Szwedzka wieża Babel

Malmö. Około 350 tys. mieszkańców, 177 różnych nacji, które posługują się 150 różnymi językami, ponad 50% populacji miasta to cudzoziemcy, rdzenni Szwedzi – osoby urodzone w Malmö i posiadające oboje szwedzkich rodziców – stanowią już w tym mieście mniejszość, bo jest ich niespełna 40 %. Malmö to prawdziwa wieża Babel, jej pierwotni mieszkańcy oswoili się już z tym, oswoili się z innymi, z czarnymi, z Arabami, z Azjatami i nawet nie zabrało to im wiele czasu. Czarni, Indianie, Arabowie, Azjaci długo jeszcze nie oswoją się ze Szwedami. Możliwe, że nie oswoją się z nimi nigdy. Prawdopodobnie nie będą też mieli takiej potrzeby.  

Praca zdalna

W programie na Youtubie wywiad z burmistrzem jakiegoś milionowego chińskiego miasta. Wyjaśnia, że nie jest przypadkiem, iż w pejzażu chińskich miast w ciągu dnia widzi się na ulicach głównie emerytów, ludzi starszych, a ludzie młodzi pojawiają się na ulicach dopiero wieczorem. Młodzi ludzie w ciągu dnia są zajęci, są zajęci nauką, pracą, interesami. Efekty pracowitości młodych Chińczyków są widoczne gołym okiem w całym kraju.

Na ulicach szwedzkich miast od rana widzi się głównie młodych ludzi. Podobno część z nich w pocie czoła pracuje „zdalnie” – pracują więc zdalnie przechadzając się po sklepach, trudzą się zdalnie w salach fitness, pocą się zdalnie w saunach, pracują zdalnie przy piwie w barach i restauracjach. Efektów zdalnej pracy młodych Szwedów także nie da się ukryć – Szwecja i szwedzka korona z tygodnia na tydzień staczają się na ekonomiczne dno. Niestety, wcale nie zdalnie.   

O wolności słowa

Szwedzka minister kultury Parisa Liljestrand, urodzona w Iranie, w Szwecji od roku 1986, w wywiadzie dla gazety Svenska Dagbladet stwierdziła, że ograniczenia wolności słowa w Szwecji nie mają większego wpływu na wolność słowa, ponieważ wszyscy ludzie mają swobodę wypowiadania się na każdy temat w ramach tego, co jest legalne.

Parisa Liljestrand ma więc w tej sprawie dokładnie to samo zdanie co Putin i ajatollah Ali Chamenei: wszyscy mogą mówić i robić, co tylko chcą, pod warunkiem, że mieści się to w ramach tego, na co państwo przyzwala. Innymi słowy: wolność słowa to swoboda mówienia tego, co nie jest zakazane. Proszę mnie poprawić, jeżeli się mylę, ale wydaje mi się, że nawet słynny niemiecki bandyta o nazwisku Hitler miał identyczny pogląd w tej kwestii.

Hygge i inne

EMCDDA to Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii. W zeszłym roku agencja zebrała analizy ścieków ze 104 miast w 21 krajach europejskich w celu zbadania i porównania nawyków narkotykowych ich mieszkańców. Już po raz trzeci z rzędu – mówiąc ironicznie – z dużym powodzeniem, uczestniczyły w tym szwedzkie miasta Gävle, Sandviken i Söderhamn. I najwyższe poziomy amfetaminy w stosunku do populacji stwierdzono właśnie w Gävle i Sandviken. Następne w kolejności były miasta Belgii i Niemiec. Szwedzi nie po raz pierwszy zajmują te mało zaszczytne pozycje: także w latach 2020 i 2021 poziom amfetamin w szwedzkich miastach należał do najwyższych. Co ciekawe, absolutnie najwyższe stężenie ketaminy, silnej substancji znieczulającej, stwierdzono natomiast w miastach duńskich, które szczycą się przecież słynnym hygge, słowem, które oznacza komfort, wygodę, przytulność, wewnętrzną równowagę, bezpieczeństwo i szczęście. Może więc to, co sprytni Duńczycy rozsławili jako fenomen hygge, mający świadczyć o wysokim poziomie ich szczęśliwości, jest po prostu efektem nadużywania fluoksetyny, bardziej znanej pod nazwą Prozac?

Multikulturalizm

Multikulturalizm wzbogaca kultury, głoszą liberałowie. Tymczasem multikulturalizm to w rzeczywistości brak kultury – sprowadza on bogactwo cywilizacyjne i kulturowe do banalnych aranżacji, które w istocie nic o tych kulturach nie mówią i niczego nie przybliżają. W Szwecji nie dyskutuje się kwestii obchodów ramadanu – informuje się o tym. Nikt też nie prowadzi dyskusji o islamie z perspektywy islamu. W Malmö żyje obok siebie ponad 180 narodowości i słyszy się około 150 różnych języków. Mimo tylu kultur, które są na wyciągnięcie ręki, nic o sobie wzajemnie nie wiemy. Jeden z moich znajomych pochodzi z Syrii, drugi z anatolijskiej części Turcji, ale moja wiedza o ich kulturze nie spęczniała z tego powodu. Ani ich wiedza o mojej kulturze. Wiem, że w Syrii jedzą tabbouleh, a w Anatolii króluje keşkek, oni słyszeli coś o polskim bigosie, razem wypadaliśmy w czasie lunchu na falafel, ale mniej więcej na tym kończy się nasza wielka wymiana międzykulturowa. Ja szedłem protestować przeciwko morderczej fatwie na Salmana Rushdiego, oni zbierają się na wiecach potępienia Rushdiego. Wiem, że oni obchodzą ramadan i wiem też, choć nie bezpośrednio od nich, z jakiego powodu, ale oni nie mają pojęcia o mojej religii, moich tradycjach i równie mało wiedzą o tradycjach kraju w którym żyją. Poza żałośnie skromną wymianą kulinarną, nie zdołaliśmy i zapewne nigdy nie zdołamy niczego innego między sobą wymienić, a praktycznie rzecz biorąc i ta cywilizacyjna „zdobycz” jest wątpliwa – sensowniej byłoby gdybym kupił sobie książkę pt. „Sto przepisów na najlepsze dania orientalne”.

