Nacja bez narodu

Są Grecy, ale nie ma narodu, napisał Lamartine w „Podróży na Wschód” i chyba nikt i nigdy nie wyraził tego równie trafnie.

Aleksander Wielki po bitwie pod Granikiem rozkazał stracić około 2 tys. greckich najemników walczących po stronie Persji, uznając ich za zdrajców. Zapewne nie rozumieli o co mu chodzi.

Memnon i inni

Memnon, Grek z Rodos, kondotier późnego okresu Achemenidów. Wielu historyków ceni go i wychwala twierdząc, że był nie mniej zdolnym strategiem niż Aleksander i że gdyby nie jego nieoczekiwana i przedwczesna śmierć, historia tej części świata mogłaby potoczyć się całkiem inaczej. Możliwe, historia jak wiadomo zawsze może potoczyć się inaczej, i możliwe również, że Memnon był wyjątkowo zdolnym wodzem – różnica między nimi polegała jednak na tym, że Aleksander był człowiekiem wolnym, a Memnon, mimo jego niezaprzeczalnych talentów, miał mentalność wasala. Tacy ludzie są zdolni wygrywać bitwy, ale nie podbijać świat. Nie stawiałbym go w jednym rzędzie z Aleksandrem.

Plateje, Maraton, wszyscy znamy te słynne i zwycięskie bitwy Greków, ale niewielu z nas wie, że walczyli w nich po stronie perskiej greccy najemnicy z Karii i Jonii. I nikogo to w tamtej epoce nie dziwiło i nie oburzało. Grecy od dawien dawna dostarczali zaciężnych, i choć greccy kondotierowie pochodzili głównie ze Sparty – Klearch czy Agesilaos cieszyli się niezmierną popularnością i sławą – to zjawisko to dotyczyło właściwie całej Hellady, a więc i Greków z wysp, z północnej Grecji, z Macedonii, z Tracji, a nawet z odległych małoazjatyckich osad. Przedsiębiorstwa werbujące żołnierzy już w tamtych czasach nie były niczym wyjątkowym. Żołnierka zaciężna stanowiła obok handlu drugie główne zajęcie zarobkowe Greków i miała nim pozostać jeszcze długo, bo aż do IV wieku po Chrystusie.

Aleksander Wielki usiłował zmienić ten stan rzeczy. Po bitwie pod Granikiem zgodził się co prawda na to, by pogrzebano także zabitych greckich najemników, którzy walczyli po stronie Persów, ale tych, którzy poddali się, a spora ich część rekrutowała się z Ateńczyków, zakutych w kajdany wysłał do Macedonii na roboty, bowiem wbrew wspólnej uchwale Greków (uchwała Związku Korynckiego) walczyli po stronie nieprzyjaciela. Flawiusz Arrian pisze: Natomiast posłom helleńskim, którzy w imieniu wszystkich najemników prosili o zawarcie z nimi ugody, odpowiedział, że nie zawrze z nimi żadnego układu, gdyż dopuścili się wielkiej zdrady, wstępując do wojska barbarzyńskiego przeciwko Grecji wbrew uchwałom Hellenów. Niestety, po śmierci Aleksandra wszystko powróciło do poprzedniego stanu – zaciekle walczący ze sobą diadochowie potrzebowali każdej ilości najemników, więc przez kolejnych czterdzieści lat Grecy z upodobaniem wyrzynali się głównie nawzajem.

Herodian

Herodian, autor Historii Cesarstwa Rzymskiego, Grek, miejsce urodzin nieznane, a data urodzin niepewna, prawdopodobnie około roku 170 naszej ery, zmarł po roku 240. Lekkie pióro i upodobanie do plotek sprawia, że czyta się go chętnie, ale lepiej nie powoływać się na jego informacje – według Herodiana Aleksander Wielki miał stoczyć ostatnią i największą bitwę z Dariuszem pod Issos (listopad 333 roku). Ostatnim i rozstrzygającym starciem była w istocie bitwa pod Gaugamelą, rozegrana dopiero dwa lata później, 1 października 331 roku. Nie zawsze bliżej znaczy wierniej i dokładniej – Herodiana dzieliło od tamtych wydarzeń tylko 500 lat, nas dzieli prawie 2500. Możliwe jednak, że 500 lat w jego czasach stanowiło wieczność, której my nie jesteśmy już w stanie zrozumieć.

