Tsunami w Aleksandrii

Ammianus Marcellinus opisuje tsunami, które spustoszyło Aleksandrię. Według niego miało to miejsce 21 lipca 365 roku, podczas pierwszego konsulatu Walentyniana I i Walensa. Morze najpierw cofnęło się, aby następnie olbrzymią i wysoką falą zalać ląd. Doprowadziło to do zniszczenia wielu budowli w mieście, śmierć poniosło tysiące ludzi. Po opadnięciu wezbranej wody ulice Aleksandrii przedstawiały przerażający widok: stosy ciał utopionych ludzi, zniszczone statki, niektóre osiadłe nawet na dachach budowli. Wiele z nich znajdowano nawet w głębi lądu, w odległości 2 mil od brzegu.

Podobny opis daje też Sozomenos, choć on datuje to wydarzenie na okres panowania Juliana Apostaty. Także i w jego relacji morze najpierw cofnęło się, a następnie gwałtownie wezbrało, zmieniając swoje granice i wdzierając się głęboko w głąb lądu. Wspomina również o statkach, które morze „zacumowało” na dachach nawet wysokich domów. Opis z całą pewnością dotyczy tego samego wydarzenia, choć Sozomenos – dla efektu retorycznego, a może głównie apologetycznego – przeniósł je na okres panowania cesarza Juliana, znienawidzonego przez chrześcijan. Niektórzy badacze uważają, że w czasie tego kataklizmu musiało też dojść do zniszczenia grobowca Aleksandra Wielkiego. W żadnym z tych opisów nie ma natomiast najmniejszej wzmianki o zniszczeniach w Bibliotece Aleksandryjskiej, choć – uwzględniając jej położenie – wydaje się to bardziej niż prawdopodobne. Nie ulega wątpliwości wszakże, że Bibliotekę nadgryzały nie tylko liczne wojny i zamieszki religijne, ale również żywioły naturalne i że one także mają spory udział w jej ostatecznym upadku.

Bergasse

Henry Bergasse „Podzwonne dla Rzymu”: Mieszkali w zbytkownych willach, wzniesionych na łonie natury, wyposażonych w termy, posągi, biblioteki, cieszyli się towarzystwem sąsiadów wybitnych i wykształconych. Te oazy spokoju i kultury, ostatnie schronienie hellenizującego pogaństwa, długo jeszcze przetrwają po najazdach barbarzyńców. Wysepki ocalałe z katastrofy, żyjące własnym życiem, z własnych zasobów, posiadające przedstawicieli wszystkich zawodów, stają się zarodkiem villae z epoki Merowingów oraz zamków panów feudalnych.

To bezczynne życie toczyło się beztrosko w niewielkim gronie przyjaciół, wśród uczt, roztrząsania najsubtelniejszych problemów i estetycznego rozkoszowania się urokami przyrody. Z gimnastyką myśli łączyło się uprawianie sportów: polowanie, jazda konna, łucznictwo, pływanie. (Czyż Sydoniusz nie chwalił się swoją pływalnią zawierającą 170 000 litrów przejrzystej, perfumowanej wody?). Zimne i gorące kąpiele, przejażdżki po rzekach, wycieczki po opieką strażników chroniących przed włóczęgami, miłe wizyty u sąsiadów – wszystko to z ogromnym bogactwem szczegółów opisuje poeta Sydoniusz Apollinaris. Ludzie czynu – jak Ammianus Marcellinus – potępiali bez ogródek lenistwo tych wyrafinowanych i dumnych patrycjuszy, „pyszniących się liczbą niewolników, wielkością powozów, elegancją postawy” i „kupujących spokój fiskalny dzięki potajemnym transakcjom finansowym”. Troszczyli się jedynie o odsunięcie się od teraźniejszości, o zamknięcie się w towarzyskim kręgu, bez kontaktu z nędzą ludu, z pobliskimi ruinami, z wrzawą barbarzyńskiego żołdactwa o natłuszczonych czuprynach, „woniejącego zjełczałą oliwą”.

Ammianus Marcellinus

Ammianus Marcellinus: Upodobanie w przyjemnościach, tych dzieciach lenistwa, zawładnęło nawet tymi nielicznymi domami, które miały jeszcze w poszanowaniu kult rozumu. Śpiewacy przegnali filozofów, w Rzymie jest więcej niż 3000 tancerek, a profesorowie wymowy ustąpili miejsca mistrzom sztuk lubieżnych. Zamurowuje się biblioteki tak jak groby. Sztuka wysila się, by wytworzyć hydrauliczne organy, liry olbrzymie, flety i inne gigantyczne instrumenty, tylko po to, by towarzyszyć mogły na scenie pantomimom błaznów.