Reguła

V. Dröscher utrzymuje, że wśród zwierząt, które nie muszą wspólnie wychowywać młodych, „wierność małżeńska” nie jest przestrzegana szczególnie rygorystycznie. W świecie zwierząt jest to podobno reguła. Mam wrażenie, że zjawisko to z równym powodzeniem da się także zaobserwować w świecie ludzi. W krajach, w których wychowywanie dzieci ochoczo bierze na siebie państwo, jak na przykład w Szwecji czy Norwegii, wierność małżeństwa również nie należy do najpilniej przestrzeganych zaleceń.  

Europejska solidarność

Europejska solidarność w kwestii sankcji wobec Rosji? Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy i Belgia domagają się, aby na szczeblu krajowym była możliwość odmrożenia zamrożonych aktywów osób z list sankcyjnych, jeżeli te osoby mają udziały w branży rolniczej, czyli proponują wykreślenie z list sankcyjnych ponad 1,5 tys. osób i podmiotów, oligarchów i zbrodniarzy. Część krajów zaprotestowała przeciwko tej jawnej zdradzie, ale Grecja, Szwecja i Węgry jednoznacznie stoją po stronie sowieckich bandytów. Z listy objętych sankcjami surowców energetycznych, na prośbę Grecji, wykreślony został sprężony gaz ziemny, gaz powstający w procesie przetwórstwa ropy naftowej, który odpowiada on za jedną czwartą wolumenu gazu, który jest objęty zakazem importu z Rosji. Węgrzy wnieśli na ostatnim unijnym spotkaniu o wykreślenie z listy sankcyjnej trzech członków rosyjskiego rządu, w tym ministra energii Rosji. Tradycyjnie dwulicowa Szwecja, powołując się na konieczność ochrony wolności mediów (sic!), jakby w Szwecji istniała jakakolwiek wolność mediów, wykreśliła z listy sankcyjnej Federalną Służbę ds. Nadzoru w Sferze Łączności, Technologii Informacyjnych i Komunikacji Masowej, tzw. Roskomnadzor. Żeby wszystko było jasne – jest to rosyjski federalny organ wykonawczy odpowiedzialny za monitorowanie, kontrolowanie i … uwaga, cenzurowanie rosyjskich środków masowego przekazu. „Ukraińska Prawda” ujawniła dziś, że wielu osób z rosyjskich elit oficjalnie pomieszkuje w Wiedniu, w żywe oczy kpiąc z zachodnich sankcji. Wśród spacerowiczów po wiedeńskich ulicach, w obstawie goryli, jest między innymi Wiktor Zubkow, były premier Rosji, a na otwarcie sezonu w mediolańskiej La Scali wystawiono dzieło Musorgskiego „Borys Godunow” z Ildarem Abdrazakovem w roli głównej, odznaczonym przez Putina tytułem „Czczony Artysta Federacji Rosyjskiej”. Europejska solidarność umacnia się z dnia na dzień.

Społeczeństwo nietoperzy

W tym świecie nie istnieje instytucja małżeństwa, nie ma prawie żadnej struktury społecznej, nie ma też współzawodnictwa o względy płci przeciwnej, nie ma prawie żadnego życia towarzyskiego ani innych znaczących form związków grupowych. Jest to jedynie anonimowa masa osobników. Mam na myśli społeczeństwo nietoperzy. Czasem wydaje mi się, że Szwecja zdąża do podobnego ideału.

Szwedzkie billboardy

W szwedzkich całościennych billboardach, a nawet i plakatach reklamowych mniejszego kalibru, niepodzielnie panuje poprawność polityczna. Do absolutnie najpopularniejszych przedstawień należy w nich łączenie białej kobiety i czarnego mężczyzny, czasem występuje tylko czarna kobieta, czasem śmiszkowaci, sfeminizowani mężczyźni. Pary białe, biała kobieta i biały mężczyzna, należą do przedstawień rzadszych niż zaćmienie Słońca. Natomiast nie pojawia się wcale kombinacja typu czarna kobieta i biały mężczyzna – pewnie, by nie drażnić czarnych mężczyzn. Fakt, że czarni mężczyźni dominują w tych reklamach szwedzkie kobiety nie drażni szwedzkich mężczyzn. Szwedzcy mężczyźni nie są ani trochę zazdrośni. Jest im wszystko jedno. Szwedzki mężczyzna nie ma już samczych instynktów. Szwedzki mężczyzna dobrowolnie spacyfikował się sam.

Inne Noble

Szwecja, znana powszechnie jako orędowniczka praw człowieka, dziecka, zwierząt i owadów, uchodząca za oazę dla pokrzywdzonych oraz prześladowanych, kochających inaczej, mekka prezentyzmu i permisywizmu jest – jak powszechnie wiadomo – fundatorką słynnych nagród noblowskich, ale przyznaje również i inne nagrody. Znacznie mniej znane i mniej upowszechniane. Właśnie w minionym tygodniu przyznano tu, jak co roku zresztą, literacką Nagrodę Lenina, jednego z wybitniejszych morderców w dziejach ludzkości oraz – w tym samym tygodniu – Nagrodę Robespierre`a, mordercy i maniaka z nieco starszym rodowodem, ale równie krwiożerczego. W Szwecji, tym światopoglądowym Raju, nie czyni się małostkowych rozróżnień między oceną moralną i estetyczną.

