Caryca Katarzyna II to Zofia Anhalt-Zelbst, zruszczona Niemka, urodzona 2 maja 1729 w Szczecinie. 16 listopada 1796 roku doznała w toalecie udaru mózgu. W chwili śmierci była tak gruba, że potrzeba było kilku silnych mężczyzn, aby wydostać ją z toalety. Podobno nie byli jednak w stanie podnieść jej, by położyć na łóżku, wiec ułożono ją na materacu na podłodze. Chorowała na cukrzycę drugiego stopnia, miała otwarte wrzody na nogach, jej zakończenia nerwowe straciły ukrwienie, nie miała w nich czucia, ale nie była leczona – przeciwnie, jej nadworny medyk ordynował jej codziennie kieliszek słodkiego czerwonego wina. Pomoc lekarska okazała się nieskuteczna. Po kilkunastu godzinach śpiączki Zofia Anhalt-Zelbst, która wymazała Polskę z mapy Europy, spełniając stare marzenie swego ziomka, Fryderyka Wielkiego, zmarła 17 listopada 1796 roku mając 67 lat. Finis coronat opus, jak mawiał Owidiusz, chociaż w tym wypadku i dzieło i koniec były równie nędzne. Nawiasem mówiąc, Stanisław August Poniatowski, jej były kochanek oraz były król polski, przeżył ją o 2 lata, zmarł bowiem 12 lutego 1798.
Tag: caryca Katarzyna
Gabrielli
Caterina Gabrielli to najwybitniejszy sopran XVIII wieku. Była też kobietą o wielkim uroku osobistym i silnym charakterze. Charles Burney, brytyjski muzyk i teoretyk muzyki, nazywał ją najbardziej inteligentnym i najlepiej wychowanym wirtuozem, z jakim kiedykolwiek się zetknął. Doskonałość jej kunsztu wokalnego potwierdza również i to, że była w stanie zapewnić sobie długoterminowe zaangażowanie w trzech najbardziej prestiżowych centrach operowych jej czasów poza Włochami, czyli w Wiedniu, Londynie i St. Petersburgu. Nicolas de Chamfort opowiada zabawną anegdotę o niej. Otóż, podobno zażądała ona pięć tysięcy dukatów od carycy Katarzyny za to, aby śpiewać dwa miesiące w Petersburgu. Odpowiedź carycy brzmiała: „Tyle nie płacę żadnemu z moich feldmarszałków. —W takim razie, odparła Gabrielli, niech Wasza Cesarska Mość każe śpiewać swoim feldmarszałkom”. Caryca zapłaciła pięć tysięcy dukatów.
Wolter
Myśl z cyklu „zasługi intelektualistów dla ludzkości”. Jeszcze jeden liberał, wielki piewca wolności, rzecznik Prawdy, nigdy nie godzący się na nieprawość, niesprawiedliwość oraz krzywdę „na które wzdrygała się jego dusza i jego nerwy nowożytnego człowieka”, pisarz, obrońca uciskanych, sumienie oświeconych, encyklopedysta, filozof czyli Wolter, spłodził paszkwil „Pisma przeciw Polakom”, napisany na zlecenie i za pieniądze rosyjskiej carycy Katarzyny. Utrzymuje w nim między innymi, że imperatorka Rosji nie tylko wprowadziła powszechną tolerancję w swoich rozległych krainach, lecz teraz posyła swoją armię do Polski, pierwszą tego rodzaju odkąd istnieje Ziemia. Armię pokoju, która służy jedynie obronie praw obywateli i nastraszeniu jej przeciwników. List do niej jest równie obficie zaprawiony wazeliną: „Pani hojna troska o ustanowienie wolności sumienia w Polsce jest błogosławieństwem, którego nie można nie uczcić. W imieniu całej ludzkości odważę się zabrać w tej sprawie głos. Ten „król filozofów” podlizywał się zresztą nie tylko carycy. W nadziei otrzymania jakiejś jałmużny równie ochoczo komplementował także Fryderyka II: „Mówią, Sire, że to Pan poddał pomysł rozbioru Polski – i ja tak sądzę, ponieważ znać w tym geniusz”. Intelektualiści rzeczywiście mają spore zasługi dla ludzkości.
