Niemiecka pamięć

Prezydent Niemiec w przemówieniu z okazji 75 rocznicy ponownego utworzenia Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Berlinie powiedział, że „nasza polityka zagraniczna nie stanie się bardziej przekonująca, jeśli nie nazwiemy łamania prawa międzynarodowego łamaniem prawa międzynarodowego”. Ta wojna jest sprzeczna z prawem międzynarodowym, nie ma co do tego wątpliwości. Miał na myśli, co łatwo odgadnąć, działania wojenne wobec Iranu, największej po Rosji terrorystycznej organizacji na świecie.

Bardzo lubię, gdy Niemcy bełkoczą coś o przestrzeganiu praw międzynarodowych. Jest to naród, który ma fenomenalnie selektywną i krótką pamięć – podejrzewam, że nawet guźdzce, ssaki z rodziny świniowatych, uchodzące za zwierzęta o skrajnie krótkiej, kilkusekundowej pamięci, przy Niemcach mogłyby uchodzić za wyjątkowo dobrze obdarzone w tym względzie. Szkoda, że Max-Planck-Gesellschaft zur Förderung der Wissenschaften jak dotychczas nie podjął żadnych badań na ten temat.

Sonderfahndungsbuch Polen

Sonderfahndungsbuch Polen, Specjalna księga Polaków ściganych listem gończym była alfabetycznym wykazem imiennym zawierającym ponad 61 tys. nazwisk Polaków najbardziej zasłużonych dla Polski, przeznaczonych do likwidacji na terenach wcielonych do III Rzeszy w ramach operacji Tannenberg. Operacja ta jest kryptonimem niemieckiej akcji mającej na celu eksterminację polskiej warstwy przywódczej oraz inteligencji (Liquidierung der polnischen Führungsschicht). Hitler, podobnie jak dzisiaj Putin odnośnie Ukrainy, ogłosił ten ludożerczy program otwarcie i oficjalnie na tydzień przed inwazją na Polskę w Obersalzbergu: „(…) celem wojny nie jest osiągnięcie jakiejś linii geograficznej, ale fizyczna eksterminacja wrogów. Obecnie tylko na wschodzie umieściłem oddziały SS Totenkopf,  dając im rozkaz nieugiętego i bezlitosnego zabijania wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci polskiej rasy i języka, bo tylko tą drogą zdobyć możemy potrzebną nam przestrzeń życiową.” 

Lista ta przygotowana została na polecenie Reinharda Heydricha przez kontrwywiad służby bezpieczeństwa SS przy współpracy z niemiecką mniejszością zamieszkałą na terenie Polski.  Wydrukowano ją nawet w formie książki w lipcu 1939 roku w Berlinie. Intelligenzaktion, zwana eufemistycznie również Flurbereinigung („Akcja Oczyszczenia Gruntu”) lub – jeszcze bardziej neutralnie – Direkteaktion, czyli „akcja bezpośrednia”, była jedynie małą częścią wielkiego planu germanizacyjnego przygotowanego m.in. dla terenów okupowanej Polski zwanego przez Niemców Generalplan Ost. W celu łatwiejszego przejęcia kontroli nad podbitym terytorium oraz osłabienia w przyszłości ewentualnej działalności konspiracyjnej opracowano plan zniszczenia i eksterminacji polskiej warstwy przywódczej, inteligencji, elity kulturalnej, politycznej, religijnej oraz warstwy posiadaczy i kapitalistów polskich. Niemcy wytypowali do likwidacji wszystkich, którzy cieszyli się autorytetem w polskim społeczeństwie – nauczycieli, lekarzy, dentystów, oficerów, urzędników, kupców, posiadaczy ziemskich, prawników, pisarzy, dziennikarzy, absolwentów szkół wyższych i średnich, członków organizacji i stowarzyszeń. Do najbardziej krwawych eksterminacji doszło na Pomorzu. Zamordowano wtedy około 40 tysięcy ludzi, a było to możliwe przez masowy udział w tej akcji „niewinnych” Niemców, czyli mniejszości niemieckiej, która entuzjastycznie pomogła w przygotowaniu i dokonaniu ludobójstwa.