Grobowiec Aleksandra

Kiedy ten wszedł do miasta z całym wojskiem, udał się najpierw do świątyni, złożył wiele hekatomb w ofierze i ołtarze obsypał hojnie kadzidłem. Stamtąd pospieszył do grobowca Aleksandra i zdjąwszy płaszcz purpurowy, jaki nosił, pierścienie z drogimi kamieniami, pas i wszystko, co miał na sobie kosztownego, złożył to na trumnie Aleksandra – odnotował Herodian. Opis dotyczy wizyty w Aleksandrii cesarza Karakalli, który przybył tam w 216 roku. I jest to ostatnia wiadomość ze starożytności na temat tego wciąż nieodkrytego grobu. Od tego momentu urywa się wszelka w miarę pewna wiedza o lokalizacji grobowca. Późniejsze relacje na ten temat są fragmentaryczne i często sprzeczne. Jako ostatni wspomina o nim angielski poeta, podróżnik i tłumacz, Georg Sandys w The Relation of a Journey, pracy wydanej na początku siedemnastego wieku, choć historycy twierdzą, że zawarty w niej opis jest tylko powtórzeniem wcześniejszej relacji, pochodzącej z kroniki arabskiego kronikarza Leona Afrykańczyka. Swoistym paradoksem w tej sprawie jest to, że chociaż znamy już dość dobrze topografię antycznej Aleksandrii, wiemy, gdzie znajdowała się Biblioteka, Serapeum, pałace Ptolemeuszy, znamy nazwy starożytnych dzielnic, rozkład ulic i położenie świątyń, to o miejscu pochówku Aleksandra wciąż nic nie wiemy. Grób Aleksandra i grobowiec Kleopatry, dwa najbardziej kultowe miejsca antyku, zlokalizowane w tym samym mieście, ulotniły się tak doszczętnie, że – posługując się słowami Lukana – Etiam periere ruinae, znikły nawet ruiny. Nie ma po nich ani śladu, prawie jak z całej Aleksandrii hellenistycznej. Leonard Woolley, archeolog angielski, napisał w pracy W poszukiwaniu przeszłości, że „wszystkie starożytne miasta powinny być zasypane popiołem przez jakiś pobliski wulkan. Badacz terenowy z zazdrością przygląda się w Pompei wspaniale zachowanym budowlom, nienaruszonym aż do drugiego piętra domom, freskom ściennym i umeblowaniu obiektów mieszkalnych, zachowanych w takim stanie, w jakim porzucili je uciekający przed niebezpieczeństwem mieszkańcy”. Aleksandria miała pecha. W jej pobliżu nie było żadnych wulkanów. Były za to gigantyczne tsunami, trzęsienia ziemi i powtarzające się przez wieki, równie katastrofalne w skutkach, paroksyzmy ludzkiej nienawiści – wpierw zainicjowane przez dekrety teodozjańskie niszczenie budowli i posągów „pogańskich”, potem równie niszczycielskie zapędy wyznawców Allaha.

Tsunami w Aleksandrii

Ammianus Marcellinus opisuje tsunami, które spustoszyło Aleksandrię. Według niego miało to miejsce 21 lipca 365 roku, podczas pierwszego konsulatu Walentyniana I i Walensa. Morze najpierw cofnęło się, aby następnie olbrzymią i wysoką falą zalać ląd. Doprowadziło to do zniszczenia wielu budowli w mieście, śmierć poniosło tysiące ludzi. Po opadnięciu wezbranej wody ulice Aleksandrii przedstawiały przerażający widok: stosy ciał utopionych ludzi, zniszczone statki, niektóre osiadłe nawet na dachach budowli. Wiele z nich znajdowano nawet w głębi lądu, w odległości 2 mil od brzegu.

