Islamska fundacja Al-Fadżr rozpoczęła publiczną zbiórkę pieniędzy na budowę przy ul. Dworskiej w Krakowie meczetu. Jak zwykle przeciwnicy tej inicjatywy protestują, a tzw. liberałowie argumentują, że wszystkie religie są równoprawne. Czy rzeczywiście wszystkie religie są równe, a tym bardziej równoprawne? Żyjemy w demokracji, jakakolwiek ona jest, a sensem politycznym demokracji jest samorządzenie. Aby to mogło być realne, potrzebna jest pewna grupa ludzi, którą łączą wspólne interesy i wspólne sprawy do rozwiązania, potrzebna jest więc wspólnota celów i interesów. Jednak w momencie, gdy w jakiejkolwiek wspólnocie pojawiają się muzułmanie, znikają wspólne interesy i wspólne cele. Muzułmanie mają własne interesy i własne cele i są one absolutnie niekompatybilne, nie do pogodzenia z interesami tych, którzy do muzułmańskiej społeczności nie przynależą. Europejczycy, a tym i Polacy, wydają się nie wiedzieć lub nie chcą wiedzieć, że islam jest systemem społecznym opartym na religii, a ta nie uznaje żadnych kompromisów. Islamu zmienić nie można, a więc wszystko inne musi być zmienione w islam. W niektórych krajach Europy już o tym wiedzą, w innych ledwo przeczuwają, ale mleko już się rozlało, procesu nie da się zatrzymać, Europejczycy zastawili na samych siebie dość prymitywną, ale wysoce skuteczną pułapkę. Rozwiązaniem byłby może Charles Martel, albo choćby Sobieski, ale takie rzeczy raczej nie zdarzają się dwa razy w tej samej opowieści.
Tag: demokracja
Ochlokracja
Arystoteles uważał, że w demokracji zawarty jest pewien właściwy arystokracji elitaryzm (w najlepszym tego słowa znaczeniu), który przejawia się etyką i transparentnością w życiu publicznym. Warunkiem jest oparcie demokracji o silną klasę średnią. Nie był jednak zwolennikiem prawa głosu dla każdego obywatela. Uważał, że o prawie posiadania głosu powinien decydować pewien, choćby niewielki nawet cenzus majątkowy. W przeciwnym wypadku, jego zdaniem, demokracja mogła bardzo łatwo przerodzić się w tzw. ochlokrację, w rządy plebsu i motłochu, kierowanego najniższymi pobudkami, a więc dokładnie w to, co obecnie obserwujemy w Polsce.
Nasza totalitarna demokracja
Na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale faktem jest, że po raz pierwszy w dziejach żyjemy w czasach, które nie zostały ukształtowane przez elity i których nie kształtują już elity. Nasz świat uformowały masy. J. Ortega y Gasset jeszcze w pierwszej połowie zeszłego wieku wskazał czynniki, które mogą uczynić to możliwym: liberalna demokracja, badania naukowe i industrializacja. Zgodnie z jego przewidywaniami masa zdołała „wystąpić z brzegów”, uformować swoje własne wzorce, ogromne rzesze ludzi zaczęły współtworzyć masowe media, masową ekonomię oraz masowe życie publiczne. W konsekwencji pojawiło się państwo nowożytne, rzeczywistość, której obecnie podlegamy, i która prawie nie ukrywa już faktu, że świat oparty na nieprzeliczalnej masie nie może mieć innego charakteru niż totalitarny. Dziś jest to więcej niż oczywiste, choć wciąż łudzimy się, bowiem masa formalnie nie odżegnuje się jeszcze od demokracji, jeszcze posługuje się tym szyldem, chociaż coraz częściej i coraz bardziej otwarcie rezygnuje z demokratycznych form, zastępując je innymi rozwiązaniami – metafizycznym niemal ubóstwieniem jednostki albo całkowitym przekreśleniem wszelkiej hierarchii. Co gorsza, mimo tysiąca przykładów wciąż nie pozbyliśmy się przekonania, że masa jest bierna. Ale masa nigdy nie jest bierna. Masa zawsze próbuje aktywnie zreformować strukturę, w której funkcjonuje, zawsze dążąc do jeszcze większej potęgi, a obecny rozwój technologii daje jej nowe i zawrotne możliwości w tym względzie. Człowiek masowy nie musi już obawiać się schyłku i upadku – dziś ma narzędzia, by temu zapobiec. Nie on je stworzył, lecz on je wykorzysta.
