„The Washington Post” przeprowadził ciekawy eksperyment: Joshua Bell, wybitny muzyk, na którego występy ludzie kupują bilety za setki dolarów, stanął przy wejściu do nowojorskiego metra i przez czterdzieści pięć minut dał darmowy koncert utworów Bacha (nota bene: na skrzypcach wartych trzy miliony dolarów). Tłumy ludzi przechodziły obok niego obojętnie, nikt nie przystanął, nikt go nie rozpoznał, nikt nie dosłyszał w jego wykonaniu wirtuozerii i mistrzostwa – nie odbieramy już na częstotliwościach aż tak subtelnych. Dobra muzyka stała się czymś w rodzaju ultradźwięków. Jest dla nas nieosiągalna. Powoli zaczynamy przypominać ślimaki.
Tag: Bach
Rekord
Jak pisze na łamach czasopisma „Science Advances” prof. Levy Stone z uniwersytetu w Tel Awiwie, prawie jedna czwarta z 6 mln Żydów zamordowanych przez Niemców w latach 1939 – 1945 zgładzonych zostało w ciągu stu dni, tylko stu dni: od sierpnia do października 1942 r. I bodaj nikt nigdy nie zdołał pobić tego rekordu okrucieństwa. Nie mówcie mi o Bachu i Beethovenie – ich muzyka jest równie precyzyjna i efektywna.
Czyżby Niemcy?
Przez wiele lat wmawiano nam i wciąż próbuje się nam wmówić, że nie Niemcy, lecz faszyści. Bo Niemcy byli i są niewinni. To faszyści, naziści, hitlerowcy, a ci nie byli przecież Niemcami. Nie bardzo jakoś wiadomo, kim byli, ale nie byli Niemcami, bo Niemcy to Goethe i Bach, Beethoven i Kant, ale nie Goebbels czy Ribbentrop. Przez wiele lat wmawiano nam i wciąż próbuje się nam wmówić, że Niemcy tylko w czasie drugiej wojny przekroczyli granice człowieczeństwa. Czyżby? Niemiecka (wcale nie hitlerowska) armia w 1914 roku była nie mniej bezwzględna i nieludzka niż w 1939. Miasta i wsie starte z powierzchni ziemi, masowe egzekucje, gwałty, grabieże, zniszczenia. Parę przykładów:
30 sierpnia 1914 r. Niemcy zrównali z ziemią Louvain. Podpalenia, mordy i rabunki trwały pięć dni. Spalili między innymi czternastowieczną bibliotekę uniwersytecką, pełną cennych średniowiecznych manuskryptów i inkunabułów. Zamordowali 248 osób, tych, którzy ocaleli wypędzono, a kilkuset dalszych jego obywateli, w tym kobiety i dzieci, wywieziono w bydlęcych wagonach do obozu w Münster.
Prawie w tym samym czasie, po zdobyciu Dinant, Niemcy oddzielili mężczyzn od kobiet, ustawiając ich po przeciwnych stronach głównego placu miasta w dwuszeregu, z których pierwszy klęczał. Na środku stanęły dwa oddziały wojska i otworzyły ogień. Żołnierze niemieccy byli metodyczni i bezlitośni. Karabiny ucichły dopiero wtedy, gdy zabrakło stojących bądź klęczących celów. W masakrze zginęło 612 osób. Najmłodszym z nich był trzytygodniowy chłopczyk Feliks Fivet.
Do regularnych mordów doszło też w miasteczku Tamines, 22 sierpnia 1914. Po jego zdobyciu, po trwającej dwie doby orgii gwałtów i grabieży, pijani niemieccy żołdacy zapędzili na główny rynek miasta około 400 jego mieszkańców i zaczęli strzelać w tłum. Tych, którzy nie zginęli od kul, zakłuli bagnetami. Zamordowane zostały 384 osoby, z których najmłodsza miała 13 lat, a najstarsza 84.
Czym to różni się od ich poczynań z drugiej wojny światowej? W Polsce spacyfikowali ponad 800 miejscowości. W wielu przypadkach wymordowana została niemal cała ich ludność. W świętokrzyskiej wsi Michniów Niemcy w dniach 12–13 lipca 1943 r. zastrzelili bądź spalili żywcem 204 osoby, w tym 54 kobiety i 48 dzieci, z czego najmłodsze miało zaledwie dziewięć dni. Tak wspominał to Zdzisław Rachtan „Halny”, jeden z żołnierzy „Ponurego”: Wszystko się jeszcze tliło, głownie całe leżały. Niezapomniany obraz kobiety, która stała spalona z dzieckiem na ręku. Stała spalona między ścianą a piecem, takim jak były na wsi do spania. Straszny widok.
Czyż to nie paradoks, że dzisiaj niemal każdego miesiąca jakiś durny dziennikarzyna w jakimś piśmie wspomina o „polskich obozach koncentracyjnych”? Niemcy są niewinni. Niemcy, którzy pokryli Europę milionami grobów – i nie tylko Europę. Kto jest winny? Jak długo jeszcze będziemy połykać te kłamstwa? Niemcy nie mają żadnego moralnego prawa, by kogokolwiek oczymkolwiek pouczać, a tym bardziej napominać.
