Unilever i normy

Unilever. Jeden z największych na świecie producentów żywności, kosmetyków i środków czystości pod tak znanymi markami jak Algida, Ben&Jerry’s, Lipton, Knorr, Axe, Dove, Rexona, Signal, i wielu innych, zapowiedziała, że wycofuje ze swojego języka słowo normalne. Przeprowadzone przez nich badania potwierdzają podobno, że zdecydowana większość ich klientów uznaje to słowo za „wykluczające” i „rasistowskie”.

To wiele mówi. Normalne, a więc zgodne z normą, a tymczasem coraz więcej norm jest postrzeganych przez ludzi Zachodu jako bezzasadne ograniczenia, a nawet przekleństwo. Dlaczego? Bo normy są skierowane przeciwko pewnym instynktom, co prawda naturalnym, ale głównie instynktom aspołecznym lub egoistycznym. Normy były próbą stworzenia świata dla wszystkich, a nie świata dla każdego, a to jest kolosalna różnica. Świat dla wszystkich zakładał respekt dla innych ludzi, natomiast świat dla każdego domaga się respektu tylko dla samego siebie. Człowiek naszej doby, nawet gdy głośno krzyczy o respekcie dla innych, ma na myśli przede wszystkim siebie, domaga się respektu dla samego siebie. Wartości, które reprezentował dotychczasowy kulturowy porządek, kruszeją jednak powoli i z dnia na dzień zanikają. Zapewne stąd ta otwarta i irracjonalna nienawiść do zakazów i nakazów, bo te wciąż jeszcze tkwią w nas i zarządzają mechanizmem samooceny, który przywykliśmy nazywać sumieniem. Jeżeli damy się przekonać, by odrzucić normy, jeżeli zgodzimy się z tym, że wszystko, co normalne jest „wykluczające” czy „rasistowskie”, droga do likwidacji sumienia i uwolnienia tłumionych instynktów będzie stała otworem. I nie łudźmy się – brak norm to nie tylko chaos.

Zwyczajny faszyzm

W komunistycznej Polsce, jak we wszystkich pozostałych sowieckich lennach, wyrażanie swoich poglądów zawsze kończyło się tym samym: taka osoba szybko znikała z życia publicznego, a niekiedy znikała także fizycznie. W krajach zawirusowanych komunizmem, podobnie jak w germańskim raju Trzeciej Rzeszy, mogły istnieć tylko poglądy dozwolone. Żadne inne nie miały prawa bytu. Zazdrościliśmy zachodniej Europie, zazdrościliśmy całemu wolnemu światu, że może koegzystować głośno wyrażając i konfrontując swoje przekonania. Od pewnego czasu role odwróciły się. W zapisie Zamaskowany rasizm, sprzed paru tygodni, pisałem, że obecnie w Szwecji „prawdziwa demokracja” jest definiowana wyłącznie przez wielokulturowość, polityczną poprawność, liberalizm oraz relatywizm genderowy, że jakakolwiek dyskusja jest niemożliwa, z góry wykluczona, a każde inne stanowisko i każdy inny pogląd stemplowane są natychmiast jako rasizm i że stempel ten skazuje ofiarę na polityczny, socjalny, towarzyski, a niekiedy nawet zawodowy niebyt. Aktualnie doświadczył tego Alexander Bard, muzyk i pisarz, który na Twitterze skrytykował ruch Black lives matter twierdząc, że czarni, zamiast podpalać sklepy i niszczyć pomniki powinni raczej ostro zabrać się za naukę, pracę i przestać żyć z socjalnych zasiłków. W mediach, totalnie opanowanych przez medialnych świętych, niewinnych, dziewiczych i szlachetnych, zawrzało. Nie, nikt nie podjął z nim jakiejkolwiek polemiki, nikt nie przedstawił kontrargumentów, nikt nie postawił żadnych pytań. Natomiast kategorycznie zażądano jego głowy. Żądaniom świętoszkowato oburzonych miernot stało się zadość – z Bardem, jako jurorem w telewizyjnym programie Mam Talent zerwano kontrakt, o czym dumnie poinformowała rzeczniczka prasowa TV 4, a Partia Liberalna, której był członkiem, błyskawicznie usunęła go ze swoich szeregów. Wszystko w ciągu jednego dnia – podziwu godna maszyneria połączonych sił politycznej poprawności, silnego zaczadzenia alterocentryzmem i debilizmu. Pierwsze skojarzenie przywodzi na myśl słowo bolszewizm, ale myślę, że jest to zbyt umiarkowane i poczciwe określenie. To, co ma obecnie miejsce w Szwecji, i w całej bez mała Europie, to zwyczajny faszyzm.