Podobny opis daje też Sozomenos, choć on datuje to wydarzenie na okres panowania Juliana Apostaty. Także i w jego relacji morze najpierw cofnęło się, a następnie gwałtownie wezbrało, zmieniając swoje granice i wdzierając się głęboko w głąb lądu. Wspomina również o statkach, które morze „zacumowało” na dachach nawet wysokich domów. Opis z całą pewnością dotyczy tego samego wydarzenia, choć Sozomenos – dla efektu retorycznego, a może głównie apologetycznego – przeniósł je na okres panowania cesarza Juliana, znienawidzonego przez chrześcijan. Niektórzy badacze uważają, że w czasie tego kataklizmu musiało też dojść do zniszczenia grobowca Aleksandra Wielkiego. W żadnym z tych opisów nie ma natomiast najmniejszej wzmianki o zniszczeniach w Bibliotece Aleksandryjskiej, choć – uwzględniając jej położenie – wydaje się to bardziej niż prawdopodobne. Nie ulega wątpliwości wszakże, że Bibliotekę nadgryzały nie tylko liczne wojny i zamieszki religijne, ale również żywioły naturalne i że one także mają spory udział w jej ostatecznym upadku.

Uwertura

Rozgrywka między Perdikkasem a Meleagrem po śmierci Aleksandra Wielkiego. Stronnicy Meleagra, głównie piechota, oddziały pedzetajrów, zostają zwabieni w pułapkę, przy jego biernym współudziale zresztą, trzystu z nich wyłapano i rzucono słoniom, by stratowały ich na śmierć. Była to pierwsza tego typu w świecie greckim publiczna egzekucja, zapowiadająca wszystko to, co nastąpiło potem i trwało, z drobnymi interwałami wymuszonego spokoju, czterdzieści lat. Ponura uwertura do hellenizmu.

Kolos z Rodos

Zabawne. Demetriusz Poliorketes, enfant terrible epoki hellenistycznej, odpływając spod murów Rodos, którego nie udało mu się zdobyć mimo wysiłków, pozostawił na brzegu morza niepotrzebne mu już machiny oblężnicze. Rodyjczycy sprzedali je, a za otrzymane w ten sposób 300 talentów wznieśli jako wotum dziękczynne kolosalny posąg Heliosa. Jego twórcą był Chares z Lindos, uczeń słynnego Lizypa, nadwornego rzeźbiarza Aleksandra Wielkiego. Budowa kolosa trwała 12 lat, a jego wysokość przekraczała 36 m. A. Świderkówna w „Hellenikach” opisuje go w ten sposób: Stał nagi, zwrócony twarzą ku wschodzącemu słońcu. Zwisająca zaś ku ziemi pozornie lekka szata w rzeczywistości, dzięki skrytej w niej kamienno-żelaznej konstrukcji, wspierała cały gigantyczny posąg, zapewniając mu potrzebną stabilność. Ale i tak nie stał on długo. Zwalił się po sześćdziesięciu latach, kiedy pękły mu nogi w kolanach w czasie straszliwego trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło Rodos w roku 227 p.n.e. Nie podniesiono go już nigdy. Resztki kolosa spoczywały tam jeszcze przez kilka wieków. W setki lat później któryś z arabskich zdobywców Rodos postanowił sprzedać ten cenny złom. Wiemy, że nabywcą był jakiś żydowski kupiec z dawnej Edessy (obecnie Şanlıurfa w Turcji). Warto zwrócić uwagę na fakt, że Edessę od Rodos dzieli dystans około 1500 kilometrów, w tym odcinek morski z Rodos na kontynent. Nabywca do transportu złomu potrzebował podobno karawany składającej się z aż 900 wielbłądów. Zdaje się, że i logistykę też nie my wynaleźliśmy.