Demokracja
Demokracja raz jeszcze. Głosowanie jako naczelna zasada. Już Arystoteles zauważył, że w każdym głosowaniu decyduje liczba, a nie rozum, a liczba jest zawsze wynikiem przypadku. Zresztą, to, co nazywamy demokracją to twór obciążony długą listą poważnych genetycznych wad. Przywykliśmy do nich, prawie ich nie postrzegamy lub – z różnych przyczyn – nawet nie chcemy postrzegać, ale bodaj wszystkie współczesne państwa demokratyczne są hybrydą anarchiczno–oligarchiczną, z rosnącą z pokolenia na pokolenie kastą bogaczy. Związana z tzw. koronawirusem histeria ujawniła jeszcze jedną słabość: łatwość z jaką można demokrację przeobrazić w tyranię. Ale i to też nic nowego. Starożytne Ateny.
Pavić
Milord Pavić, „Słownik Chazarski”: Dotychczas wielkie narody uciskały małe. Teraz jest odwrotnie. Teraz w imię demokracji małe narody terroryzują wielkie. Popatrz na świat wokół nas: biała Ameryka boi się czarnych, czarni boją się Portorykańczyków, Żydzi – Palestyńczyków, Żydów – Arabowie, Serbowie – Albańczyków, Chińczycy boją się Wietnamczyków, Anglicy – Irlandczyków. Małe rybki odgryzają uszy dużym rybom. Zamiast terroryzowania mniejszości demokracja wprowadziła nową modę i teraz ucisk cierpi większość mieszkańców tej planety … Wasza demokracja to śmierdzące oszustwo.
Nowi władcy
Google, Facebook, Amazon, Saudi Aramco, Coca-Cola, Hennes & Mauritz, Microsoft, teraz Superliga, gigantyczna kumulacja kapitału, powstawanie nowych koncernów-potentatów, to wszystko powinno nam podpowiadać, że wchodzimy w okres w którym politycy będą coraz wyraźniej tracić władzę na rzecz wąskiej grupy ludzi nieprzyzwoicie bogatszych. Decyzje o naszej rzeczywistości już dziś zapadają nie w instytucjach do tego przez nas powołanych, lecz w gabinetach potężnych firm. Politycy wyraźnie przegrywają ten mecz. Co gorsza przegrywają nie z jakimś sprawnie zorganizowanym społeczeństwem obywatelskim, lecz z bardzo wąską grupą ludzi zainteresowanych jedynie ich osobistym zyskiem. Tym samym o kształcie naszego świata zaczynają więc decydować nie ci, którzy zostali przez nas wybrani i do tego powołani, lecz uzurpatorzy nie posiadający żadnej, ale to żadnej demokratycznej legitymizacji. Do tego są oni doskonale anonimowi, a więc i nieosiągalni. Ci ludzie mają już czelność narzucać nam nie tylko swoje interesy, ale i ich okolicznościową mentalność (vide: Hennes & Mauritz, który ostatnio poczuł się na tyle potężny, że ośmielał się dyktować swoje warunki nawet Chinom). Największe niebezpieczeństwo tej sytuacji polega jednak na tym, że polityków zawsze można było wymienić, wymienić oligarchów będzie bardzo trudno, jeżeli w ogóle będzie to możliwe. Społeczeństwo obywatelskie staje się fikcją. Już jest fikcją. Głosowanie i wybory będą wkrótce terminami równie przestarzałymi jak guwernantka i nosiwoda.
Demokracja ateńska
Ateny. Obywatele ateńscy nie mieli co prawda nad sobą żadnej władzy, którą można byłoby określić mianem „państwa”, bowiem sami byli „państwem”, ale ceną tego było ogromne ograniczenie prywatności i taki poziom kolektywizmu, że przypomina to nie tyle demokrację, co rodzaj perfidnego komunizmu – z seansami publicznej samokrytyki w stylu sowieckim czy chińskim, co przydarzało się nawet tak wybitnym postaciom jak Perykles. Określanie ustroju ateńskiego mianem demokracji, w naszym rozumieniu tego słowa, jest nieporozumieniem.
