W sztuce staroegipskiej nie ma żadnych przedstawień zabawy człowieka ze zwierzętami, nie znajdziemy w niej najdrobniejszych choćby świadectw takich poufałości. Świat ludzi i świat zwierząt nie spotykają się tu w geście pieszczoty czy zwykłej komitywy. Zwierzęta czczono, zoolatria bodaj nigdzie indziej nie osiągnęła aż takiego natężenia jak w starożytnym Egipcie – bóg Ra jest przedstawiany z głową sokoła, Thot ma postać ibisa, Anubis głowę psa, Sobek to bóg krokodyl, Chnum wyposażony jest w głowę barana, Bastet to bogini kotka, egipscy bogowie mają zwierzęce kreacje. Niektóre ze zwierząt, zwłaszcza koty i psy, balsamowano po ich zgonie, na znak żałoby wszyscy w rodzinie golili sobie głowy, stawiano im pomniki, uwieczniano je na hieroglifach, ale żadne z przedstawień nie nosi śladów czułej przyjaźni czy choćby zażyłości. Religijny status zwierząt wykluczał takie gesty. Zwierzęta były epifanią bóstw. Stąd adoracja i cześć, ale nigdy pieszczota. Nie można uprawiać pieszczot z bogami. Bogowie nie tolerują pieszczot.
Tag: bogowie
Bogowie
Mitologia hinduska. Bóg Shiva i jego małżonka Parvati kopulują przez tysiąc lat. Akt dobiega końca dopiero na wskutek brutalnej interwencji innych bogów, co sprawia, że połowa spermy pozostaje wewnątrz Parvati, druga połowa spada na boga Agni, który daje ją innym bogom, a ci z kolei połykają ją lub wymiotują, tworząc w ten sposób jeziora i rzeki.
Podobny mit ze starożytnej mitologii egipskiej. Set zobaczył pewnego dnia Izydę, a więc szybko zamienił swoją postać w byka, biegnącego za nią. Ona zaś przemieniła się w sukę z nożem na końcu ogona i uciekała przed nim. Nie dosięgnął jej Set i rozlał swoje nasienie na ziemię, a bogini, odwracając swoją boską twarz, powiedziała z obrzydzeniem: „Ohyda, o byku!”. Z rozlanego nasienia boga Seta wyrosły w tym miejscu rośliny beded-kaw, czyli melony.
Bogowie, kopulując, nie płodzą innych bogów. Stwarzają świat, jeziora, rzeki i melony.
Omnipotencja
Martin Caparros w zbiorze reportaży Księżyc – od nowiu do nowiu zastanawia się w którym momencie naszych dziejów zaczęliśmy mylić siebie z bogami. Chodzi mu o nasze spęczniałe poczucie wszechmocy, które – jak sugeruje – zawdzięczamy przede wszystkim technice. To ciekawe pytanie, ale być może nie tam należy szukać wyjaśnienia. Wymyśliliśmy bogów, by stać się boskimi per procura, wymyśliła ich nasza tęsknota za tym, co nie może być naszym udziałem jako ludzi. Człowiek już od swoich początków przeczuwał, że tylko w ten pokrętny i złudny sposób może zbliżyć się do wieczności. Nasi bogowie są wszechpotężni, a dzięki temu i my możemy uczestniczyć w tej omnipotencji. Unikalność naszego gatunku polega na tym, że już od zarania swoich dziejów marzył o wszechmocy. Bogowie są wyrazem tego marzenia.
Kolaboranci
Religia to kultura, ale kultura w postaci ekstremalnej, usiłująca wytłumaczyć nasz świat przez tworzenie innych światów. Myślenie religijne zakłada, że istnieją istoty nieporównywalnie lepsze od nas, istoty doskonałe. My, ludzie, jesteśmy rasą niższą i podległą, mamy wiele słabości. Wyrazem naszej słabości jest nawet jedzenie. W tradycji grecko-rzymskiej bogowie raczyli się jeszcze ambrozją i nektarem, niektórzy winem. Był to więc pewnego rodzaju kompromis, jakiś ukłon w stronę człowieka, sugestia, że i oni przypominają ludzi. Tradycja chrześcijańska zrywa definitywnie z tym antycznym przymilaniem się do człowieka. Bóg całkowicie obywa się bez jedzenia. Żadnych ambrozji, żadnych nektarów. Bóg nie potrzebuje ani pić ani jeść. Bóg nie je nigdy. Nigdy nie zasiada za stołem. Bóg jest wolny od przekleństwa receptorów smaku i zapachu, obywa się bez nich, syci się jedynie wiecznością. Aniołowie również nie jedzą. To istoty wieczne, niezniszczalne, doskonałe, bez systemów pokarmowych, soków trawiennych, bez enzymów i pepsyn, całego tego osprzętowania, które rozkłada, przyswaja, wydala, powoduje zatrucia, skręty kiszek czy choćby wzdęcia. Istoty doskonałe nie jedzą i nie wydalają. Ich to nie dotyczy. Nas dotyczy. I unaocznia tym samym naszą niższość, naszą niedoskonałość. Karmienie ciała prowadzi do dekadencji. Ciało to dekadencja. Jest to powód dla którego filary każdej religii, święci, pustelnicy, prorocy, nawiedzeni, tabuny podobnych im szaleńców starają się jeść jak najmniej, prawie nie jeść, aby tylko poskromić swoją ziemską powłokę, przyuczyć ją do wieczności, złamać swoją wadliwą naturę, swoje niskie skłonności, by choćby trochę, choćby troszeczkę upodobnić się do aniołów. Święci nienawidzą w sobie tego, co jest w nich ludzkie. To kolaboranci, piąta kolumna złudnej wieczności.
