Kerkopi

W greckiej mitologii kerkopi, kerkos, „ogon”, to złośliwe, łobuzerskie stworzenia żyjące gdzieś w Eubei lub pod Termopilami, które wędrowały po świecie i pojawiały się wszędzie tam, gdzie szykowała się jakaś psota. Para psotnych braci, występują pod różnymi imionami, jednak znani głównie jako Passalus i Basalus. Notoryczni kłamcy, oszuści i wytrawni łajdacy. Heraklesowi, gdy był sługą Omphale w Lidii, ukradli broń. Pochwycił ich w Efezie i ukarał przywiązując do drążka głowami w dół, który nosił przerzuciwszy go przez ramię; w taki sposób pojawiają się na greckich wazach, także scena na jednej z wcześniejszych metop z Selinus. Ich matka, Theia, błagała Heraklesa, aby pozwolił jej synom odejść. Według Pherecydesa, kerkopi zostali zamienieni w kamień. W greckiej mitologii, mimo pewnych ludycznych akcentów zawsze jednak poważnej i namaszczonej, są fenomenem. Przypominają postacie z commedia dell’arte. Wiersz Homera Cercope.

Teatr

Termy i teatry należą do najbardziej charakterystycznych budowli kultury grecko-rzymskiej. Teatr Dionizosa w Atenach, słynny teatr w Epidaurusie, mniejszy w Ancient Epidaurus, w Efezie, w Argos, w Sparcie, w Eretrii, w Oropos, w Delos, Priene, Termessos, Sagalassos, Patarze, Tralles, w Messini, Taorminie, Gortynie, Aspendos, Apterze, Didymie, w Milecie, w Pergamonie, Helikarnasie, w Efezie, w Tebach … Można wymieniać bez końca. Zdawać by się mogło, że każde greckie miasto, wieś i najmniejsza osada posiadały teatr. Niemal wszystkie znane nam starożytne ruiny, pod każdą szerokością geograficzną, to świątynie, grobowce albo ponure warownie. Tylko grecko-rzymskie ruiny to teatry. 

Seferis

Jorgos Seferis raz jeszcze: Rozpacz ruin Azji Mniejszej jest nie do opisania. Genialne sformułowanie. To samo czułem oglądając ruiny Miletu, Priene, Efezu, Didymy. Rozpacz tych ruin i na ich szczytach złowrogo łopoczące tureckie flagi. Jak sfałszowany podpis.

Nieszpory efeskie

Mitrydates VI Eupator, król Pontu, dokonał pierwszej wielkiej czystki etnicznej w dziejach. Jest rok 88 przed naszą erą. Mitrydates wysyła tajne polecenie do wszystkich satrapów i władz miejskich, aby – jak pisze Appian z Aleksandrii w „Historii Rzymskiej – po upływie 30 dni wszyscy równocześnie uderzyli na Rzymian i Italików, żony ich, dzieci, tudzież wyzwoleńców pochodzenia italskiego, zabili ich i ciała nie pogrzebane porzucili, mienie zaś ich podzielili między siebie i króla Mitrydatesa. Równocześnie wyznaczył kary za ich pogrzebanie lub ukrywanie oraz nagrody dla donosicieli i tych, co zabijają ukrywających się. Niewolnikom, którzy zdradzą lub zabiją swoich panów, obiecał wolność, a dłużnikom połowę tego, co byli winni wierzycielom. Rozkazy te rozesłał Mitrydates w tajemnicy wszystkim w tym samym czasie. Kiedy więc nadszedł dzień wyznaczony w całej Azji rozgrywały się różne żałosne wydarzenia. A oto niektóre z nich. Efezyjczycy wywlekli i pozabijali tych, którzy w świątyni Artemidy szukali schronienia, mimo, że się uczepili posągów bogów. Pergamończycy tych, którzy uciekli do świątyni Asklepiosa i nie chcieli ustąpić, lecz uczepili się posągów, pozabijali strzałami z łuków. Adramytteńczycy mordowali wchodząc w morze tych, którzy chcieli ujść wpław, a dzieci topili. Kaunijczycy, którzy po wojnie z Antiochem byli poddanymi Rodyjczyków i przez Rzymian niedawno zostali oswobodzeni, Italów chroniących się u ołtarza Westy w gmachu posiedzeń rady oderwali od ołtarza bogini, zabijali najpierw dzieci w oczach matek, następnie same matki i w końcu ich mężów. Mieszkańcy miasta Tralles pragnąc się uchylić sami od dokonania tego srogiego czynu wynajęli do jego przeprowadzenia dzikiego człowieka, Paflagończyka Teofila. Ten spędził ich do świątyni Zgody i tu zaczął rzeź, przy czym niektórym czepiającym się posągów bogów odrąbał ręce. 

Z zimną krwią wymordowano ponad 80 tys. ludzi. Według wielu innych źródeł cyfra była znacznie wyższa i przekroczyła 150 tys. pomordowanych.

