Boska ciekawość kobiet

Duc de Lauzun, Memoires. Obejmują lata 1759–1783, prawie ćwierć wieku interesującej i barwnej epoki, opisując zdarzenia, miłostki, intrygi i setki postaci z ówczesnych elit Europy. Lauzun nie jest pisarzem równie utalentowanym jak Casanova, jego narracja jest chwilami przyciężkawa, momentami wręcz nudna, jest za to nieporównywalnie bardziej dyskretny – jego opisy sytuacji intymnych są tyleż zdawkowe co sztampowe. Rękopis został odnaleziony w jego prywatnych rzeczach w 1811 roku i natychmiast skonfiskowany przez napoleońską policję. Ich treść, z uwagi na to, że wielu protagonistów tych wyznań wciąż jeszcze żyło, a opisane w nich panie „swawolne” zdążyły tymczasem przeobrazić się w nobliwe małżonki lub ikoniczne matrony rodów, groziła epidemią skandali. Zainteresowani dopilnowali więc, by nakazano bezwzględne zniszczenie tych kłopotliwych wynurzeń. I zapewne taki byłby ich koniec, gdyby nie boska ciekawość kobiet, a dokładnie jednej kobiety, Hortensji, królowej holenderskiej, córki cesarzowej Józefiny, która wykorzystując szczególną słabość cesarza do niej, uzyskała możliwość zapoznania się z nimi zanim pochłonie je ogień. Nie poprzestała jednak na tym. W tajemnicy zleciła przepisanie ich i zachowała odpis, ratując wspomnienia Armanda de Lauzuna od zagłady. Oryginał został zniszczony w spektakularnym autodafe, podobno w obecności cesarza, który życzył sobie osobiście dopilnować, by to niecne dzieło opuściło padół ziemski skutecznie i nieodwołalnie, ale Memoires przetrwały.

    Po raz pierwszy opublikowano je w 1822 roku, w epoce Burbonów i, co było do przewidzenia, wywołały sporą burzę. Niewiele więcej szczęścia miało kolejne wydanie, z roku 1858, niemal w całości skonfiskowane na żądanie rodu Czartoryskich, którzy za wszelką cenę usiłowali wyretuszować moralny wizerunek księżnej Izabeli, kochanki diuka i matki jego dziecka. Księżna bowiem, w późniejszych latach chętnie kreowana na „Matkę Spartankę”, była znana ze swego  promiskuityzmu – podobno każde z jej siedmiorga dzieci posiadało innego ojca. Diuk Lauzun był ojcem jej syna Konstantego Aleksandra Adama Tadeusza, najczęściej zwanego Konstanty Adam.  

    2. „Boska” ciekawość kobiet. Ciekawość mężczyzn jest zgrzebna i powierzchowna, nie ma w niej nadmiernej natarczywości, łatwo jest ją zaspokoić, zwykle odnosi się bowiem do pewnej kategorii spraw praktycznych. Ciekawość nie jest naczelną cechą mężczyzn; to nie Adam eksperymentuje z jabłkiem. Ciekawość kobiet natomiast śmiało może uchodzić za ich cechą dystynktywną, jest niemal sensualna, domaga się zaspokojenia i niełatwo jest ją zadowolić. Kobiety są ciekawe relacji i gotowe są zaryzykować wiele, by dowiedzieć się, co kryje się za zasłoną z Sais.

    Casanova

    Casanova, zwolennik zapobiegania ciąży, swoją kolekcję kondomów wielokrotnego użytku, wykonanych z jelit zwierzęcych, pieczołowicie i z dumą przechowywał w cienkim puzderku inkrustowanym macicą perłową. Były to jednak produkty nad wyraz niepewne i do tego paskudnie uciążliwe – miały szwy, które z całą pewnością musiały uwierać podczas stosunku, a mężczyzna, by zapobiec ich zsuwaniu się, zmuszony był mocować je na biodrach za pomocą specjalnych wstążek, co upodabniało go do rabina w talit katan z charakterystycznymi frędzlami. Widok zapewne tyleż śmieszny, co kłopotliwy. Ponadto po każdym użyciu trzeba było je myć, suszyć oraz nasączać oliwą, aby nie straciły wymaganej elastyczności. Casanova w swoich Pamiętnikach nigdzie, niestety, nie wspomina o tych prozaicznych zajęciach, choć z całą pewnością musiał oddawać się im dość często. Umarł czterdzieści lat przed wynalazkiem wulkanizacji kauczuku, który pojawił się w roku 1839, choć na pierwsze kondomy trzeba było i tak poczekać jeszcze kolejnych szesnaście lat. Te wyroby były już jednak znacznie pewniejsze w użyciu i zdecydowanie mniej kłopotliwe, choć wciąż daleko im było do finezji obecnych – miały, jak twierdzą znawcy przedmiotu, grubość porównywalną do dzisiejszej dętki rowerowej. 