Katabaza

Temat na fascynującą powieść historyczną. Baktria. Starożytna, grecka nazwa krainy położonej współcześnie w północnym Afganistanie i na południowym pograniczu Turkmenistanu, Uzbekistanu i Tadżykistanu. Jej stolicą była Baktra, obecnie Balch. Baktria leżała pomiędzy górami Hindukusz oraz rzeką Amu-Daria, która dawniej nosiła nazwę Oksus. To tutaj Aleksander Macedoński poślubił Roksanę, córkę miejscowego arystokraty Oxyartesa. Przed dalszą wyprawą do Indii Aleksander pozostawił w Baktrii dość liczne siły okupacyjne, złożone z greckich najemników i macedońskich weteranów, głównie tych niezadowolonych, a były ich tysiące, bowiem nie wszyscy chcieli iść na koniec świata. Nowi osadnicy zmuszeni byli żyć wśród ludów, które nigdy wcześniej nie miały kontaktu z Grekami, w naprędce zbudowanych fortach i posterunkach, w dzikim i obcym im terenie, bez jakichkolwiek wygód. Podobno w 325 roku p.n.e., na samą pogłoskę o śmierci Aleksandra w Indiach, kilka tysięcy tych osadników porzuciło swoje placówki i ruszyło w drogę do domu. Nie wiemy, ilu z nich zdołało dotrzeć do celu, ale prawie natychmiast po faktycznej śmierci Aleksandra wyruszyła druga fala, większa, bo licząca ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Szli na zachód wzdłuż Amu-Darii, a następnie późniejszą trasą Jedwabnego Szlaku do Mezopotamii. Mieli przed sobą trasę pięciu tysięcy kilometrów. Powracających do domów najemników ówczesna oficjalna propaganda przedstawiała jako wyjątkowo groźnych i niebezpiecznych: ich jedynym celem miało być dotarcie do domów z bogatym łupem, zdobywanym na terenach, które przemierzali. Satrapa Pejton w roku 323 otrzymał zadanie zajęcia się tym problemem. W opinii Perdikkasa, faktycznego regenta państwa po śmierci Aleksandra, byli pospolitymi dezerterami, których należało przykładnie ukarać. Greckie oddziały Pejtona dokonały wówczas masakry tysięcy ich powracających rodaków. Jeżeli niektórym z nich udało się mimo tego powrócić, to w porównaniu z ich wędrówką marsz opisany przez Ksenofonta w Anabazie byłby zaledwie spacerkiem po gęstym lesie. Niestety, to zdarzenie nie miało swego Ksenofonta.