Efez

Cesarz Lucjusz Werus zawarł ślub z Lucyllą, córką Marka Aureliusza, w pięknym Efezie, wówczas rzymskiej stolicy prokonsularnej Azji. Myślałem o tym idąc drogą Arkadyjską. Szybko zapadający zmierzch przypominał egzotyczny owoc – był ciepły, aksamitny i wilgotny.

Świat bez prywatności

Powiedzieć, że Internet jest pod nadzorem to truizm. Śledzi nas Google, Apple, Facebook, Microsoft i inwigilacja ta staje się wszechobecna. Jesteśmy obserwowani przez cały czas. Jeżeli wypiszę na mojej wyszukiwarce słowo „biurko” za chwilę na kolejnych stronach, nawet jeśli będą to strony porno, zaczną pojawiać się reklamy biurek. Lepiej nie wypisywać słowa „porno”, bo łatwo domyśleć się, co natychmiast zacznie ściekać po ekranie. Żeby było zabawniej, dane te są przechowywane na zawsze, a określenie „na zawsze” nie jest żadną przesadą. Najśmielsze tezy Orwella wydają się w dzisiejszej rzeczywistości nie tyle śmiałe, co po prostu śmieszne. Jest ogromna ilość sposobów śledzenia: Internet, e-mail, telefony komórkowe, system bankowy, przeglądarki internetowe, portale społecznościowe, itd. Firmy zapewniające nam usługi internetowe są z oczywistych powodów zainteresowane śledzeniem nas, a to oznacza, że zachowanie prywatności w Internecie jest praktycznie niemożliwe. Może poza siecią TOR, która istnieje w ukryciu, równolegle do tej „normalnej” i jest podobno niemal stuprocentowo anonimowa i praktycznie niewykrywalna.

Witaj więc w świecie, gdzie Google dokładnie wie, jaki rodzaj pornografii lubisz i zna twoje zainteresowania w wielu wypadkach nieporównywalnie lepiej niż twój współmałżonek, nawet jeżeli żyjecie ze sobą szczęśliwe, zgodnie i długo. Witaj w świecie, który przez twoją komórkę może zlokalizować twoje położenie w każdej chwili i bez wiekszych zachodów. Witaj w świecie schyłku prywatnych rozmów, bo coraz częściej prowadzone są one przez e-mail lub serwisy społecznościowe. Witaj w świecie, gdzie wszystko, co wykonujesz na elektronicznym sprzęcie jest zapisywane, studiowane, analizowane i wędruje od firmy do firmy bez twojej wiedzy i bez twojej zgody. Innymi słowy, witaj w świecie bez odrobiny prywatności.

Ale ten świat bez prywatności dzielnie tworzymy sami. Wszystkie KGB, SB i MI5 czy CIA z tysiącami swoich informatorów nie mogły marzyć o zgromadzeniu takiej masy najbardziej intymnych informacji o naszych poczynaniach, myślach i zamiarach, ile my sami dzień za dniem oferujemy z własnej woli i całkiem nieodpłatnie każdemu, komu przyjdzie chęć zapoznania się z nimi. Inwigilacja jest dziś, jak to określają Anglicy, DIY ( do it yourself ). Nikt nie wyciska z nas zwierzeń o naszych sprawach prywatnych, nikt nas nie zmusza do składania zeznań, nikt nas nawet o to nie pyta, żeby było jeszcze dowcipniej. To my sami sprzedajemy wiedzę o nas samych i mamy nadzieję, że ktoś to kupi. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie posiada konta na Facebooku? Mark Zuckerberg wynalazł sposób, by na inwigilowaniu zarabiać, zamiast za nie płacić. Dzisiaj niemal nie opuszczamy tego portalu, jesteśmy tam obecni bez względu na czas i miejsce, w pracy, w domu, na ulicy, w pociągach i autobusach, w toaletach, w kawiarniach i pewnie w łóżku, w dzień i w nocy. Po co? Co za głupie pytanie! Aby cały świat powiadomić o naszych gustach, naszych uprzedzeniach, zamierzeniach, fobiach, sympatiach, antypatiach, o naszych sukcesach i klęskach, poglądach politycznych, o szczęściu i nieszczęściach, o naszych planach i podróżach, wizytach w kinie, u ginekologa czy dentysty, o imionach i wieku naszych dzieci … Należałoby zapytać dlaczego, gdyby nie było to tak oczywiste pytanie. Czy nie dlatego przypadkiem, że świat staje się coraz bardziej anonimowy i my też stajemy się anonimowi i im bardziej jesteśmy anonimowi, tym bardziej chcemy być widziani i słyszani? Czy to znaczy, że sprzedajemy nasze dusze diabłu, jak doktor Faust? Nie. Ta transakcja nie jest tak szlachetna. Przypominamy raczej pewnego szewca z Efezu, który dla wątpliwej sławy spalił Artemizjon.