Drobna różnica

Polskie media kłamią. Kłamią bezczelnie i prymitywnie. Nie wysilają się nawet, by zachować pozory czy odrobinę dziennikarskiej przyzwoitości lub – w ostateczności – okazać choćby gram szacunku dla inteligencji czytelników. Dwa przykłady. Pierwszym jest portal internetowy „Wirtualna Polska”, gdzie pojawił się artykuł o dramatycznym tytule „Szwecja się przeliczyła? Wprowadza obostrzenia”. Dowiadujemy się z niego, że w Uppsali szaleje covid. Stała się więc pierwszym szwedzkim regionem, w którym zastosowano ograniczenia. I dalej informacja, że w Uppsali zaleca się: unikanie organizowania imprez, spotkań towarzyskich i kontaktów fizycznych z osobami, z którymi się nie mieszka jak i unikanie podróżowania środkami transportu publicznego. Pojawiły się też: surowsze zalecenia dla sklepów, obiektów sportowych i miejsc pracy w Uppsali. Miejsca te powinny ograniczać liczbę odwiedzających. Jednocześnie jeśli to możliwe, mieszkańcy Uppsali powinni przejść na pracę zdalną. Według autora artykułu decyzja obowiązywać będzie dwa tygodnie.

Przyjrzyjmy się tym naiwnie makiawelicznym kombinacjom. Czy covid istotnie szaleje w Szwecji? Nie. Wzmożone przypadki covida odnotowano przecież, jak wynika z artykułu, w Uppsali, która nie jest zresztą regionem, jak to formułuje autor, lecz 150-tysięcznym uniwersyteckim miastem w Upplandzie, położonym mniej więcej 35 kilometrów od lotniska w Arlandzie. Kto więc wprowadza obostrzenia – Szwecja czy Uppsala? Czy miasto Uppsala jest równoznaczne z całą Szwecją? I czy na pewno obostrzenia? Dalej dowiadujemy się bowiem, że w mieście zastosowano ograniczenia, a już w następnym zdaniu, że są to w istocie zalecenia. Dziennikarz Wirtualnej Polski ma najwyraźniej poważne braki w wykształceniu i nie jest w stanie dostrzec żadnej różnicy między słowem „obostrzenie”, czyli przepis zwiększający surowość jakiegoś prawa, a słowem „zalecenie”, sugerującego zalety pewnego typu zachowań (w tym wypadku). A różnica jest kolosalna, bo „zalecenie” nie ma mocy prawnej i nie musi być przestrzegane. Nie wiadomo też w czym Szwecja przeliczyła się, jak to sugeruje tytuł, skoro informacja dotyczy tylko jednego miasta na północy kraju.

Drugi artykuł pod tytułem „Koronowirus. Szwecja wprowadza obostrzenia” pochodzi z portalu internetowego Interia. Dowiadujemy się z niego, że kolejne trzy regiony zaostrzyły restrykcje: Halland, Oerebro oraz Joenkoeping, polegające m.in. na utrzymaniu limitu 50 osób w przypadku zgromadzeń publicznych. W tych częściach Szwecji zaleca się unikania kontaktów poza osobami z gospodarstwa domowego oraz korzystania z komunikacji publicznej. Wcześniej podobne rekomendacje wprowadziły m.in. regiony Sztokholm, Goeteborg, Uppsala, a także Malmoe. I tu już mamy pełny bełkot, bo dowiadujemy się, że trzy szwedzkie regiony wprowadziły restrykcje (czyli ograniczenie czyichś praw, czyjejś wolności w celu wywarcia na kimś presji) podtrzymując limit 50 osób w przypadku zgromadzeń publicznych, czyli podtrzymując ten sam limit, który obowiązuje od początku epidemii. Reszta dotyczy jedynie zaleceń, których nie należy w żadnym wypadku mylić z obostrzeniami czy restrykcjami, są bowiem jedynie sugestią, jak można postępować, a nie jak bezwarunkowo trzeba; na przykład pod presją sankcji karnych, jak to ma miejsce w Polsce.

Szwecja nie ma obecnie w Polsce dobrej prasy. Szwecja od początku histerii z Covid-19, czyli kolejnej wersji trywialnej corocznej grypy, przyjęła zdecydowanie inne, rozsądne i przytomne stanowisko, i tym samym skazała się na sytuację outsidera. Nikt nie lubi outsiderów. Outsider jest czarną owcą, różni się od nas, białych, ślicznych i bezmyślnych owieczek i jest oczywiste, że go nie lubimy. I nigdy mu nie darujemy, że nie jest taki jak my. I jesteśmy z tego, my, potulne, białe owieczki, bardzo dumne – czyż nie?