Faros

Wszystko zaczęło się od absolutnie irracjonalnej decyzji Aleksandra Wielkiego. Po podboju Egiptu postanowił zbudować miasto, które będzie potem nosić jego imię. I wybrał w tym celu dziwne miejsce. Wybrzeże Delty Nilu jest mało gościnne. Jest płaskie i pozbawione zatok. Jedyna grecka kolonia w tym kraju, Naukratis, znajdowała się siedemdziesiąt kilometrów od morza, nad zachodnią odnogą Nilu. Przy jej ujściu leżało miasto Kanopos, według greckich mitów założone przez Menelaosa, który podczas powrotu spod Troi stracił na tym wybrzeżu nawigatora jednego ze swoich okrętów, właśnie Kanoposa. Tu, mając za osłonę niewielki przylądek, można było zdaniem znawców planować budowę miasta. Jedynym pobliskim portem było Peluzjum, położone na przeciwległym, wschodnim krańcu Delty. Aleksander jednak pominął Kanopos i ignorując logikę i zdrowy rozsądek nakazał założenie miasta z dala od życiodajnej rzeki. Nie dowiemy się nigdy, co nim powodowało, ale decyzja była genialna – osadzanie się piasku i mułu rzecznego spowodowało, że po wiekach odnoga kanopijska zanikła, w ogóle przestała istnieć. Przyjmijmy więc, że tym, co zachwyciło Aleksandra była mała, niepozorna wysepka Faros. Kazał ją połączyć z lądem stałym przez potężne molo o długości 7 stadiów – około 1,5 kilometra – przez co zostało nazwane Heptastadionem. Po obu stronach Heptastadionu powstały dwa porty morskie, a dalej, na wąskim paśmie piasku i białych skał wapiennych zaczęło rozrastać się miasto, Aleksandria. Przez długie wieki jej wizytówką był jeden z cudów starożytnego świata, budowla, która przetrwała i działała 1300 lat. Latarnia w Faros. Zbudowana na polecenie Ptolemeusza I. Za architekta, projektodawcę i wykonawcę uznaje się Sostratosa, o czym ma świadczyć zachowana, pierwotnie ukryta pod tynkiem, wyryta w kamieniu inskrypcja: Sostratos, syn Deksyfanesa, poświęcił tę budowlę bogom ocalenia, w imieniu wszystkich tych, którzy żeglują po morzach. Niektórzy skłonni są podejrzewać, że architekt umieścił ten przekaz, wzorem budowniczych egipskich piramid, w tajemnicy przed królem. Brzmi to sensacyjnie, ale z prawdą raczej nie ma wiele wspólnego. Zdecydowanie nie te czasy i nie ten faraon, a przede wszystkim nie ta osoba – Sostratos nie był żadnym anonimowym architektem, ani niewolnikiem, który potrzebował przechytrzać swego władcę. Pochodził z Knidos, położonego w Karii na wybrzeżu Azji Mniejszej, w sąsiedztwie wyspy Kos. Interesujące jest to, że według Strabona miasto składało się z części reprezentacyjnej, leżącej na wyspie, połączonej z dzielnicami leżącymi na lądzie stałym … długim molem. Czyżby Knidyjski Heptastadion? Aleksandria mogła więc przypominać Sostratosowi jego miasto rodzinne. W każdym bądź razie Sostratos był powszechnie znany, ceniony i bogaty, przynależał do ścisłego grona przyjaciół i doradców Ptolemeusza i z całą pewnością sam wniósł, być może nawet znaczny, wkład finansowy w ten projekt. Strabon wspomina o nim jako o przyjacielu królewskim, a epigramatyk Posejdippos, który zwiedzał latarnię w parę lat po jej zbudowaniu, w jej poetyckim opisie mówi wyraźnie, że wzniósł ją Sostratos Knidyjczyk, syn Deksyfanesa. Był też Sostratos znakomitym dyplomatą i to jemu właśnie zawdzięczał Ptolemeusz bardzo w tamtym okresie potrzebny Egiptowi pokój z Antygonem Gonatasem. Miał również inne zasługi i zapewne nie bez powodu wyrocznia w Delfach, w tamtym okresie może już mniej znacząca, ale wciąż jeszcze sławna, uczyniła go swoim proksenosem, czyli oficjalnym przedstawicielem w Aleksandrii. Autorem pogłoski o chytrym podstępie twórcy Faros jest prawdopodobnie Lukian z Samosaty, pisarz dowcipny, czasem prześmiewczy, zwykle sardoniczny.