W niemieckich planach nie przewidywano dla Polski żadnej formy ustanowienia protektoratu lub rządu satelickiego złożonego z Polaków, a jedynie niemiecki zarząd. Potwierdzenie tego znajduje się w protokole pierwszej narady szefów głównych urzędów policyjnych i dowódców operacyjnych z dnia 7.09.1939 roku, które odbyło się w Berlinie. „Przywódcza warstwa ludności w Polsce powinna zostać w takim stopniu, jak to jest możliwe, unieszkodliwiona”. Najbardziej jednoznacznie określił to Martin Bormann w swoich tajnych notatkach ze spotkania z Hitlerem, które odbyło się w 1940 roku: „Generalne Gubernatorstwo jest naszym rezerwuarem siły roboczej do prostych prac (cegielnie, budowa dróg, itd., itp.) (…) Należy bezwarunkowo zwrócić uwagę na to, że nie może być żadnych „polskich panów”; gdzie są tacy polscy panowie, mają być oni, choćby nie wiem jak twardo to zabrzmiało, zabici (…) Führer musi podkreślić jeszcze raz, że dla Polaków może być tylko jeden pan i jest nim Niemiec, dwóch panów obok siebie nie może być i nie ma na to zgody, dlatego wszyscy przedstawiciele polskiej inteligencji mają zostać zabici. Albo jak to wyraził jeszcze w roku 1939 Hitler: Tylko naród, którego warstwy kierownicze zostaną zniszczone, da się zepchnąć do roli niewolników.  

Po eliminacji elity społeczeństwa polskiego oraz stłumieniu siłą wszelkich przejawów oporu zamierzano sprowadzić resztę populacji do roli niewolników, którzy będą wykonywali proste czynności w służbie dla niemieckiej rasy panów. Niemcy uważali Polaków za rodzaj podludzi, slawische Untermenschen, żywiąc do nas ten sam rodzaj pogardy, który w identyczny sposób przejawia się w postawie Rosjan do Ukraińców, określanych przez nich mianem chachły. Chachły dosłownie oznacza wiązkę słomy. Jest to termin jednoznacznie pejoratywny i obraźliwy. Niemcy i Rosjanie, te dwie bliźniacze nacje naszego kontynentu, żywią to samo zbrodnicze przekonanie – to, mianowicie, że posiadają prawo decydowania o życiu i śmierci innych ludzi.  

Po wybuchu wojny listy proskrypcyjne były uzupełniane na bieżąco. Drugie wydanie z roku 1940, zredagowane w wersji dwujęzycznej niemiecko-polskiej, opublikowano w Krakowie po zakończeniu wstępnej akcji eliminacji inteligencji. Była to ostatnia publikacja list pod tą nazwą. Później wychodziły już pod nazwą „Fahndungsnachweis”. Niemcy pracowali solidnie i metodycznie. Bardzo niewiele osób, które znalazły się na tych listach, zdołało przetrwać czas niemieckiej okupacji.

Biedni, otumanieni Niemcy. Ale czy tylko Hitler „omamił” tych biednych Niemców? Niemcy najwidoczniej kochają być „omamiani”. Przez 16 lat rządów Angela Merkel była traktowana przez nich niemalże jak święta i sumienie świata. Zdołali to nawet wmówić innym. W obecnej chwili jej pomnikowy obraz przypomina w najlepszym razie szkaradnie dysmorficzne rzeźby Henry’ego Moore’a. Niemcy zostali więc znów paskudnie „omamieni” przez jakichś złych faszystów, co nie przeszkadza, że nadal obsadzają bez mała wszystkie kluczowe stanowiska w polityce oraz ekonomii na ich odwiecznym poletku doświadczalnym, nazywanym przez naszą naiwność Europą. A polscy wysocy urzędnicy i parlamentarzyści chętnie wypinają piersi pod ordery, przyznawane przez przedstawicieli rasy panów w uznaniu za popieranie ich łajdactw. Życie toczy się dalej.  