Neandertalczycy i my
Od pewnego czasu wiadomo już, że gatunków homo było na Ziemi znacznie więcej niż jeden i przyjemnie było śledzić rozliczne spekulacje o ich ewentualnych czy – jak to się mówi dzisiaj – wirtualnych losach. Ta przyjemność odchodzi w niepamięć. Ostatnio naukowcy udowodnili, że Neandertalczycy oraz inni, mniej lub bardziej bezimienni sąsiedzi z naszej zamierzchłej przeszłości, nie wyginęli jednak na wskutek kolizji Ziemi z kometą czy astroidą i absolutnie w żadnym wypadku nie popełnili zbiorowego samobójstwa. Wszystko wskazuje na to, że to my, zwyrodniały i morderczy gatunek homo sapiens, bezlitośnie wytrzebiliśmy te żałosne pomyłki ewolucji. Właściwie nie jest żadna to niespodzianka, wiele razy próbowano sugerować to już wcześniej, aczkolwiek dość nieśmiało i zażenowaniem. Interesujące jest coś innego, mianowicie, powszechny i infantylny lament prasowy nad losem biednych neandertali i naszym okrucieństwem. Najwyraźniej współczesny homo, i do tego sapiens, wciąż nie wie albo zapomniał już, że sukces ewolucyjny jednej grupy zawsze odbywa się kosztem innej i że od tego prawa nie ma żadnego wyjątku. Jest więc hipokryzją poniewczesne rozdzieranie szat i fałszywe bicie się w pierś z powodu okrucieństwa naszych przodków. Byliśmy okrutni, jesteśmy okrutni. Dla nas, jako gatunku, być może na szczęście, bowiem w innym razie może właśnie Neandertalczycy władaliby tą planetą. Czy byłby to zabawniejszy wariant? I dla kogo? Bo naszej planecie jest to kosmicznie obojętne. Przetrwała zdarzenia o których nie mamy żadnego pojęcia i przetrwa też nasze szaleństwo. Irytujące jest więc to ckliwe, durne i fałszywe dziennikarstwo drobnych pismaków wykształconych na Wikipedii, którzy popiskują niby pokornie, niby trwożnie na temat bezprzykładnego okrucieństwa naszego gatunku. Nie omieszkują przy okazji popisać się dość wątpliwą wiedzą i wypominaniem nam innych „zbrodni”: że wytrzebiliśmy moa, nieudane skrzyżowanie kury z żyrafą, że wykończyliśmy mamuty, te wielkie, umysłowo ociążałe kombajny, które przez tysiąclecia nie zdołały wymyśleć choćby czegoś tak głupiego jak gra w piłkę nożną, że z apetytem zjedliśmy ostatnie dodo i półtonowego mamutaka, że pozbyliśmy się depresyjnych turów, bezużytecznych żółwi słoniowych, niedojnych krów morskich Stellera, niesmacznych drontów z Maskarenów, nieoswajalnych wilków tasmańskich czy paskudnie nietowarzyskich tygrysów kaspijskich oraz balijskich. Pewnie, że wcale nie chodziło o to, że miały dobre mięso czy wartościowe skóry. W naszym świecie po prostu nie było miejsca na ich świat. Rzadko zdarza się tak, że w jakimś świecie jest miejsce na świat dla każdego. Równie śmieszne jest wypominanie nam, że podeptaliśmy jakieś kwiatki i rabatki na egzotycznych grządkach, że wycinamy malaryczne dżungle, spalinami zatruwamy atmosferę i nie okazujemy szacunku dla mieszkańców tropikalnych lasów, słodko pogrążonych w neandertalskiej drzemce.
Wyszliśmy z natury dawno temu, szukając schronienia i bezpieczeństwa, bo natura nie mogła nam tego zapewnić. Dziś już nie my jesteśmy dla środowiska, lecz środowisko i cała planeta jest dla nas. I myślę, że nasz gatunek zasłużył na to. Jego kariera jest fascynująca. W czasie, gdy stawiał swoje pierwsze kroki, gdzieś na sawannie w Afryce, nie miał wcale większych szans niż pasące się tuż obok antylopy i żyrafy. Był łupem tak samo łatwym jak one, a może nawet łatwiejszym, bo nie był ani tak szybki ani zwinny. A jednak to on zdołał rozprzestrzenić się na całym globie, nauczył się uprawiać ziemię, budować okręty, zakładać królestwa i imperia, zdołał pokonać morza i oceany, odkryć najodleglejsze wyspy i z pokracznego, owłosionego zbieracza-łowcy stać się panem świata. Prawda, że całkiem nieźle jak na absolutne biologiczne zero? Ten słabeusz, ofiara, rozpustnik, bandyta, morderca, najgroźniejsze stworzenie na tej planecie, terminator dobrotliwych tygrysów syberyjskich i rozkosznych mamucików, ten zimny zabójca stał się panem planety i to on stworzył to wszystko, co na tej planecie cudowne, wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju i absolutnie nie-naturalne, bo natura mogła stworzyć góry i rzeki, kwiaty i motyle, ale bez pomocy homo sapiens nigdy nie stworzyłaby poematów Homera, wierszy Borgesa, rzeźb Rodina, perfum Armaniego, symfoni Bacha, obrazów Leonarda da Vinci, niebotycznych katedr, foie gras, międzykontynentalnych rakiet, koła i steków Ribeye, sukni Diora i jedwabnych pończoch z szewkiem. Ten potwór, który jeszcze do niedawna był niczym w świecie fauny, jest już w stanie zaprojektować inne, żywe istoty, w zanieczyszczonym środowisku żyje przeciętnie dwa razy dłużej niż jego przodkowie na świeżym powietrzu sawanny, leczy najgroźniejsze choroby i radzi sobie z najgroźniejszymi kontuzjami, podróżuje z kontynentu na kontynent w kilka godzin, ogląda inne planety i nasłuchuje ich pomruków. Kiedy przyjrzeć się karierze homo sapiens bez płaczliwego sentymentalizmu staje się jasne, że najgorsze nie jest to, co jest słabością tego gatunku, lecz to, że nie zdoła on uciec od swoich sukcesów.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.