Szwedzka Chiquita

Słowo fobia oznacza „lęk wywołany przez określone sytuacje lub przedmioty zewnętrzne, które obiektywnie nie są niebezpieczne”, jak to ujmuje większość słowniowych definicji. Naukowcy utrzymują, że kluczowym czynnikiem odpowiedzialnym za rozwój zaburzenia lękowego jest zwykle jakieś trudne doświadczenie z przeszłości, dość proste do rozszyfrowania, gdy jest to np. akrofobia, hydrofobia, arachnofobia czy kynofobia, ale znacznie trudniejsze, gdy jest to … bananofobia. Tak, okazuje się, że można także panicznie bać się bananów. Szwedzkie media ogłosiły właśnie, że Paulina Brandberg, minister do spraw równości płci i zatrudnienia, cierpi na tę właśnie przypadłość. Pani minister absolutnie nie może przebywać tam, gdzie znajdują się te pogodne, nijakie w smaku i w sumie dobrotliwe owoce. Banany są stanowczo wypraszane z miejsc, które odwiedza lub też zamierza odwiedzić, a jej sekretariat powiadomił wszystkich zainteresowanych, że w pomieszczeniach, które pani minister będzie wizytować nie powinno być nawet „żadnych śladów bananów„.

Szwedzkie media bulwarowe gorączkowo, niemal z wypiekami na szpaltach, spekulują nad przyczynami, które doprowadziły panią minister do tak tragicznych relacji z bananami. Niektórzy sugerują jakiś związek z popularnymi w swoim czasie zakrzywionymi, plastykowymi etui, w których dzieci z krajów skandynawskich zabierały ze sobą banany do szkoły, zapobiegając w ten sposób ich zmiażdżeniu w tornistrach, inni przywołują przy tej okazji postać Karola Linneusza, też Szweda, ojca biologicznej taksonomii. Linneusz nazwał ten żółty owoc Musa sapentium, łącząc łacińskie słowo mądrość (sapentia) oraz arabskie słowo mauz (owoc) i głosił, że słynne drzewo poznania dobrego i złego z Raju było bananowcem. Prawdą jest, że Koran umiejscawia banany w rajskim ogrodzie, choć nigdzie nie sugeruje bezpośrednio, że to właśnie Drzewo wiedzy rodziło banany. Pani minister tymczasem milczy. Przeciekła jednak wiadomość, że poddaje się bardzo intensywnej terapii. Jej sympatycy i rodzina trzymają kciuki, by nie pośliznęła się na tym bananie.

Dozgonna wierność

Zwierzęta absolutnie najwierniejsze w związkach, wśród których nie obserwuje się nawet prób „skoku w bok”, to gibony zamieszkujące lasy Azji Południowo-Wschodniej. Partnerzy pozostają ze sobą przez całe życie. Zaskakujący jest jedynie powód tej „dozgonnej wierności”. Jest to bowiem wierność wymuszona, wyrażająca się skrajną formą zazdrości, zazdrości, której natężenia nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Gibony te są o siebie patologicznie zazdrosne. Samiec pozostaje pod czujnym okiem samicy bezustannie, bez jej stałej i uważnej obserwacji nie może wykonać nawet najmniejszego skoku w gałęziach drzewa. W tej relacji nie ma mowy o żadnej samotnej wycieczce, choćby nawet tak niewinnej jak spacerek na pobliskie drzewo po paczkę bananów. Samiec zresztą odwdzięcza się samicy dokładnie tym samym, bo i on też nie spuszcza jej z oka ani na moment. Ich „zgodne pożycie” polega więc na nieustannej, całodobowej wzajemnej obserwacji. Jeżeli jakaś samiczka zbytnio zbliży się do samca, jego małżonka napada na nią ze wściekłą furią, a samiec jest w stanie bezlitośnie zmaltretować każdego samca, który nieopatrznie podejdzie do jego partnerki na odległość mniejszą niż 30 metrów. Jak wiemy, podobny model, praktykowany niekiedy także i przez homo sapiens, nieodmiennie kończy się tragedią, ale gibony radzą sobie z tym całkiem nieźle.