Partie polityczne
W antycznych Atenach nie istniały partie polityczne we współczesnym tego słowa znaczeniu. Były naturalnie jakieś niewielkie grupy skupione wokół co wybitniejszych polityków, ale nigdy nie doszło tam do fenomenu tworzenia partii politycznych. Bezbarwne, przeciętne, żałosne postacie, które dzisiaj chroni siła stojących za nimi partii, nie miałyby racji bytu w ateńskiej demokracji. Ateński polityk musiał więc być wielką osobowością, autorytetem, a ponadto człowiekiem obdarzonym darem przekonywania i charyzmą. Cechą współczesności jest brak autorytetów. Próżno szukać wybitnych jednostek w polityce, życiu społecznym i duchowym, a nawet w literaturze czy sztuce. Do władzy i znaczenia dochodzą osoby pozbawione charyzmy, ludzie bez wizji, żądni jedynie zysków i zaszczytów. Za masy myślą więc nie prawdziwe elity, jak to zdarzało się w Atenach, lecz podobni im ludzie, tak samo nijacy i tak samo przeciętni. Właściwie jest to dość zabawny mechanizm: miernota wyborców wyłania miernych reprezentantów, a potem ci czynią wszystko, by zapewnić swoich wyborców, że wybrali właściwych ludzi na właściwe miejsca. Voilà!
Demokracja
Dariusz I Wielki wyprawił się przeciwko Scytom ok. 513 pne. Przekroczywszy Ister, obecnie Dunaj, postawił na straży mostu jońskich Greków, chcąc zapewnić sobie możliwość bezpiecznego odwrotu. Scytowie próbowali namówić Jonów, by zburzyli most i w ten sposób uwolnili się wreszcie spod perskiej władzy. Według Herodota Jonowie nie zburzyli jednak mostu. Odwiódł ich od tego argument Histiajosa, tyrana Miletu, który powiedział, że tylko dzięki zwierzchnictwu Dariusza możliwe są w Jonii rządy despotyczne: gdyby miasta jońskie uzyskały wolność, ich obywatele z pewnością domagaliby się zaprowadzenia demokracji. To wystarczyło. Ta wizja wydawała im się zbyt straszna.
Homo sapiens i demokracja
Dwóch amerykańskich politologów, Steven Peterson i Albert Somit, zaprezentowało niedawno wyniki swoich wieloletnich badań, które dałoby się streścić następująco: ”Ewolucja biologiczna uczyniła prawdopodobnie z Homo sapiens gatunek, którego genetyczne skłonności w istocie nie sprzyjają demokracji”. Opisali oni rodzaj ludzki jako ”gatunek zwierząt wysoce społecznych, o silnej tendencji do hierarchii, posłuszeństwa, dominacji i podporządkowania raczej niż do równości statusu i politycznych wpływów”. Obserwując przeprowadzany obecnie ogólnoświatowy eksperyment z koronawirusem, nie sposób zaprzeczyć trafności ich diagnozy.
Sokrates i demokracja
Pamiętać, że Sokratesa nie zamordowała tyrania. Sokratesa zamordowała demokracja. Rygorystyczna, egalitarna demokracja, która właśnie rośnie i formułuje się na naszych oczach, demokracja, która nie dopuszcza żadnych odstępstw, żadnych wyjątków. Łatwiej zapewne dałoby się znaleźć jakiegoś liberalnego dyktatora, który z przymrużeniem oka i pobłażaniem będzie patrzył na „demoralizujące” czy „bezbożne” wywody filozofa niż przejętą samą sobą liberalną demokrację. Ta jest śmiertelnie poważna.
Fustel de Coulange
Fustel de Coulange, historyk francuski, o obowiązkach nakładanych przez demokrację ateńską na obywatela: Albowiem niewiele zdarzy się dni bez jakiegoś zgromadzenia w demosie, w fyle czy fratrii; trzeba radzić około interesów religijnych czy politycznych, choćby o urządzeniu biesiady religijnej, o kontroli wydatków itp. Nadto trzy razy na miesiąc ogólne zgromadzenie ludowe, na którym nie ma prawa być nieobecnym, a trwają od rana do późnej godziny i trzeba koniecznie wysłuchać wszystkich przemówień. Chodzi o doroczny wybór zwierzchników politycznych, wojskowych, o nałożenie podatku, o jakąś zmianę ustawy, o kwestię wojny i pokoju. A gdy przyszła kolej na niego musiał sam zostać urzędnikiem w swej fratrii lub demosie. Przeciętnie co drugi rok bywał sędzią helistą; przynajmniej dwa razy w życiu bywał senatorem, a wtedy zasiadał na zebraniach dzień w dzień, słuchając raportów urzędów, uchwalając kolejne odprawy, instrukcje, badając i przygotowując wszelkie wnioski na zgromadzenie ludowe. Wreszcie mógł zostać urzędnikiem państwa, archontem, strategiem itd. z wyboru czy też przez losowanie. Było czym się zająć niemal całe życie i pozostawało niewiele czasu na zajęcia osobiste i na życie domowe. Wobec tego Arystoteles bardzo słusznie się wyraził, że człowiek który musiał zarabiać na życie, nie mógł być obywatelem.