Sonderfahndungsbuch Polen. Liquidierung der polnischen Führungsschicht. Direkteaktion. Intelligenzaktion. Flurbereinigun. Fahndungsnachweis – proponuję, abyś ty, który czytasz te słowa spróbował wyobrazić sobie, że jesteś rzetelnym urzędnikiem niemieckim, że siedzisz przy solidnym niemieckim biurku i z powagą oraz germańską dumą nanosisz na którąś z tych list nazwiska niewinnych ludzi, których trzeba zamordować, zabić, zagazować albo zamęczyć na śmierć. Założę się, że nie będziesz czuł się winny.  

Krokiet z Królową Kier

Pouczająca scena gry w krokieta z królową w „Alicji w krainie czarów” – rzeczywistość w której nie istnieją i nie obowiązują żadne reguły, świat w którym wolność objawia się jako negacja wszelkich racjonalnych zasad, które utrzymują porządek społeczny. Ale czy wolność, prawdziwa wolność polega na braku jakichkolwiek ograniczeń? Czy taki stan nie byłby w praktyce równy prawu dżungli, gdzie siła byłaby argumentem rozstrzygającym i decydującym o wszystkim? Taka wolność otwiera drogę do społecznego chaosu. Gdyby człowiek chciał być całkowicie wolny, totalnie wolny, musiałby unicestwić swój świat. Brak reguł i zasad prowadzi do absurdu i chaosu, a chaos otwiera drogę tyranii. W „Alicji w krainie czarów” tyranem jest Królowa Kier. Ona jest tą osobą, która podporządkowuje sobie całą Krainę Czarów, co wydaje się być nawet konieczne, gdyż bez niej panowałby tam tylko nieład, zagrażający istnieniu tego świata. Alicja ucieka więc od obowiązujących ją reguł, ale trafiła do świata, który pomiata nią tak bezwzględnie, jak nigdy nie miało to miejsca w jej własnej, ograniczającej jej wolność rzeczywistości. To pouczająca scena. Człowiek, dążąc do wolności, jest w stanie zignorować nawet to, że wolność jednej osoby może eliminować wolność kogoś innego. Isaiah Berlin w „Czterech esejach o wolności” pisze, że jesteśmy prawdziwie wolni tylko wtedy, gdy możemy wybierać z co najmniej dwóch sposobów działania. Nie mamy żadnych szans, by uciec przed wyborami, bowiem życie jest wypełnione sprzecznościami, zawiera nieskończenie wiele możliwości działania i – co jest może najważniejsze – nie można mieć wszystkiego i wszyscy nie mogą mieć wszystkiego. Nie istnieje wolność poza wyborem. Wolność poza wyborem jest mrzonką. Immanentną cechą naszych relacji z innymi ludźmi jest konflikt, a to oznacza, że dla funkcjonowania społeczeństwa niezbędne są ograniczenia i regulacje. Zdejmując człowiekowi jedne kajdany, zwykle zakłada mu się inne – bez wyboru.  

Niemcy i Historia

Wywiad ze Stephanem Lehnstaedt, profesorem w prywatnej uczelni Touro College w Berlinie, który specjalizuje się w badaniach nad Holokaustem. Wspomina o mało znanej, dość rzadko wspominanej, ale znaczącej wpadce prezydenta Niemiec. Roman Herzog, w wywiadzie prasowym przed wizytą w Polsce, pomylił powstanie warszawskie z … powstaniem w getcie warszawskim. O powstaniu w getcie wiedział, natomiast nie miał najmniejszego pojęcia o powstaniu warszawskim. Nigdy o tym nie słyszał. I od tego czasu nie zmieniło się praktycznie nic. Holokaust jest obecny w niemieckiej historii, znajduje się w programie szkolnym. Inne ofiary niemieckiego barbarzyństwa i okrucieństwa są dyskretnie przemilczane. Lehnstaedt nie wyjaśnia powodów, ale wyjaśnia mechanizm – nauczyciele mają na narodowy socjalizm trzy tygodnie w klasie IX niemieckiej szkoły. Omawia się dojście Hitlera do władzy w 1933 r., antyżydowski pogrom w 1938 roku oraz Auschwitz. Inne tematy prawie nie istnieją. Powstanie Warszawskie też nie. Niemcy nie znają naszej historii. Niestety, nie znają też własnej. I nie chcą znać.

