego gotów był wysadzić świat w powietrze, gdyby tylko to on miał o tym decydować, przekształcił się więc ostatecznie w konsumpcyjną ikonę. Życie jest cudownie ironiczne, czyż nie?  

Intelekt

Aleksander Wat w „Moim wieku” wystawia Dzierżyńskiemu opinię człowieka o „gołębim sercu”, kochającego dzieci, a postawienie go na czele zbrodniczej Czeki przypisuje wyjątkowej perfidii Lenina, chętnie stosującego ten rodzaj komunistycznej przewrotności, bowiem niszczył on skutecznie nawet najszlachetniejsze charaktery. Diametralnie inne zdanie o Dzierżyńskim ma Ferdynand Ossendowski. Twierdził on, że nawet Lenin unikał wizyt w osławionej siedzibie Czeki na Łubiance, bowiem władał tam człowiek ogarnięty żądzą mordu, zły, nieobliczalny i szalony. Czytając „Mój wiek” ponownie znajduję tam tyle naiwności, że po 250 stronach odstawiam tę książkę na półkę, rozważając, czy po prostu nie wyrzucić jej na śmietnik. Jedyną zaletą, wynikającą tej lektury, jest zrozumienie przyczyny, która zawsze pozwalała, i wciąż pozwala, obywać się intelektualistom bez rozumu. Nie potrzebują rozumu. Mają intelekt.

Demokracja ateńska

Ateny. Obywatele ateńscy nie mieli co prawda nad sobą żadnej władzy, którą można byłoby określić mianem „państwa”, bowiem sami byli „państwem”, ale ceną tego było ogromne ograniczenie prywatności i taki poziom kolektywizmu, że przypomina to nie tyle demokrację, co rodzaj perfidnego komunizmu – z seansami publicznej samokrytyki w stylu sowieckim czy chińskim, co przydarzało się nawet tak wybitnym postaciom jak Perykles. Określanie ustroju ateńskiego mianem demokracji, w naszym rozumieniu tego słowa, jest nieporozumieniem.

Platon

Platon w swoim idealnym państwie przewidywał, że nikt, kto nie skończył 40 lat nie będzie mógł nigdy, pod żadnym pozorem wydalać się z kraju; następnie nikomu nie będzie wolno udawać się za granicę, a uprawniony do tego będzie tylko ten, kto ma tam jakąś misję urzędową do spełnienia”. Wyjazdy zagraniczne zastrzegał zresztą jedynie dla takich osób, które potrafiłyby po powrocie z podróży pouczać młodych ludzi, że obyczaje i urządzenia w innych państwach gorsze są od tych, jakie mamy u siebie”. Waluta, która pozostała komuś z podróży, miała być wpłacała do skarbu państwa, a jej równowartość wypłacana w walucie miejscowej. Gdybym nie pamiętał, jak bardzo prymitywnym gatunkiem byli komuniści, mógłbym nawet pomyśleć, że nie „Kapitał” Marksa, lecz „Państwo” Platona stanowiło ich katechizm.  