Ruletka i demokracja
Nigdzie i nigdy demokracja nie spełnia się tak idealnie jak przy stole do ruletki – tylko tam obok siebie zasiadają nauczyciel, pisarz, milioner, gwiazda futbolu, prostytutka, inwalida, sprzedawczyni, dyrektor koncernu, złodziej, bezrobotny, filozof, gospodyni domowa, aktor, fryzjer i mistrz świata w gimnastyce. To prawda, że każdy z nich gra o inną stawkę, ale nie wyklucza to faktu, że są sobie równi. Ruletka winna być atrybutem demokracji.
Zwyczajny faszyzm
Wczorajszy wieczór w towarzystwie sympatycznej pary młodych ludzi. Ona studiuje dziennikarstwo w Lundzie. Opowiada z przejęciem, że na wykładach informuje się ich o mordowaniu demokracji w Polsce oraz próbach podporządkowania Sądu Najwyższego obecnemu rządowi. Nie wątpi, że to prawda i nie kryje swego oburzenia. Używa nawet określenia „zwyczajny faszyzm”. Jest zdziwiona, gdy wyjaśniam jej, że demokracja w Polsce ma się tak dobrze, jak – być może – nigdy wcześniej. Nie ma też najmniejszego pojęcia o tym, że Sąd Najwyższy w jej własnym kraju, w Szwecji, Högsta Domstolen, ma 16 sędziów wybieranych i zatwierdzanych przez … rząd. Dyskretnie porzucamy ten temat, ale po raz pierwszy zaczynam poważnie zastanawiać się komu i dlaczego tak bardzo zależy na tym, by oczerniać Polskę i Polaków.
***
Skolverket, Szwedzka Komisja do spraw Edukacji, zdecydowała w tym tygodniu, że hymn narodowy oraz psalmy, które dotychczas wchodziły w program nauczania w szwedzkiej szkole, muszą zniknąć z tegoż programu już od przyszłego roku. W programie nauczania historii identycznej eksterminacji ulegną pojęcia tak „skomplikowane i zbyteczne” jak średniowiecze, renesans, barok, oświecenie, romantyzm i tym podobne. Protestów nie było.
Elegia na śmierć umiaru
Jak wszyscy Polacy od wielu lat żyjący na Zachodzie (w moim przypadku raczej na Północy, bo w Szwecji Zachód znaczy coś całkiem innego niż dajmy na to we Francji), muszę niekiedy uchodzić od eksperta od spraw polskich. Nie jest to wdzięczne zajęcie ani łatwe. Gatunek homo sapiens, zamieszkujący zachodnie tereny Europy, ma zdaje się, mimo podobieństw do nas, sporo innych genów, których nam ewolucja jakimś dziwnym trafem poskąpiła. Spróbuję to wyjaśnić tylko na jednym przykładzie. Niech nim będzie ostatnie wydarzenie medialne nr 1, czyli śmierć prezydenta Gdańska, Adamowicza.
Paweł Adamowicz, niemal etatowy już prezydent Gdańska, panował w tym mieście bodaj od 1998 roku i został zamordowany w ostatnich dniach przez pospolitego, drobnego przestępcę chorego na schizofrenię. Wydarzenie tragiczne, jak każda śmierć. Jak śmierć policjanta, który uczestniczy w akcji przeciwko bandytom czy gangsterom, jak śmierć strażaka, który ginie w płomieniach niosąc pomoc. Ofiarą tego chorego człowieka mógł stać się każdy z nas, gdybyśmy tylko spełniali odpowiednie warunki medialne. Ale ani ty, ani ja nie jesteśmy medialni. Nasza śmierć zaowocowałaby być może jedynie skromnym nekrologiem, gdzieś na ostatniej stronie jakiegoś lokalnego dziennika. W najlepszym razie. Medialna natomiast jest WOŚP i medialny był Adamowicz. Dlatego musiał zginąć on, a nie ty, czy ja. Syndrom Davida Chapmana i jemu podobnych, których nigdy, niestety, nie brakowało i raczej nigdy nie zabraknie. To wszyscy rozumieją i nikt nie ma dodatkowych pytań.