Jaszczur

Cała Europa znajduje się w sytuacji Rafaela de Valentin z powieści Balzaka „Jaszczur”. Ludzie starają się nie żyć, by tylko zachować życie. Dokładnie jak Rafael, który czując zagrożenie, ale pragnąc przedłużyć swoje życie, zażywa opium i zapada w sen – gdy śpi szagryn nie kurczy się, a jemu nie ubywa życia. Dzisiaj ludzie podobnie wierzą, że jedyną rzeczą, którą muszą zatrzymać za wszelką cenę jest ich życie. Przestali przytulać się, witać ze sobą, oddalili się od siebie, unikają kontaktów, przestali spotykać przyjaciół, znajomych i najbliższych. Wierzą ślepo w to, co słyszą w radio czy telewizji, co z trwogą wyczytują w gazetach i bez wahania rezygnują z wolności. Świat zamienił się w dobrowolny obóz koncentracyjny. Jak żyć nie żyjąc? Jak żyć, by zaoszczędzić na życiu? Ironiczne, że enklawą normalności stała się „nienormalna” Szwecja.

Polska „elita”

Polakom od dziesiątków już lat, najpierw przez komunistów, obecnie przez liberałów, wmawia się, że wszyscy dookoła są lepsi. Nie wiem, czy istnieje jakaś prasa, poza prasą polską, która może poszczycić się taką ilością artykułów i artykulików, zapytań i informacji o tym, co inni myślą o nas, jak inni nas widzą, co sądzi się o nas za granicą, jak inni reagują na nasze decyzje czy ustawy, jak wyglądamy w oczach Francuzów, Pigmejów czy choćby świnek morskich. W Szwecji, kraju, gdzie obecnie mieszkam, nikogo nie obchodzi, co jakiś Papuas o nich pomyśli, powie czy napisze. Po prostu jest im obojętne, co Papuas o nich myśli. To, co Papuas, Francuz czy Pigmej o nich myśli jest sprawą Papuasa, Francuza czy Pigmeja. Szwedzi sami doskonale wiedzą, kim oni są i nie potrzebują masturbować się opiniami innych o sobie.

W Polsce jest inaczej. W komunizmie lepsi od nas byli nawet Rosjanie. Byli lepsi we wszystkim – w sporcie, w nauce, w literaturze, w polityce, nawet w piciu alkoholu. Dlatego lubiliśmy takich facetów jak Kozakiewicz, którzy nawet w paszczy krokodyla potrafili pokazać wała i nieco poprawić nasze samopoczucie. Po odwilży, a następnie przejęciu władzy przez pogrobowców komunizmu, gdy nie wypadało już pognębiać nas Rosjanami, pojawiła się technika dołowania nas ludźmi Zachodu, cywilizowaną i wysublimowaną zagranicą oraz kulturą europejską. Przyznano nam prawo awansu do grzędy wyżej i zaszczyt bycia lepszymi od Rosjan, ale wciąż powinniśmy mieć świadomość, że jesteśmy gorsi od ludzi Zachodu, że przerastają nas oni o wieki, że mamy pokornie przyjmować ich mądre słowa i pouczenia. Tak zwane polskie elity – a w polskim kontekście słowo to powinno się pisać w cudzysłowie, bo są to głównie aktorzy i statyści, wszelkiej maści subretki i amanci, pisarze z bożej łaski, marni dziennikarze, celebryci, znani wyłącznie z tego, że są znani, wszelkiej maści zapiewajła, politycy typu Biedronia i jego żony (czy odwrotnie, niestety, nie znam kolejności dziobania w takich konfiguracjach), infulencerzy, agenci wpływu i pożyteczni idioci – nieustannie straszą nas opiniami innych, lepszych od nas. Teraz już nie Rosjanie, ale Niemcy, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi i pozostałe nacje Europy są od nas lepsze i mają prawo nas karcić, prawić morały, udzielać przygan, upomnień i ostrzeżeń. Według naszych polskich „elit”, powinniśmy pilnie wsłuchiwać się w te głosy, brać je sobie do serca i starać się, starać i jeszcze raz starać, by do nich choćby trochę doskoczyć. Kiedy dokonamy czegoś sensownego, w polityce czy w ekonomii, a wystarczy, że jest to niezgodne z upodobaniami naszych „elit”, natychmiast pojawiają się dziesiątki informacji o tym, jak bardzo to rozbawiło, oburzyło, obraziło, czy dotknęło do żywego jakiegoś Szweda czy Papuasa. Jeżeli to nie wystarczy, poskarżą się w lewicowym kolegom z Unii Europejskiej, żądając kary. Nasze „elity” to pseudoelity, to ludzie, którzy nie wiedzą, skąd pochodzą i kim są – to najbardziej zadżumiona część polskiego społeczeństwa. Umówmy się, że ci wszyscy „oświeceni” aktorzy, jak Maciej Stuhr czy równie „oświecona” literatka jak Maria Nurowska, która pisze równie nędzne książki jak nędzne komentarze na Facebooku (Odbyłam dziś bitwę z trollami, przy okazji blokad miałam możliwość zobaczyć te twarze, a właściwie mordy. Oni mają ordynarne ryje i to wszystko elektorat PiS. A ich baby! Nie lepsze!) czy wielce „oświecony” dziennikarz Tomasz Lis, redaktor polskiej edycji Newsweeka, wydawanego przez niemieckie wydawnictwo Springera, to nie jest elita. To współczesne wydanie polskich arian, którzy – tak samo jak ich poprzednicy z siedemnastego wieku – chętnie pomogą w jakichś nowych planach rozbioru Polski, gdy tylko takie się pojawią. To nie jest elita i nie nazywajmy ich elitą. To pierroty, przebierańce i śmiszki. Prawdziwa polska elita spoczywa w piaskach Katynia, w bezimiennych grobach, w tundrach Syberii, w krematoriach niemieckich obozów zagłady.