Rasistowska matematyka

Uwielbiam absurdalne odkrycia i teorie lewicowych naukowców. Rozweselają mnie nie mniej niż oglądanie filmów z Flipem i Flapem. Niekiedy nawet bardziej, bo głupota w profesorskich togach jest jednak nieporównywalnie zabawniejsza, prawem kontrastu choćby. Anne DeLessio Parson, wykładowczyni socjologii na stanowym uniwersytecie w Portland, ogłosiła na przykład, że matematyka jest rasistowska (sic!). Umotywowała to tym, że w przeszłości matematyka służyła do liczenia czarnych i brązowych ciał, czyli liczenia niewolników przez białych wyzyskiwaczy. I to wystarczy. Należy czym prędzej przestać wykładać ten rasistowski przedmiot, a prywatnie powinno się nawet unikać liczenia czarnych owiec. Lepsza bezsenność niż ewidentny rasizm. Brittney Cooper, profesor nadzwyczajny na Wydziale Badań Kobiet i Płci na uniwersytecie w Nowym Brunszwiku, wcześniej asystentka profesora na uniwersytecie w Alabamie, postanowiła nie dać się zdystansować i ogłosiła, że również i „czas jest rasistowski”. Uzasadnienie? Został wymyślony przez białych Europejczyków, a przecież nie trzeba udowadniać, że każdy biały jest rasistą. Ten sam temat podejmuje wschodząca gwiazda amerykańskich demokratów, propagatorka New Green Deal, autorka projektu naukowego dotyczącego wpływu antyoksydantów na długość życia robaków obłych C. Elegans, zasiadająca obecnie w Izbie Reprezentantów Alexandria Ocasio-Cortez. Otóż, jej zdaniem nawet „uprawianie kalafiora to forma ekologicznego rasizmu”, bowiem … „kalafior to warzywo białych ludzi, którego czarni nie lubią i nie potrafią nawet ugotować”. Przyczyną jest zapewne fakt, że kalafiory są białe. Czarni mieliby mniej problemów z czarną rzepą, ale nawet to przewrotne i podstępne warzywko jest w środku białe i rasistowskie.

W filozofii też pojawili się lewicowi „wolnomyśliciele”. Hinduski filozof Raphael Samuel zaskarżył swoich własnych rodziców do sądu za to, że się urodził. Jak przystało na filozofa uważa, że „przyszedł na świat wbrew swojej woli, a to stanowi naruszenie jego praw, w tym jego prawa do nieistnienia”. Ale wszystkich przebiła jednak prof. Jane Bone z Uniwersytetu Monasha w Australii, która przedstawiła „naukowe dowody” na to, że „małe krzesło jest kontrowersyjnym i niejednoznacznym artefaktem, który jest uważany za pewnik we wczesnym dzieciństwie”. Jej zdaniem „małe krzesła z jednej strony hamują rozwój dziecka, a z drugiej są wyrazem stereotypowo sfeminizowanego miejsca pracy, skupionego na dzieciach i niepozwalającego wychowawcom się rozwijać i wyjść z ról płciowych”. Będę wdzięczny za kolejne przykłady lewicowych odkryć. Z góry dziękuję.