Tor z przeszkodami zaczyna się dopiero wtedy, gdy trzeba wyjaśnić, dlaczego śmierć Adamowicza nabrała nieproporcjonalnych, zwyrodniałych wymiarów. Manifestacje, wiece, protesty, deklaracje polityczne, minuty ciszy, ogólnopolska żałoba narodowa, stosy kwiatów, wieńców, tysiące zniczy nie tylko na placach i ulicach Gdańska, lecz w całej Polsce, pogrzeb w katedrze, jakby zabrakło miejsca na cmentarzu, i stada wystrojonych biskupów i arcybiskupów w kondukcie. Paweł Adamowicz już w dzień po zgonie zaczął urastać do rangi herosa, bohatera narodowego, ostatniego Mohikanina demokracji, zaczął być porównywany do Narutowicza i nie brakowało w prasie tekstów podobnych do tego, który z powodu śmierci prezydenta Narutowicza pojawił się kiedyś w Kurierze Polskim: „płomień do pochodni Niewiadomskiego wyszedł z tej atmosfery nienawiści i gwałtu, którą wytworzyły złe duchy Polski w dniach ostatnich”. Prasa zresztą chętnie podchwyciła ten wątek. W nagłówkach gazet widniało jedynie słowo „prezydent”, „śmierć prezydenta”, „pożegnanie prezydenta”, przy czym dyskretnie pomijano słowo „gdańskiego”. Moi tutejsi znajomi raz po raz pytali mnie, ilu w Polsce mamy prezydentów i od kiedy prezydent Polski, Duda, przestał być prezydentem. Wyjaśniałem, że w Polsce każdy jest prezydentem zgodnie ze starą tradycją, że „szlachcic na zagrodzie jest równy wojewodzie”. Niektórzy uwierzyli. Trudniej było wyjśnić, dlaczego nikt nigdy nie słyszał o żadnym Prezydencie Adamowiczu i czym się ów prezydent wykazał, skoro ogłoszono żałobę narodową. Zachodni gatunek homo sapiens jest przekonany (zapewne z powodu wad genetycznych), że tylko za jakieś szczególne zasługi powinny przysługiwać aż takie honory.
Czy to, co wydarzyło się w Gdańsku, było mordem politycznym, aktem terrorystycznym, czy może sprawką fanatycznych islamistów? Nic z tych rzeczy. Był to zwykły wyczyn szaleńca. A mimo tego na transparentach wiecujących Polaków widniały jedynie hasła typu „Precz z nienawiścią”. Dlaczego, pytano? Czy nie byłoby logicznej nieść hasła w rodzaju „Precz ze schizofrenią” albo „Precz z chorobą psychiczną”? Kiedy Chapman zastrzelił Lennona nikt w Stanach Zjednoczonych nie nawoływał do zaprzestania nienawiści, bo wszyscy wiedzieli, że nie o nienawiść w tym wypadku chodziło, lecz o chorobę. Był smutek, był żal, ale nienawiść? I w tym wypadku także nie chodziło o nienawiść. Jak tu więc wyjaśnić kto i dlaczego biegał w ostatnich dniach po polskich ulicach z hasłami o zaprzestaniu nienawiści? I jak tu przemilczeć, że była to dość ohydna rola. I jak przemilczeć równie ohydną rolę, jaką popisały się polskie media, podsycając i prowokując wzajemne niechęci i nieporozumienia, zalewając swoje serwisy i strony nędznymi spekulacjami w rodzaju teorii konspiracyjnych i dywagacjami o przyczynach nieobecności Jarosława Kaczyńskiego na pogrzebie gdańskiego prezydenta. Bardzo przepraszam, ale dlaczego niby J. Kaczyński miałby być na tym pogrzebie? Nie sądzę, by Paweł Adamowicz był jego bliskim krewnym lub należał do grona jego przyjaciół. Wystarczy, że był tam dyżurny Lech Wałęsa i „wszyscy inni prezydenci”, chociaż i ich obecność tam była nie tyle hołdem dla zmarłego, co kpiną z niego. Nie byli tam dla niego przecież. Byli tam dla siebie.
Jak wyjaśnić komuś, zwłaszcza jeśli ma wypaczone geny, jak zachodnia populacja homo sapiens, że Polska zawsze była i jest bez umiaru. Wielka, wynaturzona, ogólnopolska żałoba po urzędniku państwowym, który miał pecha być celem schizofrenika. Jakże niewiele w Polsce trzeba, by zostać bohaterem. Wystarczy, by zamordował cię osobnik psychicznie chory. Woops! I od razu jesteś i bohaterem, i męczennikiem. Bardzo nędzną przysługę oddano p. Adamowiczowi tą wrzawą i, co może jest jeszcze gorsze, w imię partykularnych interesów zamordowano tego człowieka dwa razy.