Nie sądzę, by jakiś Szwed, Francuz czy Belg miało prawo nas pouczać czy upominać. To raczej my mamy takie prawo i byłoby dobrze, gdybyśmy zaczęli wreszcie z niego korzystać. Dla tych, którzy mają w tej sprawie wątpliwości, przypomnę tylko jeden fakt. W 1945 r. generał Charles de Gaulle dokładnie skopiował skuteczne działania Talleyranda z Kongresu Wiedeńskiego i dzięki temu podbita przez Niemców, kolaboracyjna Francja, łącznie z faszystowską filią La France de Vichy, organizującą obławy na Żydów (Obława Vel d’Hiv) nagle przemieniła się w dumną IV Republikę, zwycięską aliantkę, została zaproszona do stołu w Poczdamie, dostała francuską strefę okupacyjną Niemiec i Berlina i stosowne reparacje wojenne. Polskę natomiast, która nie poddała się nigdy, straciła miliony obywateli, walczyła na wszystkich frontach świata, wyzwalała Europę, między innymi także Francję, oddano w wieczystą dzierżawę Stalinowi, a polskim żołnierzom i generałom, po zdemobilizowaniu, nie zapewniono nawet godziwej odprawy. Warto o tym pamiętać. To nie my musimy się czegoś wstydzić.  

Zwyczajny faszyzm

W komunistycznej Polsce, jak we wszystkich pozostałych sowieckich lennach, wyrażanie swoich poglądów zawsze kończyło się tym samym: taka osoba szybko znikała z życia publicznego, a niekiedy znikała także fizycznie. W krajach zawirusowanych komunizmem, podobnie jak w germańskim raju Trzeciej Rzeszy, mogły istnieć tylko poglądy dozwolone. Żadne inne nie miały prawa bytu. Zazdrościliśmy zachodniej Europie, zazdrościliśmy całemu wolnemu światu, że może koegzystować głośno wyrażając i konfrontując swoje przekonania. Od pewnego czasu role odwróciły się. W zapisie Zamaskowany rasizm, sprzed paru tygodni, pisałem, że obecnie w Szwecji „prawdziwa demokracja” jest definiowana wyłącznie przez wielokulturowość, polityczną poprawność, liberalizm oraz relatywizm genderowy, że jakakolwiek dyskusja jest niemożliwa, z góry wykluczona, a każde inne stanowisko i każdy inny pogląd stemplowane są natychmiast jako rasizm i że stempel ten skazuje ofiarę na polityczny, socjalny, towarzyski, a niekiedy nawet zawodowy niebyt. Aktualnie doświadczył tego Alexander Bard, muzyk i pisarz, który na Twitterze skrytykował ruch Black lives matter twierdząc, że czarni, zamiast podpalać sklepy i niszczyć pomniki powinni raczej ostro zabrać się za naukę, pracę i przestać żyć z socjalnych zasiłków. W mediach, totalnie opanowanych przez medialnych świętych, niewinnych, dziewiczych i szlachetnych, zawrzało. Nie, nikt nie podjął z nim jakiejkolwiek polemiki, nikt nie przedstawił kontrargumentów, nikt nie postawił żadnych pytań. Natomiast kategorycznie zażądano jego głowy. Żądaniom świętoszkowato oburzonych miernot stało się zadość – z Bardem, jako jurorem w telewizyjnym programie Mam Talent zerwano kontrakt, o czym dumnie poinformowała rzeczniczka prasowa TV 4, a Partia Liberalna, której był członkiem, błyskawicznie usunęła go ze swoich szeregów. Wszystko w ciągu jednego dnia – podziwu godna maszyneria połączonych sił politycznej poprawności, silnego zaczadzenia alterocentryzmem i debilizmu. Pierwsze skojarzenie przywodzi na myśl słowo bolszewizm, ale myślę, że jest to zbyt umiarkowane i poczciwe określenie. To, co ma obecnie miejsce w Szwecji, i w całej bez mała Europie, to zwyczajny faszyzm.

Zamaskowany rasizm

W Szwecji wciąż króluje przekonanie, że prawdziwa demokracja może być definiowana wyłącznie przez wielokulturowość, polityczną poprawność, liberalizm oraz relatywizm genderowy, a wszystkie inne opinie należy z góry wykluczyć i nawet ich nie dyskutować, bo są jedynie zamaskowanym rasizmem.

Zwyczajny faszyzm

Wczorajszy wieczór w towarzystwie sympatycznej pary młodych ludzi. Ona studiuje dziennikarstwo w Lundzie. Opowiada z przejęciem, że na wykładach informuje się ich o mordowaniu demokracji w Polsce oraz próbach podporządkowania Sądu Najwyższego obecnemu rządowi. Nie wątpi, że to prawda i nie kryje swego oburzenia. Używa nawet określenia „zwyczajny faszyzm”. Jest zdziwiona, gdy wyjaśniam jej, że demokracja w Polsce ma się tak dobrze, jak – być może – nigdy wcześniej. Nie ma też najmniejszego pojęcia o tym, że Sąd Najwyższy w jej własnym kraju, w Szwecji, Högsta Domstolen, ma 16 sędziów wybieranych i zatwierdzanych przez … rząd. Dyskretnie porzucamy ten temat, ale po raz pierwszy zaczynam poważnie zastanawiać się komu i dlaczego tak bardzo zależy na tym, by oczerniać Polskę i Polaków.

                                                                      ***

Skolverket, Szwedzka Komisja do spraw Edukacji, zdecydowała w tym tygodniu, że hymn narodowy oraz psalmy, które dotychczas wchodziły w program nauczania w szwedzkiej szkole, muszą zniknąć z tegoż programu już od przyszłego roku. W programie nauczania historii identycznej eksterminacji ulegną pojęcia tak „skomplikowane i zbyteczne” jak średniowiecze, renesans, barok, oświecenie, romantyzm i tym podobne. Protestów nie było.

