Droga do Indii

Wielki marsz na wschód wojsk Aleksandra Macedońskiego trwał 8 lat. Pieszo pokonali ponad 20 tys. kilometrów po górach, stepach, równinach, pustyniach i bezdrożach Azji południowej zanim dotarli do Indii. Po drodze walczyli, zdobywali pożywienie, zakładali miasta, zawierali sojusze, produkowali broń i, by pokonać rzeki, budowali statki i mosty. Jesteśmy w stanie to skonstatować, ale czy jesteśmy w stanie wyobrazić to sobie? Żyjemy w czasach, gdy lot z Aten do Bombaju zajmuje tylko nieco ponad siedem godzin, nasza przestrzeń jest inna, nasz czas jest inny. A teraz pomyślmy o tym, że żołnierze Aleksandra wcale nie zdążali do Indii. Indie nie były ich celem. Przez 8 lat, walcząc i ginąc, wędrowali prowadzeni czyimś marzeniem, by dotrzeć do końca znanego świata. Aleksander Macedoński zapowiada Magellana, Vasco da Gamę, Kolumba – jest tyleż wodzem, co odkrywcą.

Czarna śmierć

Zaraza Antoninów, zwaną także zarazą Galena, która pojawiła się w II wieku, pochłonęła prawdopodobnie ponad 5 milionów ludzkich istnień, ale spustoszeń w ludzkiej populacji na skalę niemal niewyobrażalną dokonała dżuma, zwana czarną śmiercią, która zaatakowała świat w okresie panowania cesarza Justyniana. Przyjmuje się, że pochłonęła ponad 200 milionów ofiar, zmarło wówczas od 30 do 60 proc. mieszkańców Europy (prawie 24 mln ludzi, podczas gdy Europę zamieszkiwało wówczas ok. 75 mln.), ale nie była ona fenomenem wyłącznie europejskim. Miała charakter pandemiczny, uśmierciła również około 30 proc. ludności Bliskiego Wschodu i mniej więcej 40 proc. mieszkańców Egiptu. Znakomity uczony arabski Ibn Chaldun w pracy „Muqaddimah” napisał: „Ludy Zachodu i Wschodu nawiedziła niszczycielska plaga. Przetrzebiła całe narody, niektóre zaś z nich wytraciła ze szczętem. Unicestwiła wiele dobrych stron cywilizacji i starła ją z powierzchni ziemi. Przeobraził się cały świat zamieszkany”. To trafny opis – oblicza się, że populacja świata potrzebowała aż 150 lat, by powrócić do stanu sprzed wybuchu epidemii.

Czarna śmierć pochodziła, jak większość epidemii, i tak samo jak dziś, z Azji Środkowej, z Kirgistanu lub Chin. Stamtąd, przyniesiona przez handlarzy, podróżujących jedwabnym szlakiem, trafiła na Krym. W 1347 roku na Krymie Mongołowie oblegali genueńską faktorię Kaffa, miasto znane w starożytności jako Teodozja, założone jeszcze w VI w. p.n.e. przez osadników greckich z Miletu. W czasie oblężenia mongolscy barbarzyńcy użyli czegoś, co można byłoby nazwać średniowieczną wersją broni biologicznej – ładowali swoje katapulty ciałami zmarłych na dżumę i wystrzeliwali je przez mury obronne. Ta nieludzka taktyka okazała się bardzo skuteczna, miasto szybko padło, ale w konsekwencji doprowadziło to do straszliwej i globalnej katastrofy. Uciekinierzy z ogarniętego epidemią miasta przenieśli dżumę do Konstantynopola, Sycylii, Marsylii i na Cypr, skąd miała już otwartą drogę do pozostałej części Europy, łącznie ze Skandynawią i Polską.

Dozgonna wierność

Zwierzęta absolutnie najwierniejsze w związkach, wśród których nie obserwuje się nawet prób „skoku w bok”, to gibony zamieszkujące lasy Azji Południowo-Wschodniej. Partnerzy pozostają ze sobą przez całe życie. Zaskakujący jest jedynie powód tej „dozgonnej wierności”. Jest to bowiem wierność wymuszona, wyrażająca się skrajną formą zazdrości, zazdrości, której natężenia nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Gibony te są o siebie patologicznie zazdrosne. Samiec pozostaje pod czujnym okiem samicy bezustannie, bez jej stałej i uważnej obserwacji nie może wykonać nawet najmniejszego skoku w gałęziach drzewa. W tej relacji nie ma mowy o żadnej samotnej wycieczce, choćby nawet tak niewinnej jak spacerek na pobliskie drzewo po paczkę bananów. Samiec zresztą odwdzięcza się samicy dokładnie tym samym, bo i on też nie spuszcza jej z oka ani na moment. Ich „zgodne pożycie” polega więc na nieustannej, całodobowej wzajemnej obserwacji. Jeżeli jakaś samiczka zbytnio zbliży się do samca, jego małżonka napada na nią ze wściekłą furią, a samiec jest w stanie bezlitośnie zmaltretować każdego samca, który nieopatrznie podejdzie do jego partnerki na odległość mniejszą niż 30 metrów. Jak wiemy, podobny model, praktykowany niekiedy także i przez homo sapiens, nieodmiennie kończy się tragedią, ale gibony radzą sobie z tym całkiem nieźle.