Dogmat i rytuał
Epoka hellenistyczna. Powszechne wówczas oddawanie władcom boskiej czci. Może i nic aż tak nadzwyczajnego, gdy uświadomimy sobie, że religia grecka to nie dogmaty i teologia, które nigdy nie odegrały w niej poważniejszej roli, lecz rytuały, głównie rytuały, a uczestnictwo w obrzędach z całą pewnością rozwija postawę akceptującą wszelkie ekwiwalenty. Czemu nie ten? Akt przyznania boskiej czci władcom był więc naturalnym uznaniem ich boskości i to zapewne bez żadnego „jak gdyby”. Identycznie przeszli potem do chrześcijaństwa, w ich własnym prawosławnym wydaniu, stosunkowo wolnym od dogmatów, zdominowanym właśnie przez obrzędy. Często nie wiemy lub nie pamiętamy, że nawet tworzenie ikon jest modlitwą – stąd ikonę nie maluje się, lecz pisze.
Odysjada 13
Sofokles w Filoktetesie oraz Eurypides w Cyklopie wskazują na Syzyfa jako prawdziwego ojca Odyseusza. Owidiusz w Metamorfozach określa go również mianem Sisyphius. Według Hyginusa matka Odyseusza miała zajść w ciążę z Syzyfem tuż przed poślubieniem Laertesa. Jak to było możliwe? Antyklea, matka Odyseusza, była córką znanego oszusta Autolykosa, syna Hermesa, a Autolykos był wówczas sąsiadem Syzyfa. Ten najsławniejszy złodziej wśród antycznych Greków potrafił, dzięki pewnej sztuczce, którą przekazał mu jego ojciec, Hermes, zmieniać maść ukradzionego bydła. Syzyfowi jednak udało się wyśledzić, gdzie znika jego bydło. On również posłużył się prostą sztuczką – oznaczył po prostu kopyta zwierząt. Zwołał sąsiadów, by pomogli mu schwytać i osądzić złodzieja, a potem, gdy naradzali się zapalczywie nad wymiarem kary, opuścił zgromadzenie pod byle pozorem, wdarł się do domu Autolykosa i zgwałcił jego córkę Antykleję, przyszłą żonę Laertesa. Tak więc to Syzyf, nie Laertes, był ojcem Odyseusza i to po nim odziedziczył Odys spryt i bezwzględność.
Syzyf nie jest zresztą postacią jednoznacznie negatywną, a w micie, ukazującym go jako człowieka, który potrafi przechytrzyć i ośmieszyć despotycznych i bezwzględnych bogów, kryje się spora doza sympatii dla niego. Widoczne jest też podobieństwo do Odyseusza i jego sprytu, który ratuje go w wielu groźnych sytuacjach, wynikających zresztą nie z przeznaczenia czy losu, lecz ze zwykłej nienawiści bogów. Podobno prastare znaczenie imienia Syzyf, może jeszcze z czasów przed pojawieniem się Greków na terenie Hellady, wskazuje na jego etymologiczną łączność z rdzeniem słowa sophos (σοφός) czyli mądry, posiadający dużo wiedzy. Obecnie σοφία oznacza mądrość i poszukiwanie prawdy, ale u starożytnych oznaczała też spryt i zwykłą biegłość praktyczną w jakiejś dziedzinie, choćby w rzemiośle czy muzyce. Zdaje się też, że nie miała zbyt wiele wspólnego z roztropnością – σωφροσύνη, czego doskonałym dowodem jest zdecydowanie nadmierna „pomysłowość” króla Syzyfa. A i Odysa również.