Budowa latarni trwała ok. 14-20 lat, a uroczyste otwarcie odbyło się w 279 p.n.e. Miała kształt graniastosłupa, na którym ustawiono węższy graniastosłup sześcioboczny, a ponad nim część cylindryczną. Wszystko zdobiły okładziny z marmuru i posągi delfinów z brązu. Na szczyt zaś prowadziła spiralna pochylnia. Większość historyków jest zgodna co do tego, że wewnątrz prawdopodobnie zainstalowane były dźwigi do transportu opału. Wieńczył ją ogromny posąg boga Heliosa, a u wejścia stały dwie kolosalne figury przedstawiające Ptolemeusza I i jego żonę, Berenikę – odnalezione w czasie podmorskich wykopalisk w latach dziewięćdziesiątych   dwudziestego wieku. Latarnia w Faros była jednak czymś więcej niż tylko latarnią – na jej 120 metrach wysokości, co odpowiadałoby dzisiejszym 40 piętrom, znajdowały się także mieszkania pracowników obsługi, konserwatorów, personelu administracyjnego, strażników. Była też więc domem, domem dla dziesiątków, może setek ludzi. Światło z niej widoczne było z odległości około 50 kilometrów. To optimum, odległość maksymalna przy jej 120 metrach – zakrzywienie powierzchni Ziemi nie pozwala z większego dystansu dojrzeć świateł latarni o tej wysokości. Dzieło Sostratosa budziło podziw, trwało, ratowało życie, wskazywało drogę przez 1300 lat. Nadgryzły ją, a potem ostatecznie zrujnowały potężne trzęsienia ziemi. Pierwsze, z epicentrum na Krecie, przyszło o świcie 8 sierpnia 1303. Miało co najmniej 8 stopni w skali Richtera, co dla wszystkich, którzy znają tę skalę podpowiada ogromne zniszczenia. Kreta ucierpiała bardzo mocno, a przede wszystkim Heraklion, ówczesna Candia, które zostało zrównane z ziemią, ale trzęsienie było odczuwalne również na odległym Peloponezie, na Rodos, w Antiochii, na Cyprze, a nawet w oddalonym o tysiąc kilometrów Konstantynopolu. Spowodowało też dziewięciometrową falę tsunami, która zniszczyła większość murów miejskich Aleksandrii, wiele stojących w porcie statków wyrzuciła na ponad trzy kilometry w głąb lądu, podmyła setki budowli i uśmierciła tysiące ludzi. Latarnia przetrwała, ale dokładnie w dwadzieścia lat później przyszło kolejne trzęsienie ziemi i potem jeszcze jedno, w 1375 roku, i dopiero to ostatecznie pokonało tę dumną wieżę. Po trzecim ciosie pozostały z niej jedynie gruzy, których potem użyto do budowy fortu. Trwała jednak budząc podziw ponad 1300 lat. To długi czas. To cała wieczność. Niewiele budowli dostąpiło takiego zaszczytu.

Wojny diadochów

Grecy raz jeszcze. Po śmierci Aleksandra Wielkiego, gdy diadochowie podzielili między siebie jego olbrzymie królestwo, świat stał się par excellence grecki. Ale diadochowie nie kontynuowali zamysłu Aleksandra, ruszając na dalszy jego podbój. Natychmiast zaczęli walczyć między sobą i w gruncie rzeczy to nie Rzymianie zniweczyli grecką dominację – uczynili to sami Grecy, a Rzymianie, zręcznie wykorzystując ich wewnętrzne niesnaski, jedynie im w tym dopomogli. Działania wojenne z tego okresu objęły swoim zasięgiem cały ówcześnie znany świat, od Grecji kontynentalnej i wysp po Afrykę Północną, Azję Mniejszą, Bliski Wschód i Iran, a ich celem było panowanie nad światem. Walki pochłonęły dziesiątki, a może setki tysięcy ludzkich istnień. Dwadzieścia lat między 321–301 rokiem to okres brutalnych i bezwzględnych wojen – praktycznie nieprzerwanego pasma wojen, wojen na taką skalę, że śmiało należałoby uznać je za pierwszą w dziejach wojnę światową.

Bogaci i biedni

Dwudziestu sześciu najbogatszych mieszkańców Ziemi dysponuje takim samym majątkiem, jak połowa światowej populacji – powiedział Antonio Guterres. Musimy przyjąć, że jest to prawda, skoro potwierdza to oficjalnie sekretarz generalny ONZ. W sumie jednak nic nowego. Globalizm, który zapanował na świecie po podbojach Aleksandra Wielkiego, spowodował, że na grecki świat spadł złoty deszcz bajecznych łupów. Bogaci nigdy nie byli tak bogaci jak wówczas, a biedni tak biedni jak wówczas. Jak teraz?

Władza

Rękojmią konkretnej władzy jest jej ograniczony zasięg. Doskonale rozumieli to mądrzy władcy. Marek Aureliusz, Hadrian, Trajan. Aleksander Wielki nie był władcą mądrym. To historyczny Piotruś Pan, zdobywca, marzyciel, bez wątpienia wielki, ale nie jako władca.

Nawiasem mówiąc, w tym sensie władzą najbardziej konkretną jest właściwie władza w obrębie rodziny. Istnieją nie tylko totalitarne państwa, ale i totalitarne rodziny.