Autodafe

Bibliotekę Narodową w Warszawie otwarto po raz pierwszy 8 lipca 1747 r. – był to dar biskupów Załuskich. Po Insurekcji Kościuszkowskiej cały księgozbiór ukradli Rosjanie, zachęceni do tego przez znaną niemiecką bibliofilkę, carycę Katarzynę. Gdy Polska odzyskała niepodległość, Bibliotekę zbudowano od podstaw. W 1939 r. Niemcy zamknęli zbiory Biblioteki w magazynach, a po upadku Powstania Warszawskiego, jak przystało na naród myślicieli i poetów, doszczętnie spalili bezcenne woluminy. Posiadali już sporo wprawy w paleniu książek. 10 maja 1933 roku zapłonął w centrum Berlina olbrzymi stos. Ubrani w mundury hitlerowskich oddziałów szturmowych SA studenci rzucali w ogień całe naręcza książek, bezmyślnie skandując wyuczone na pamięć hasła. Płomienie strawiły tysiące woluminów. Berlin był zresztą tego dnia tylko jednym z ponad 20 miast, w których płonęły stosy z książkami. Do podobnych autodafe doszło w Dreźnie, Bonn, Getyndze, Frankfurcie nad Menem i Królewcu. Spełniły się słowa Heinricha Heinego: Tam, gdzie pali się książki, w końcu pali się też ludzi.

Dwa cytaty

Dwa cytaty z „Dziennika” braci Goncourt: Rozglądam się po moim salonie i myślę sobie, że człowiek nie rodzi się ze smakiem, ale go się uczy. Smak wymaga edukacji i ćwiczenia, to dobry nawyk; mój odźwierny podziwia ordynarne złocenia, prostackie formy, krzykliwe kolory – i ja miałbym wierzyć, że piękno jest czymś absolutnym, a doskonałe twory inteligencji są w zasięgu wszystkich?

Berlin wygląda jak koszary zbudowane w Ameryce. Ulice pod sznur; pałace mają kamienne hełmy, posągi na mostach wzywają do bohaterskich czynów. Położony pośrodku płaskiej i jałowej równiny wydaje się przy tym szkołą wojskową na jakimś Polu Marsowym, przykrytą trójgraniastym kapeluszem Fryderyka.