    Ironia

    Historia bywa często ironiczna. W tej historii najpierw jest wenecjanin Casanova, twórca francuskiej loterii pieniężnej. Loteria ta stanie się potem kluczową dla funkcjonowania Ècole Militaire w Paryżu. Nauka w Ècole Militaire nie była bowiem tania – roczne czesne kadeta wynosiło 4282 liry, co podobno odpowiada sumie 40 tysięcy dolarów. Potrzebne były dotacje i tutaj z pomocą przychodzi loteria; część zysków z loterii finansowała utrzymywanie Ècole Militaire. W ten prosty sposób genialny pomysł Casanovy umożliwił edukację wojskową także tym, których inaczej nie było na to stać. Jednym z nich okazał się Korsykanin Napoleon Bonaparte. Epilog ten historii ma miejsce w roku 1797, gdy Napoleon, wychowanek Ècole Militaire, sprawia, że Republika Wenecka przestaje istnieć. Francuzi bezlitośnie grabią miasto, palą Bucentaura, wspaniałą galerę weneckich dożów, cztery konie z brązu, umieszczone ponad bazyliką św. Marka, przenoszą do Paryża, z Piombi, gdzie Casanova spędził ponad pół roku, uwalniają trzech więźniów i likwidują getto. Wenecja bauty i morrety, kasyn, nieustannego karnawału, wytwornych kobiet, romansów, tajemniczych i rozpustnych zakonnic, bali i orgii, jedyna prawdziwa miłość Casanovy, staje się w rok później nudną i smutną prowincją austriacką z germańską walutą i germańskim drylem. Miłość zawsze zabija to, co kocha – całkiem jak w kiepskim melodramacie.

                                                                                 ***

    Giacomo Casanova przez całe swe życie usiłował zdobyć przynależne mu miejsce wśród weneckiej arystokracji. Na próżno. Nigdy nie został zaakceptowany. Ale to on, Casanova, przetrwał. Wenecja upadła, jej sto osiemnasty doża zamknął się w swoim pałacu niczym w dobrowolnym więzieniu, nie opuszczając go już do końca życia, a Libro d`Oro, Złotą Księgę arystokracji, spalono.

    Casanova

    29 października 1787 roku Giacomo Casanova był w praskim teatrze na premierze opery Don Giovanni, Mozarta. Dzieło przyjęto z aplauzem. Zwłaszcza ostatnią scenę, w której Don Juan ponosi karę, płonąc w ogniach piekielnych. Da Ponte, librecista, triumfował, jak wynika z jego pamiętników, ale Casanovę scena ta musiała jedynie oburzać. Zapewne trudno mu było zrozumieć powód, dla którego Don Juan miałby ponieść jakąkolwiek karę. Wieczne potępienie za uwodzenie kobiet?! Co za idiotyzm! Ta idea musiała mu się wydać totalnie absurdalna i niedorzeczna.

                                                                                ***

    G. Casanova o rozbiorach Polski: Ambicja, zemsta i głupota doprowadziły Polskę do ruiny. Przede wszystkim głupota.

    Celna uwaga. Właśnie uprawiamy powtórkę z historii. Jeszcze jedną. Kolejną.

    Hipokryzja

    Mój znajomy, bardzo zwiędły pięćdziesięciolatek, pragnąc imponować, głośno wyraża swój podziw dla filozofów i mędrców. Nauczył się nawet paru nazwisk i powołuje się na nie przy każdej okazji. Frazesy, tak zwane złote myśli, mądrości ze ściennych kalendarzy, tako rzecze Nietzsche, tak mówił Heraklit, tak twierdził Kant. Po cichu natomiast oddaje się –  jak większość pięćdziesięciolatków, srodze już znudzonych tak sobą jak i życiem – lekturze kiepskich powieści, biografiom morderców, oszustów i przestępców, różnych Stalinów i Mao-tse-tungów. Po filozofów sięga tylko wtedy i tylko po to, by tropić tzw. pikantne lub skandaliczne szczegóły. Z biografii Einsteina zapamiętał więc tyle tylko, że ten genialny fizyk miał dwie żony i pierwszą, bardzo oddaną mu kobietę, porzucił, gdy przestała mu być potrzebna. Nie, nie propaguję poważnego czytania filozofów, nie propaguję czegokolwiek. Chodzi mi jedynie o naszą hipokryzję. W średniowieczu najpopularniejszą lekturą były „Żywoty Świętych”, czytywane wtedy równie chętnie jak obecnie „żywoty” wszelkiej maści aktoreczek, sportowców i kanciarzy, a przecież ta wielce nabożna lektura w niczym nie poprawiła ówczesnego człowieka. Bawi mnie jednak nasza bezgraniczna hipokryzja: pamiętniki Casanovy czytamy z wypiekami na twarzy, a biografii Kanta nie czytamy wcale, a pierwszym mówimy z pogardą, że był uwodzicielem, oszustem i dziwkarzem, a drugiemu, a priori, nic o nim nie wiedząc, przyznajemy tytuł mędrca, choć osobiście sądzę, że życie Casanovy było stokroć mądrzejsze niż życie wątpliwego mędrca z Królewca, egoisty, hipochondryka i w ogóle dość marnej postaci.