Wódka i książka

W Szwecji wódka jest koszmarnie droga. Książki są jeszcze droższe. To nieporozumienie: wódka powinna być znacznie tańsza. Do ceny książek trudno mieć pretensje. Książki muszą być drogie. Książki nie są dla wszystkich. Wiemy już od dawna, że książki nigdy nie zagoszczą pod „strzechami” i nie tam jest ich miejsce. Ale droga wódka? To zwykły faryzeizm.

Szwedzka demokracja

Zdaje się, że wynalazcą „szwedzkiej demokracji” był bodaj jeden z najbardziej szalonych rzymskich władców, Heliogabal. Jak podaje Historia Augusta zwykł on był dobierać sobie gości według bardzo demokratycznych kryteriów: ośmiu łysych, ośmiu czarnoskórych, ośmiu jednookich, ośmiu paralityków, ośmiu głuchych, ośmiu wysokich, ośmiu niskich, ośmiu grubych, ośmiu brunetów, ośmiu idiotów, ośmiu kulawych, itd. Tyle tylko, że ten rodzaj sprawiedliwości jest w Szwecji marzeniem o składzie parlamentu, a Heliogabal, realista, poprzestawał na uczestnikach jego słynnych pijackich uczt.

Sąd Najwyższy

Od dłuższego już czasu Polska jest atakowana za sprawę z Sądem Najwyższym. Uważa się, że proponowane reformy tego sektora to w istocie ukryty zamach na niezawisłość polskiego sądownictwa. Nie znam się na tym i nie zamierzam niczego kwestionować. Mam jednak pytanie, dlaczego z tego samego powodu nie jest atakowana na przykład Szwecja? Szwedzi mają w tzw. Högsta Domstolen, w ich Sądzie Najwyższym, 16 sędziów wybieranych i zatwierdzanych przez rząd. Czy zgodnie z logiką nie byłoby więc słuszne rozważenie identycznych sankcji wobec Szwecji? Tym bardziej, że w Polsce istnieje  przynajmniej Trybunał Konstytucyjny, ale w Szwecji nawet takiej opcji nie ma.

Z historii szaleństwa

Jesteśmy doskonale wyposażeni jako gatunek, a jednocześnie jesteśmy najgłupszymi, najpodlejszymi i najbardziej bezmyślnymi stworzeniami na świecie. Charakteryzuje nas okrucieństwo przechodzące wszelkie wyobrażenie, pasja niszczenia, która nie ma sobie równych, ale łazimy po tej planecie – którą tylko dla zaspokojenia dumy czy próżności gotowi bylibyśmy wysadzić w powietrze – i bezczelnie rozprawiamy o ideałach, Bogu, szlachetności, prawdzie, wieczności, i co tam jeszcze. Największy moralista czasów nowożytnych, Rousseau, był – jak setki jemu podobnych speców od naprawy świata – zimnym, pozbawionym uczuć psychopatą i potworem. Nie ma w naszej historii drugiej równie skorumpowanej, okrutnej, sadystycznej, zbrodniczej instytucji jak Kościół i nie ma drugiej, która z równą bezczelnością pouczałaby nas o tym, co dobre i co złe. Ideologia komunizmu spowodowała zagładę setek milionów ludzi na całym świecie, ale oblicza się, że w Szwecji, gdzie właśnie zbliżają się wybory, partia komunistyczna powinna otrzymać około 10 procent głosów. Zbrodniarze dostaną więc głosy prawie stu tysięcy ludzi. Ludzi? Jeżeli tak, to znaczy, że natura dała nam fascynująco krótką pamięć i zgoła biologiczny wstręt do jakiejkolwiek formy wiedzy.

                                                                  * * *

Według Hitlera Alpy miały stanowić granicę między Niemieckim Imperium Północy, ze stolicą w nowo powstałej Germanii, a Rzymskim Imperium Południa. Papież miał być powieszony w szatach pontyfikalnych na placu Św. Piotra, a katedrę w Strasburgu zamierzano przerobić na Pomnik Nieznanego Żołnierza. Hitler postulował także prace nad nowymi gatunkami zbóż, między innymi wiecznego żyta. Zamierzał też wprowadzić ogólnoeuropejski całkowity zakaz palenia papierosów (co zdaje się obecnie realizują jego epigoni), zarządzić przymusowy wegeterianizm (ta idea też jest w trakcie realizacji), odrodzić cymbryjską sztukę trykotarstwa, powołać ministra do spraw opieki nad psami oraz sekretarza do obrony przed komarami i owadami.

 

Bergman

W Szwecji Bergman jest kimś w rodzaju świeckiego świętego. Mówi się o nim i pisze tylko na klęczkach. Nigdy też, a przynajmniej nie bez przyzwolenia, nie wspomina się o niewygodnych faktach z jego życia. „Dyskretnie” przemilcza się, na przykład, jego listy do rodziców. Pisał je z Niemiec w 1936 roku. Był zafascynowany nazizmem i kończył listy pozdrowieniem: „Heil Hitler!”.