Zwyczajny faszyzm

W komunistycznej Polsce, jak we wszystkich pozostałych sowieckich lennach, wyrażanie swoich poglądów zawsze kończyło się tym samym: taka osoba szybko znikała z życia publicznego, a niekiedy znikała także fizycznie. W krajach zawirusowanych komunizmem, podobnie jak w germańskim raju Trzeciej Rzeszy, mogły istnieć tylko poglądy dozwolone. Żadne inne nie miały prawa bytu. Zazdrościliśmy zachodniej Europie, zazdrościliśmy całemu wolnemu światu, że może koegzystować głośno wyrażając i konfrontując swoje przekonania. Od pewnego czasu role odwróciły się. W zapisie Zamaskowany rasizm, sprzed paru tygodni, pisałem, że obecnie w Szwecji „prawdziwa demokracja” jest definiowana wyłącznie przez wielokulturowość, polityczną poprawność, liberalizm oraz relatywizm genderowy, że jakakolwiek dyskusja jest niemożliwa, z góry wykluczona, a każde inne stanowisko i każdy inny pogląd stemplowane są natychmiast jako rasizm i że stempel ten skazuje ofiarę na polityczny, socjalny, towarzyski, a niekiedy nawet zawodowy niebyt. Aktualnie doświadczył tego Alexander Bard, muzyk i pisarz, który na Twitterze skrytykował ruch Black lives matter twierdząc, że czarni, zamiast podpalać sklepy i niszczyć pomniki powinni raczej ostro zabrać się za naukę, pracę i przestać żyć z socjalnych zasiłków. W mediach, totalnie opanowanych przez medialnych świętych, niewinnych, dziewiczych i szlachetnych, zawrzało. Nie, nikt nie podjął z nim jakiejkolwiek polemiki, nikt nie przedstawił kontrargumentów, nikt nie postawił żadnych pytań. Natomiast kategorycznie zażądano jego głowy. Żądaniom świętoszkowato oburzonych miernot stało się zadość – z Bardem, jako jurorem w telewizyjnym programie Mam Talent zerwano kontrakt, o czym dumnie poinformowała rzeczniczka prasowa TV 4, a Partia Liberalna, której był członkiem, błyskawicznie usunęła go ze swoich szeregów. Wszystko w ciągu jednego dnia – podziwu godna maszyneria połączonych sił politycznej poprawności, silnego zaczadzenia alterocentryzmem i debilizmu. Pierwsze skojarzenie przywodzi na myśl słowo bolszewizm, ale myślę, że jest to zbyt umiarkowane i poczciwe określenie. To, co ma obecnie miejsce w Szwecji, i w całej bez mała Europie, to zwyczajny faszyzm.

Cataluccio

F. M. Cataluccio: Tak zwane awangardy, niezależnie od swoich osiągnięć artystycznych, często żałosnych (zwłaszcza w dziedzinie sztuk plastycznych), były najwyrazistszym przejawem dwudziestowiecznego infantylizmu. To, że wielu artystów należących do tych ruchów – zwłaszcza we Francji, Rosji i Europie Środkowej – wspierało czynnie rewolucję komunistyczną, zapewniło im nadmierną życzliwość, która prowadziła do intelektualnej porażki, bo nie ujawniła, że wielu „awangardowych artystów” zostawało ślepymi apologetami zbrodni sowieckiego komunizmu i faszyzmu.

Durrell o komunizmie

Lawrence Durrell „Listy”: Mając okazję przyjrzeć się komunizmowi, jestem coraz bardziej przekonany, że amerykańskie polowania na czarownice i wszystko, co się z tym wiąże, są o wiele sensowniejsze, niż mogłoby się wydawać. My jednak jesteśmy wciąż przeżarci mętnymi ideami liberalnego socjalizmu i kapitalistycznym poczuciem winy, a z każdą kolejną deklaracją pakujemy się prosto w łapy tych świń. Tymczasem nie mamy żadnych powodów, by popierać marksizm-leninizm, gdyż system ten niszczy wszystkie wartości, których bronimy. Wiem, że nasza kultura jest przegniła, ale w porównaniu z TYM to kwitnąca dekadencja, bo przynajmniej nie pozbawia ludzi nadziei. Tymczasem komunizm to po prostu śmierć.

Europa to owczarnia pełna beczących i kudłatych socjalistów, którzy zdają się wcale nie zauważać, że socjalizm toruje drogę fanatykom.

Komunizm

Lawrence Durrel („Kwartet aleksandryjski”) w liście do Henry Millera: Komunizm jest o wiele gorszy niż sobie wyobrażasz: to systematyczne, moralne i duchowe wyniszczanie narodu wszelkimi dostępnymi środkami. Niby jest to „tworzenie prawd na potrzeby chwili”, lecz kiedy jesteś na miejscu, włosy stają dęba. A do tego zmowa i poparcie pławiących się w samozadowoleniu intelektualistów! Płaci im się, żeby milczeli, więc siedzą jak mysz pod miotłą. To wszechogarniające odrętwienie jest przerażające, a zarazem niesamowite. Intelektualna zaraza jest naprawdę groźna.

Komunizm

Żaden polski pisarz nigdy nie dokonał tak precyzyjnej i bezkompromisowej wiwisekcji komunizmu jak Màrai w „Ziemia! Ziemia!”. Watt czy Miłosz to egzegeci komunizmu – są w gruncie rzeczy zafascynowani komunizmem, a głównie swoją z nim przygodą. Bliżej Màrai są Czapski i Herling-Grudziński.