Nowe Koloseum

Sport i polityka to prastary duet. Już Igrzyska Olimpijskie w starożytnej Grecji kreowały zwykłych ludzi na narodowych bohaterów, choć były to jednak dość niewinne zabawy w porównaniu z tym, co przyszło kilka wieków później. Wystarczy przypomnieć słynne „powstanie Nika” w Bizancjum, gdy niezadowolone z rządów Justyniana elity polityczne sprowokowały ogłupiałych kibiców Zielonych i Niebieskich do awantury, która zakończyła się śmiercią dziesiątek tysięcy ludzi. Średniowieczne, preferując zdrowie duszy, znacznie mniej zainteresowane ciałem, nie było szczególnie „sportowe”, jeśli nie liczyć turniejów rycerskich i publicznych egzekucji, tłumnie nawiedzanych przez podnieconą i rozentuzjazmowaną gawiedź – namiastka antycznego „circus”, bo chleb przynoszono ze sobą, jak na porządny piknik przystało.  Kolejne epoki, nawet jeśli doceniały i propagowały starożytny ideał paidei, też nie potrafiły czy nie umiały użyć sportu w celach politycznych. A może nie było potrzeby? Czasy nie były spokojne. Upiory wędrowały wzdłuż i wszerz Europy, a krwawe widowisko zwane powszechnie Rewolucją Francuską dostarczyło plebsowi dostatecznie dużo wrażeń na wiele lat do przodu. Dopiero więc czasy nowożytne powróciły do tej wypróbowanej rzymskiej metody. Nazistowskie Igrzyska Olimpijskie w Berlinie, rozdęta rola sportu w byłych krajach komunistycznych, ze Związkiem Radzieckim i Chinami na czele, wojna futbolowa między Hondurasem a Salwadorem. Przykładów jest wiele, od początku XX wieku sport stał się techniką projektowania człowieka według politycznych potrzeb, a więc człowieka sprawnego tylko w bardzo wąskim zakresie rzeczywistości społecznej, istoty bezrefleksyjnej, uwolnionej od trudu krytycznego widzenia i przykrej konieczności decydowania o samym sobie.

W latach 60-tych ubiegłego wieku, w okresie, gdy telewizja jeszcze raczkowała, sport pojawiał się głównie w soboty i niedziele, zaledwie dwie, co wyżej trzy minuty, skrót najważniejszych informacji o ciekawszych sportowych wydarzeniach. W 10 lat później jest w naszych domach każdego wieczoru, choć wciąż jeszcze nie dominuje innych programów. Dzisiaj mamy już dziesiątki kanałów sportowych, które nadają całą sportową nędzę dzień i noc, od pierwszej ligi po dziesiątą, przez okrągłą dobę i to te kanały królują w naszych pubach, restauracjach, poczekalniach dworcowych i lotniczych, u dentysty, w szpitalach czy osiedlowych butikach. Sport, sport, wszędzie sport i sport raz jeszcze. Sport i telewizja – dwa narkotyki. Nie ma to już nic wspólnego z ćwiczeniami ciała, z jakąkolwiek paideią czy kalokagatią, z sensowną rywalizacją. To widowiskowy biznes, nowe i udoskonalone wydanie panem et circenses, gdzie każdy chwyt jest dozwolony, a pomysłowość i „wynalazczość”, głównie w dziedzinie środków dopingowych, przechodzi samą siebie. Dzięki temu stutysięczne tłumy legalnie narkotyzują się na trybunach stadionów, a tzw. kibice, zdominowani przez wszelkiej maści bandytów, stali się znaczącą siłą polityczną. Wszystko, byle tylko nie myśleć, byle niczego sobie nie uświadamiać, byle być „poinformowanym” bez wysiłku wypracowania własnego sądu czy zdania, bo dzisiaj tabela wyników sportowych znakomicie zastępuje przekonania, komentarze o sportowych imprezach uchodzą za konwersację, a przynależność do określonego klubu jest tym samym, co przynależność do partii politycznej.

W kraju w którym mieszkam, w Szwecji, sport jest świętą krową. Wieczorne wiadomości prawie nigdy obecnie nie zajmują więcej niż dziesięć minut, pozostałe dwadzieścia minut to wiadomości sportowe. Przeciętny Szwed, w prawdziwym życiu zdominowany przez kobiety, niepewny i bojaźliwy, bezsilny w życiu społecznym i zawodowym, poprawny politycznie aż do rzygowin nie ma żadnych powodów i żadnych szans, by poczuć się silnym. Sport jest więc dla niego substytutem. Tutaj może projektować siebie na grę, w której nigdy nie będzie brał udziału, i tylko tutaj, w przypadku wygranej jego drużyny, może poczuć, że coś dzieje się w jego nędznym życiu i on sam coś znaczy. I to samo dzieje się w całej Europie. Tak oto, po tysiącach lat, znów rozsiedliśmy się wygodnie na nowych ławkach nowego Koloseum.