Globalizacja
Chmurne wczesne popołudnie, restauracja niemal pusta, tylko czterech młodych mężczyzn przy sąsiednim stoliku. Ubrani według wszelkich zaleceń ekologicznej mody, czyli niechlujnie i workowato, przepisowo nieogoleni, o szarych twarzach przypominających zmięte papierowe torby. Jeden z nich krzykliwie i z dumą, jakby była to jego własna zasługa, peroruje o naszej „największej cywilizacyjnej zdobyczy”, czyli globalizacji. Twierdzi, że jest to dokonanie, którego w dziejach jeszcze nie było. Koledzy przytakują skwapliwie, tak, tak, to wielka sprawa, kufle z piwem wzlatują do toastu. Mógłbym się założyć, że każdy z nich prenumeruje Przegląd Ekologiczny i z dreszczykiem emocji czyta miesięczny serwis na temat najnowszych metod sortowania śmieci. Pokolenie milusińskich trzydziestolatków, wychowanych na kaszkach BoboVita, przekonanych, że świat zaczął się jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Ale globalizację, jak wiele, wiele innych rzeczy, już graliśmy w tym teatrze. Dokonali tego Rzymianie – już wtedy te same monety funkcjonowały we wszystkich krajach imperium, obowiązywał ten sam system prawny, ten sam styl życia, takie same rozwiązania urbanistyczne, środki transportu, ten sam język, z równouprawnioną greką na Wschodzie, to samo wino można było zamówić w gospodzie w egipskiej Aleksandrii jak i w Londynie, obowiązywała ta sama moda, te same zasady higieny, te same przepisy, śmiano się z tych samych dowcipów, oglądano te same sztuki teatralne i można było swobodnie i bezpiecznie, bez paszportów i wiz, podróżować z jednego krańca Imperium na drugi. Rzymskie drogi miały łączną długość ponad 80 000 kilometrów. Ich drogami można byłoby więc opasać Ziemię dwukrotnie, bo długość równika tylko nieznacznie przekracza połowę tej odległości. Przy drogach istniała cała sieć zajazdów, moteli, gdzie można było przespać się i zjeść. W rzymskim zglobalizowanym świecie nie znano rasizmu, niemal wszyscy umieli czytać i pisać, co nie powtórzy się potem przez wiele kolejnych stuleci, aż do początków epoki współczesnej, każdy i w każdym miejscu mógł mówić dowolnym językiem i kultywować swoje tradycje, stroić się i przyozdabiać jak chciał oraz czcić bogów, jakich sobie życzył, bowiem w imperium panowała wolność wyznania. Globalizacja już była. Wiemy nawet, jak się to skończyło.
Przedmioty i gniew
Kiedyś przedmioty miały długie i twarde życie. Często służymy kilku pokoleniom. Dzisiaj starzeją się i odchodzą szybciej niż my. Stały się ulubieńcami bogów – umierają młodo.
***
Arystoteles twierdził, że najłatwiej wpadają w gniew ci, którzy zostaną znieważeni przez kogoś, kogo zwykli uważać za gorszego od siebie. Obecnie nikt nie uważa się za gorszego od innych i nie musi być wcale znieważony, by łatwo wpaść w gniew. Wyraźny postęp.
Bogowie
Greccy czy rzymscy bogowie nie ubezwłasnowolniali człowieka. Człowiek mógł być ich partnerem. Był im potrzebny tak samo jak oni jemu. Byli jego odbiciem i często można ich było pokonać lub przechytrzyć – stąd teurgia. Człowiek mógł być równy bogom.
Dopiero te pomyje, które przywędrowały do nas z krajów Bliskiego Wschodu, czyli islam i chrześcijaństwo, uczyniły z nas prawdziwych karłów. Od tego momentu Bóg stał się monarchą absolutnym. Ten Bóg nie rozmawia już z nami. Wydaje rozkazuje, stawia żądania, grozi, karze. Ten Bóg nie jest naszym odbiciem. Te dwie religie zamknęły przed nami drogę do boskości.
Sen L
Człowiek jest bogiem, gdy śni i tylko żebrakiem, gdy myśli, powiedział Fredrich Hölderlin. L. przysłała mi swój sen: Lato, byłam na wsi, krajobraz całkiem jak z dzieciństwa, gdy boso biegałam po nagrzanym piasku. Od tego wiejskiego obrazu, skąpanego w słońcu, odciągnęła mnie świetlista sylwetka młodej dziewczyny z białym warkoczem sięgającym aż do ziemi. Krzątała się żwawo przy pobliskim płocie, podlewając kwiaty. Przyglądałam się jej jak urzeczona, nie mogłam oderwać od niej wzroku, a kiedy zbliżyła się do mnie, nagle pojawiły się przede mną trzy wielkie słoje z wodą, w których unosiły się wolno płatki róż. Dziewczyna pochyliła się nad wodę i zaczęła witać się i radośnie wypowiadać słowa pełne pieszczot i miłości. Płatki róż odpowiedziały na jej słowa, tańcząc coraz żwawiej, i ułożyły się w przepiękny uśmiech. W chwilę potem ujrzałam w wodzie moje własne stopy. Słoje zamieniły się teraz w wielkie szklane miednice, a płatki róż przybrały inny kształt, twarz cherubina. Tuż obok ujrzałam starą ikonę przedstawiającą Chrystusa. Wpatrywałam się wodę i ikonę i wtedy otworzyłam oczy. Była godzina 4.40.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.