    Heian

    Czasem w naszej brudnej i krwawej historii rozkwitają gdzieś stulistne róże. Dla mnie taką stulistną różą jest Wenecja czasu maski i karnawału, Wenecja Casanovy. O Wenecji wiemy jednak trochę. Natomiast o innej takiej stulistnej róży nie wiemy prawie nic. Jest to okres Heian w Japonii – 300 lat  wyrafinowanej kultury dworskiej, która zrodziła arcydzieła niemal w każdej dziedzinie sztuki. Heian częściej nazywa się okresem Fudziwara, od nazwiska arystokratycznego rodu, który całkowicie zdominował życie polityczne i kulturalne tamtego czasu. Książęta Fudziwara, skoligaceni z rodziną cesarską (żonami cesarzy były z reguły księżniczki z tego rodu) byli regentami de facto rządzącymi krajem. I niemal wszyscy byli mistrzami w sztuce intrygi, skutecznie eliminując to, co mogłoby zagrażać ich potędze. Pod patronatem tego rodu rozkwitła w stolicy (a wówczas było to Kioto) kultura, która nie miała sobie równych. Niektórzy widzą jej słabość w tym, że ograniczała się głównie do cesarskiego dworu i jego kręgów, ale to właśnie ta „dworska” i „ograniczona” kultura stworzyła podstawy tego, co dzisiaj nazywa się narodową sztuką japońską.

    Literatura ( Gendzi monogatari Murasaki Sikibu czy Makura-no sosi, Notatnik osobisty, Sei Sionagon) i zabytki malarstwa tego okresu opowiadają o świecie całkowicie pogrążonym w zaczarowanym kręgu własnych spraw, świecie, który żył w nieustannej pogoni za coraz bardziej wysublimowanymi przyjemnościami, świecie, który pragnął rzeczywistość przekształcić w dzieło sztuki. Do wydarzeń wagi państwowej, wydarzeń notowanych przez kroniki tej epoki, należą między innymi takie fakty:

    „Gwałtowny wiatr powalił dwa drzewa w parku południowym. Zamieniły się w bażanty”; „Czerwone wróble pojawiły się na dachu jednego z pałaców i siedziały tam przez dziesięć dni”.

    Heian zdążało do urzeczywistnienia estetycznego ideału w każdej dziedzinie życia, życie miało przypominać piękny wiersz lub sen. I przypominało, symbolizm obejmował i przesycał wszystko – ceremioniał dworski, ułożenie kwiatów, grę słów, uśmiech, wiersz, kolory, ubior, sposób wyrażania się. Ważne było nie tyle to, co się mówi, ale jak się to mówi – nie tyle to, co potrafimy słowami wyrazić, ale może głównie to, co przy ich pomocy potrafimy ukryć. Nie same uczucia, lecz sposób ich wyrażania. Ten świat łączył prostotę i wyrafinowanie tak, jak nie udało się to być może nigdy i nigdzie indziej. Finezja, wyrobienie estetyczne, poczucie piękna, subtelność, przesycone buddyjską melancholią i łagodną świadomością przemijania. W tej epoce wrażliwość na piękno ceniono bardziej niż moralność, a człowiek, który nie potrafił pisać wierszy uznawany był za barbarzyńcę.

    Epoka Heian, podobnie jak Wenecja Casanovy, odeszła w szczęku broni, w krwi, okrucieństwie i bezwzględności. Znakomitą tego ilustracją są trzy zwoje Heidzi monogatari. W jednym ze zwojów artysta odmalował rzeź dam dworu Gosirakawy – ich ciała, zrzucone na stos, leżące w bezwładnie skłębionych, podartych i splamionych krwią jedwabnych szatach przypominają pomordowane motyle.  Czemu tak lubię Heian? Czy dlatego, że jest sabi?