Diderot
Denis Diderot, „dzielny” francuski encyklopedysta i liberał w liście do księżnej Daszkow o carycy Katarzynie: Miałem honor przebywania z Jej Cesarską Mością tak często, jak mogłem sobie tego życzyć, częściej być może, niż śmiałbym się tego spodziewać. Znalazłem ją taką, jak mi ją, Pani, w Paryżu odmalowałaś; dusza Brutusa i powab Kleopatry. Chociaż na tronie jest majestatyczna, jej wdzięk, jako kobiety mógłby zawrócić w głowie tysiącom ludzi. Nikt lepiej niż ona nie umie sprawić, by wszyscy czuli się swobodnie.
Dokładnie tak jak Cendrars trafnie zauważył w „Wieży Eiffla”, że pocieszny ciołek, który tylko kombinował, skąd by wytrzasnąć obfitą rentę albo zapewnić sobie stałe miejsce przy stole i w łóżku, w dupie mając rodzaj ludzki.
Caryca Unia
Obrzydliwa postawa polskich lewicowych parlamentarzystów w Brukseli. Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie praworządności w Polsce oraz na Węgrzech stwierdzającą, że sytuacja w obu państwach pogarsza się i dlatego Komisja Europejska i Rada UE powinny wykorzystać wszystkie dostępne środki, aby wyeliminować ryzyko „naruszania wartości unijnych”. Za rezolucją głosowało 446 posłów, przeciw było 178, od głosu wstrzymało się 41. Dzisiejsi targowiczanie, którzy głosowali przeciwko własnemu krajowi, a po przyjęciu rezolucji nagrodzili ją owacją na stojąco, nie nazywają się już Potocki, Branicki, Rzewuski czy Kossakowski. Nazwiska nie powtarzają się, ale historia powtarza się, jak zawsze. Nowa kasta targowiczan to boleściwa wdowa Adamowicz, Belka, Arłukowicz, Frankowski, Halicki, Hetman, Hübner, Jarubas, Kalinowski, Kopacz, Spurek, Lewandowski, Łukacijewska, Sikorski, Thun und Hohenstein, Biedroń, Miller i Cimoszewicz. Pewną odmianą jest może tylko to, że tym razem nie caryca Katarzyna wspiera „prawdziwych polskich patriotów” walczących z prawowitym i demokratycznie wybranym rządem, lecz Unia Europejska. Jeżeli pewnego dnia Rosja i Niemcy, może właśnie na zlecenie Unii, znów zdecydują się na dokonanie kolejnego rozbioru Polski, nie zabraknie więc wśród Polaków kreatur, które nie tylko to usprawiedliwią, ale i nagrodzą owacją na stojąco.
Autodafe
Bibliotekę Narodową w Warszawie otwarto po raz pierwszy 8 lipca 1747 r. – był to dar biskupów Załuskich. Po Insurekcji Kościuszkowskiej cały księgozbiór ukradli Rosjanie, zachęceni do tego przez znaną niemiecką bibliofilkę, carycę Katarzynę. Gdy Polska odzyskała niepodległość, Bibliotekę zbudowano od podstaw. W 1939 r. Niemcy zamknęli zbiory Biblioteki w magazynach, a po upadku Powstania Warszawskiego, jak przystało na naród myślicieli i poetów, doszczętnie spalili bezcenne woluminy. Posiadali już sporo wprawy w paleniu książek. 10 maja 1933 roku zapłonął w centrum Berlina olbrzymi stos. Ubrani w mundury hitlerowskich oddziałów szturmowych SA studenci rzucali w ogień całe naręcza książek, bezmyślnie skandując wyuczone na pamięć hasła. Płomienie strawiły tysiące woluminów. Berlin był zresztą tego dnia tylko jednym z ponad 20 miast, w których płonęły stosy z książkami. Do podobnych autodafe doszło w Dreźnie, Bonn, Getyndze, Frankfurcie nad Menem i Królewcu. Spełniły się słowa Heinricha Heinego: Tam, gdzie pali się książki, w końcu pali się też ludzi.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.