Wszyscy znamy znakomity esej O Bibliotece, Umberto Eco, i prezentowany w nim wzorzec, dziewiętnastopunktowy wzorzec dobrej biblioteki „w znaczeniu złej biblioteki”. Jednym z punktów jest postulat, by – w miarę możliwości – zlikwidować w bibliotece ubikacje. Odkryłem ostatnio, że biblioteka w Malmö, skądinąd budząca mój podziw, znalazła swoje własne rozwiązanie tego ważkiego problemu, rozwiązanie może równie niehumanitarne jak proponowane przez Eco, ale jeszcze bardziej pomysłowe i skuteczne. Przy czym nie koliduje ono z zaleceniami oraz przepisami dotyczącymi budynków użyteczności publicznej. Mianowicie, ubikacje w malmöwskiej bibliotece są płatne, a horrendalna wysokość tych opłat, bardzo ogranicza ich używalność. Dłuższy czas pobytu w bibliotece, bez ponoszenia znacznych kosztów, jest więc możliwy tylko dla osób młodych, których pęcherze wytrzymują jeszcze maraton sześciu czy nawet ośmiu godzin bez odwiedzania toalet. Umberto Eco byłby zapewne zachwycony taką modyfikacją jego idei.
Tag: biblioteka
Książki i adidasy
Notatka w prasie internetowej. Księgozbiór i archiwum zmarłego w 2016 roku Umberto Eco zostanie przekazany na 90 lat uniwersytetowi w Bolonii, gdzie pracował, a cenna kolekcja starodruków trafi do biblioteki Braidense w Mediolanie. Kolekcja liczy około 30 tysięcy tomów. Na mocy tej decyzji podzielono je między Mediolan, gdzie pisarz mieszkał niedaleko biblioteki Braidense, a jego Alma Mater w Bolonii. Do mediolańskiej placówki trafi 1200 starodruków, wśród nich 380 pochodzących z okresu XVI-XVIII wieku.
Pod spodem tylko dwa komentarze. W jednym ktoś pyta retorycznie, po co to wszystko, skoro i tak nikt tego nie przeczyta, a w drugim ktoś inny stwierdza smutno, że książki leżą dziś w marketach między kartoflami i podróbkami adidasów. To prawda. Księgarnie, te dawne, dumne świątynie książki, znikają z pejzażu naszych miast. W czasach mojej młodości w przeciętnym, stutysięcznym miasteczku istniały co najmniej cztery księgarnie, czasem więcej, i były to niemal miejsca sacrum – wchodziło się tam z szacunkiem, prawie na palcach, mówiło się ciszej, zachowywało stosownie. Księgarzy w żadnym wypadku nie należało mylić czy – tym bardziej – traktować jako sprzedawców. Takie określenie byłoby dla nich ujmą i obrazą. Termin sprzedawca mógł dotyczyć osób handlujących warzywami czy butami, ale nie kogoś, kto zajmował się czymś tak szlachetnym jak książka. Księgarz posiadał status kapłana, osoby wtajemniczonej, obcującej z wyższymi duchami, status kogoś wprowadzonego w misterium intelektu. Zwykły, prosty człowiek rzadko odważał się i rzadko wchodził do takich przybytków jak księgarnia zwyczajnie i prosto z ulicy. Sąsiadka moich rodziców, zmuszona udać się do księgarni, by zakupić podręczniki szkolne dla jej dzieci, idąc tam ubierała się zawsze „jak do kościoła”, jak mawiała, czyli lepiej, w odświętne ubranie. Półki z książkami przytłaczały ją tak bardzo, że traciła oddech, książki onieśmielały, a na widok księgarzy, uroczystych kapłanów tego tajemnego świata, zaczynała jąkać się i pocić obficie. W domu miała trzy lub cztery książki, stały w stołowym pokoju za szybą monstrualnego kredensu, przypominającego jurajskiego gada wbitego ostrymi kłami w seledynową ścianę. Odkurzała je często i zawsze delikatnie, uważnie i z szacunkiem. Ale ten świat już nie istnieje. Dzisiaj mieszkam w ćwierćmilionowym mieście i przymuszając moją pamięć, by odnalazła mi w nim jakąś księgarnię, mimo wysiłków znajduję tylko jedną. Możliwe, że gdzieś indziej, w jakiejś odległej dzielnicy, jest jeszcze jedna. Na pewno nie ma więcej. Książki kupuje się w marketach, między kartoflami i podróbkami adidasów. A ja wciąż je zamawiam i zbieram, chociaż już wiem, że odejdą razem ze mną, pochłonięte przez siłę odśrodkową jakiegoś hydrocyklonu, przestając być Borgesem, Durrellem, Fuentesem, Millerem, Màrai czy Lowrym, a stając się bezimienną, włóknistą, makulaturową masą.
To, co znika
Pewne rzeczy znikają bezpowrotnie. Odchodzą z życia, stają się zbyteczne, zapominamy o nich niemal z dnia na dzień. Kto jeszcze dzisiaj wie – poza historykami i fachowcami – że dziesiątki ewolucji, jakich kiedyś uczono konie, nie były wcale cyrkowymi popisami, że miały w tamtym czasie znaczenie wojskowe? Uczono je stawać na tylnych nogach, aby koń opadał na przednie nogi równocześnie z uderzeniem miecza, przez co cios nabierał większej siły; wolty i pół wolty pozwalały jeźdźcom uniknąć ataku przeciwnika; skoki w powietrze, uderzanie kopytami w przód i do tyłu miały na celu uwolnienie się jeźdźca od zbyt bliskiego kontaktu z przeciwnikiem, etc. Ile takich zjawisk odeszło i uległo zapomnieniu? Ile przetrwało jedynie na zakurzonych, bibliotecznych półkach? Czasem myślę, że każde pokolenie, odchodząc, zabiera jakąś część swego świata ze sobą. Co my zabierzemy?
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.