Ateny raz jeszcze
W pewnym antykwariacie na Monastyraki oglądałem rycinę przedstawiającą Ateny w latach 1860-62. Był to widok z Filopappos. Resztki Akropolu, pozbawione drzew, gołe rumowisko, u podnoża kilka domów, w oddali masyw gór. Nic więcej. Ateny. Jedno z najstarszych miast w Europie, miejsce narodzin demokracji, filozofii, poezji, igrzysk olimpijskich, historiografii, geometrii i matematyki, dramatu i komedii. Patrzyłem na tę rycinę i nie mogłem tego, co przedstawiała, skojarzyć z Atenami. Chciałem ją kupić, lecz mimowolnie wybrałem inną rycinę. Wybrałem taką, która była być może kłamliwa, ale bliższa moim wyobrażeniom o Atenach. Wybrałem zmyślenie.
W Atenach zachowało się najstarsze drzewo oliwne Attyki i może jedno z najstarszych na świecie. Ma ponad 2500 lat i znajduje się w Agioi Anargiroi, około 6 kilometrów od centrum Aten.
Pod Atenami płyną rzeki. Przy większych opadach deszczu wody tych rzek wzbierają i, nie mając innego ujścia, wylewają się na ulice. Te podziemne zbiorniki powodują też dużą wilgoć w miejscach pod którymi przepływają. Mój nos wyczuwał to zwłaszcza w Monastyraki.
Lawrance Durrell mieszkał w Atenach przy Anagnastopolou, u stóp Lycabettus.
W Atenach nie ma niebotycznych wieżowców, które przysłaniają pejzaż. Ateny mają niską zabudowę. Z Akropolu czy wzgórza Filopappos doskonale widać Pireus i morze. Powodem jest prawo nieograniczonego widoku na Akropol – wysokość budowli nie może przekraczać 27 metrów, poza nielicznymi wyjątkami.
Za Akropolem znajdował w dawnych czasach barathron – rozpadlina albo dół do którego strącano skazanych na śmierć przestępców. Ich ciałami żywiły się padlinożerne ptaki i zwierzęta.
Światowa Organizacja Zdrowia utrzymuje, że Ateny to jedno z najgłośniejszych miast nie tylko w Europie, ale na całym świecie. Idąc którąś z ruchliwych ulic, jak choćby Siggrou, nie da się rozmawiać nie krzycząc. Co niewiele pomaga.
Wszystkie ścieki z Aten trafiają prosto do Zatoki Sarońskiej. Tak, właśnie tam, tam gdzie znajduje się słynna Riviera Ateńska.
Alexis de Tocqueville
Sàndor Màrai komentując lekturę Tocqueville: „Dobrze wiedział, że pisarz nie odgrywa żadnej roli w społeczeństwie demokratycznym, jest niewygodnym świadkiem tam, gdzie większość nie pragnie niczego innego poza możliwie łatwo osiągalnym i pozbawionym ograniczeń dobrobytem. Pisarz odgrywa rolę tylko w społeczeństwie „arystokratycznym” gdzie przemawia do niewielu tak samo wykształconych jak on sam”.
Dokładnie tak.
Władza ludu
Słowo „demokracja” jest bodaj jednym z najpopularniejszych obecnie. Po ostatnich wyborach w Stanach Zjednoczonych równie popularnym stało się słowo „populizm”. Słowo demokracja pochodzi, jak wszystkim wiadomo, od greckiego „demos”, populizm natomiast od łacińskiego „populus”, ale oba wskazują w gruncie rzeczy na to samo – władzę ludu. Szczerze mówiąc, nie bardzo potrafię rozumieć, dlaczego więc pierwsze z nich uznaje się za godniejsze i szlachetne, drugie zaś za mętne i pejoratywne. Czy może z tego powodu, że demokracja ateńska dotyczyła tylko i wyłącznie elit, a więc tym samym miała większe szanse, by przyjąć się w naszej tradycji historycznej? Byłoby to jakieś wyjaśnienie, bowiem współczesne rządy demokratyczne zawierają zarówno elementy oligarchii, jak i monarchii, a „populus” brzmi przecież tak nieskończenie chamsko, czyż nie?
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.