Cienie w Raju

Pewien mieszkaniec szwedzkiego miasteczka o wdzięcznej nazwie Malmö miał bezsenną noc. Nic nadzwyczajnego, od czasu do czasu przydarza się nawet najbardziej porządnym ludziom o idealnie czystym sumieniu. Może głównie takim, łotry śpią zwykle dobrze. Nie posiadają sumienia, więc nic ich nie budzi. Pech tego, dręczonego besennością Szweda, polegał na tym, że w oczekiwaniu na sen usadowił się w fotelu przy oknie, obserwując stąd cichą, bezludną ulicę. Nie całkiem bezludną. Spostrzegł, mianowicie, przemykającą się chyłkiem postać, która wyraźnie objawiała przesadne zainteresowanie samochodami  zaparkowanymi na poboczu. Tu bohater tej historii rozbudził się na dobre, zwłaszcza, że ta mroczna, zakapturzona postać wybrała jego samochód. Gdy usłyszał brzęk tłuczonego szkła, uzbroiwszy się po drodze w kij hokejowy, ruszył na odsiecz. Wysportowany, szybki bez trudu dopadł złodzieja i zafundował mu spektakularny pokaz użycia hokejowego kija jako . Skutecznie, bo w złości, spotęgowanej bezsennością.

Wczoraj sąd skazał go na 6 miesięcy więzienia, zapłacenie złodziejowi odszkodowania w postaci 40 tys. koron, za cierpienia fizyczne i moralne, koszty procesu oraz, naturalnie, kilka tysięcy za wstawienie nowej szyby w samochodzie.

Bezsennne noce w Raju mogą być bardzo kosztowne.

London Bridge

Wczoraj kolejny akt terroru w Londynie. Najpierw dobrze już wypróbowany numer z samochodem miażdżącym ludzi na chodnikach, a potem trójka zdurniałych islamistów biegająca z nożami po ulicach i zarzynających ludzi jak barany czy owieczki. Wielu zabitych, wielu ciężko rannych.

W odpowiedzi Europa wystawiła silną drużynę złożoną m.in. z Ariany Grande, Coldplay, The Black Eyed Peas, Justina Bieber, Miley Cyrus, Take That, Katy Perry, Ushera, Pharrella Williamsa, Robbie Williamsa, Mumford and Sons, Little Mix, etc. manifestując w ten sposób nasze przywiązanie do wolności, tolerancji i demokracji. Naturalnie, jak jeden mąż europejscy przywódcy nadesłali kondolencje i wyrazili swoje najwyższe oburzenie.

Jestem przekonany, że taka riposta musiała być dla islamistów straszna i część z nich zapewne umarła skręcając się ze śmiechu.

Dzisiaj rano w szwedzkiej telewizji dyskusja o technicznych sposobach uniemożliwienia terrorystycznych aktów z użyciem samochodów. Jakaś ogłupiała dziennikarka proponuje ustawienie na ulicach wielkich betonowych bloków (sic!). Uczestniczący w dyskusji policjant informuje ją, że jest to niemożliwe, bo przecież samochody dostawcze, karetki pogotowia oraz straż pożarna … Zapytany o ewentualne inne rozwiązania opowiada z całą powagą, że czekają właśnie na propozycje w tej sprawie ze strony społeczeństwa. Mam taką propozycję. Czemu nie zorganizować kolejnej „krucjaty dziecięcej” zamiast bezskutecznie organizować koncerty charytatywne? Mamy w tym względzie bogate doświadczenia i choć trzy poprzednie krucjaty trudno zaliczyć do udanych, to może obecnie mogłoby się to jednak powieść, zwłaszcza z Arianą Grande i Miley Cyrus na czele. Czystość, prawość i niewinność zwyciężają zawsze, czyż nie?

Nigdy jeszcze, w całej swojej 2000 letniej historii, Europa nie była tak skretyniała, śmieszna i żałosna jak obecnie.

Nowe Koloseum

Sport i polityka to prastary duet. Już Igrzyska Olimpijskie w starożytnej Grecji kreowały zwykłych ludzi na narodowych bohaterów, choć były to jednak dość niewinne zabawy w porównaniu z tym, co przyszło kilka wieków później. Wystarczy przypomnieć słynne „powstanie Nika” w Bizancjum, gdy niezadowolone z rządów Justyniana elity polityczne sprowokowały ogłupiałych kibiców Zielonych i Niebieskich do awantury, która zakończyła się śmiercią dziesiątek tysięcy ludzi. Średniowieczne, preferując zdrowie duszy, znacznie mniej zainteresowane ciałem, nie było szczególnie „sportowe”, jeśli nie liczyć turniejów rycerskich i publicznych egzekucji, tłumnie nawiedzanych przez podnieconą i rozentuzjazmowaną gawiedź – namiastka antycznego „circus”, bo chleb przynoszono ze sobą, jak na porządny piknik przystało.  Kolejne epoki, nawet jeśli doceniały i propagowały starożytny ideał paidei, też nie potrafiły czy nie umiały użyć sportu w celach politycznych. A może nie było potrzeby? Czasy nie były spokojne. Upiory wędrowały wzdłuż i wszerz Europy, a krwawe widowisko zwane powszechnie Rewolucją Francuską dostarczyło plebsowi dostatecznie dużo wrażeń na wiele lat do przodu. Dopiero więc czasy nowożytne powróciły do tej wypróbowanej rzymskiej metody. Nazistowskie Igrzyska Olimpijskie w Berlinie, rozdęta rola sportu w byłych krajach komunistycznych, ze Związkiem Radzieckim i Chinami na czele, wojna futbolowa między Hondurasem a Salwadorem. Przykładów jest wiele, od początku XX wieku sport stał się techniką projektowania człowieka według politycznych potrzeb, a więc człowieka sprawnego tylko w bardzo wąskim zakresie rzeczywistości społecznej, istoty bezrefleksyjnej, uwolnionej od trudu krytycznego widzenia i przykrej konieczności decydowania o samym sobie.

W latach 60-tych ubiegłego wieku, w okresie, gdy telewizja jeszcze raczkowała, sport pojawiał się głównie w soboty i niedziele, zaledwie dwie, co wyżej trzy minuty, skrót najważniejszych informacji o ciekawszych sportowych wydarzeniach. W 10 lat później jest w naszych domach każdego wieczoru, choć wciąż jeszcze nie dominuje innych programów. Dzisiaj mamy już dziesiątki kanałów sportowych, które nadają całą sportową nędzę dzień i noc, od pierwszej ligi po dziesiątą, przez okrągłą dobę i to te kanały królują w naszych pubach, restauracjach, poczekalniach dworcowych i lotniczych, u dentysty, w szpitalach czy osiedlowych butikach. Sport, sport, wszędzie sport i sport raz jeszcze. Sport i telewizja – dwa narkotyki. Nie ma to już nic wspólnego z ćwiczeniami ciała, z jakąkolwiek paideią czy kalokagatią, z sensowną rywalizacją. To widowiskowy biznes, nowe i udoskonalone wydanie panem et circenses, gdzie każdy chwyt jest dozwolony, a pomysłowość i „wynalazczość”, głównie w dziedzinie środków dopingowych, przechodzi samą siebie. Dzięki temu stutysięczne tłumy legalnie narkotyzują się na trybunach stadionów, a tzw. kibice, zdominowani przez wszelkiej maści bandytów, stali się znaczącą siłą polityczną. Wszystko, byle tylko nie myśleć, byle niczego sobie nie uświadamiać, byle być „poinformowanym” bez wysiłku wypracowania własnego sądu czy zdania, bo dzisiaj tabela wyników sportowych znakomicie zastępuje przekonania, komentarze o sportowych imprezach uchodzą za konwersację, a przynależność do określonego klubu jest tym samym, co przynależność do partii politycznej.

W kraju w którym mieszkam, w Szwecji, sport jest świętą krową. Wieczorne wiadomości prawie nigdy obecnie nie zajmują więcej niż dziesięć minut, pozostałe dwadzieścia minut to wiadomości sportowe. Przeciętny Szwed, w prawdziwym życiu zdominowany przez kobiety, niepewny i bojaźliwy, bezsilny w życiu społecznym i zawodowym, poprawny politycznie aż do rzygowin nie ma żadnych powodów i żadnych szans, by poczuć się silnym. Sport jest więc dla niego substytutem. Tutaj może projektować siebie na grę, w której nigdy nie będzie brał udziału, i tylko tutaj, w przypadku wygranej jego drużyny, może poczuć, że coś dzieje się w jego nędznym życiu i on sam coś znaczy. I to samo dzieje się w całej Europie. Tak oto, po tysiącach lat, znów rozsiedliśmy się wygodnie na nowych ławkach nowego Koloseum.

Partia Zielonych

Partia szwedzkich Zielonych przekształciła się w ciągu ostatnich kilkunastu lat z organizacji ekopolitycznej w bardzo ciemną sektę. Jeszcze nie tak dawno, bo przed kilku laty, domagali się jedynie praw dla ich przyjaciół zwierząt. Wywalczyli te prawa i dzisiaj zwierząta w Szwecji mają niemal ludzkie prawa. Potem przyszła kolej na ptaki i cały pozostały drób, a obecnie szwedzcy Zieloni domagają się szacunku dla każdej formy życia. Ich zdaniem należy zachować każde istnienie i każde bez wyjątku istnienie – choćby najbłachsze – jest równie ważne.

Czyżby? Czy możemy żyć i rozwijać się nie niszcząc innych form życia? Czy mamy otoczyć opieką i ochroną także wszystkie paciorkowce, gronkowce i krętki, wirusy Eboli i dengi? Czyżbyśmy doszli już w naszym rozwoju do takiego poziomu wysublimowania, że możemy egzystować tylko i wyłącznie w sferze ducha, czyli nie jedząc i nie pijąc, nie budując domów i nie produkując odzieży? Może, może tak jest, a ja jak zwykle coś przegapiłem, ale osobiście jestem przekonany, że w tej mojej egzystencji nie zdołam, niestety, osiągnąć takiego poziomu uduchowienia i dalej będę, co jakiś czas, zjadał z przyjemnością grillowane kurczaki, a krętki niszczył penicyliną, nawet pod karą więzienia o zaostrzonym rygorze żywieniowym.

Hammurabi

Wmówiono nam, że protestując przeciwko karze śmierci manifestujemy nasz szacunek dla życia. To nieporozumienie. Wyrazem prawdziwego szacunku dla życia byłaby taka postawa w której każda zbrodnia, każde morderstwo byłyby jednoznacznie potępione, bezlitośnie i przykładnie ukarane, a morderca nie miałby żadnych złudzeń co do losu, jaki go czeka. Nie widzę powodu, by pogardzać Hammurabim – nie wymyśliliśmy żadnego mądrzejszego rozwiązania jak dotąd.

Wszystkie dyskusje o zasadności stosowania kary śmierci zajmują się wyłącznie „biednym przestępcą”, całkowicie pomijając prawa ofiary. W niektórych krajach (jak choćby Szwecja) doszło już do tego, że współczuje się mordercy i rości się pretensje (na razie jeszcze ciche) do ofiary, że bezmyślnie pojawiła się na jego drodze. Pewnie dojdziemy do punktu w którym rodzina takiej „lekkomyślnej” ofiary będzie płacić mordercy odszkodowanie za wszystkie przykrości związane z aktem morderstwa. W Skandynawii tymczasem płaci państwo, czyli my wszyscy.