Paryż

Spróbuj sobie wyobrazić, że w Paryżu z początku siedemnastego wieku, zamieszkałym wtedy przez półtora miliona mieszkańców, funkcjonowało zaledwie 30 studzien. Miasto nie miało także kanalizacji i wszystkie nieczystości, odpady i fekalia lądowały prosto na ulicach. Brud i ścieki musiały sięgać kostek i zapewne nie jest to obraz przesadzony. Wielu podróżnych z tamtych czasów wyczuwało bliskość wielkiego miasta nie z powodu dobiegającego ich gwaru, lecz z powodu atakującego ich nozdrza smrodu – wspomina o tym J. Huizinga w znakomitej pracy „Jesień średniowiecza”. Ówczesne miasta śmierdziały niczym wielka, otwarta kloaka. Spacer po mieście, co z takim upodobaniem uprawiamy dzisiaj w naszych podobno „straszliwie” wprost zanieczyszczonych miastach, nie wchodził w rachubę. W tamtych przedindustrialnych i ekologicznych czasach byłoby to przedsięwzięcie wysoce przykre i ryzykowne.

Ekologia i lichwa

W XIII wieku rozwijająca się Europa pilnie potrzebowała pożyczek i kredytów, by móc wykarmić wygłodniałą gospodarkę. I tu pojawił się poważny problem, bowiem Kościół zakazywał chrześcijanom zajmowania się lichwą. Czternastowieczny komentarz do „Boskiej komedii” Dantego, autorstwa Włocha Benvenuti de Rambaldis da Imola, trafia w samo sedno tamtego problemu: „Ci, co zaangażują się w lichwę pójdą do piekła; a ci, którym się to nie powiedzie, popadną w ubóstwo.” Na nie-szczęście dla chrześcijan znalazło się bardzo proste rozwiązanie tego problemu. Wystarczyło oficjalnie pozwolić Żydom, by zajęli się udzielaniem pożyczek i kredytów. Według prawa judaistycznego nie było to nic, czym by się wyznawcy Mojżesza nie mogli zająć, a z punktu widzenia Watykanu Żydzi i tak byli skazani na wieczne potępienie przez odrzucenie Chrystusa. Przyjmując nową rolę, Żydzi szybko okazali się być niezastąpieni dla możnowładców, w zamian otrzymując tolerancję i protekcję. Szlachta i duchowieństwo zaczęło pożyczać od nich pieniądze spłacane potem po bardzo wysokim procencie.

To całkiem dobrze ilustruje sytuację, którą mamy dzisiaj w formie szaleństwa europejskiego programu ekologicznego. Pozbywamy się przemysłu w naszych krajach, odmawiamy sobie węgla, elektrowni atomowych, gazu i innych kopalin, bo tego surowo zakazuje nam ekologia, grożąc wiecznym potępieniem. Nie mamy nic przeciwko temu jednak, gdy taką „lichwą” posługiwali się nieprawowierni, czyli kraje, które nie boją się pójść do piekła. Potem kupujemy to wszystko od nich, uzależniając się w identyczny sposób jak trzynastowieczna szlachta i duchowieństwo od żydowskich pożyczek. Zawsze uważałem, że ekologia przeobrazi się w pewnym dziejowym momencie w wyjątkowo ciemną i zacofaną religię.  

Syndrom Georga Samsy

„Dernieres Nouvelles d’Alsace”, najpopularniejsza gazeta na terenie Alzacji, z siedzibą w Strasburgu, informuje, że radni z koalicji ekologicznej postulują, by szczury i pluskwy uznać nie za szkodniki, którymi są, lecz za „współbiesiadników”, co zdaniem ekologów powinno zdecydowanie zmienić społeczne nastawienie do tych – tradycyjnie uznawanych za wstrętne – stworzeń, które nieproszone pojawiają się w naszych domach i mieszkaniach. Celem zmiany terminologii jest poprawa dobrostanu tych gryzoni i owadów, co ekologom bardzo zdaje się leżeć na sercu. Znacznie bardziej niż dobrostan ich bliźnich.

Są takie szczęśliwe epoki, gdy świat jest względnie normalny, bo stwarzają go względnie normalni ludzie. I są takie epoki, gdy o kształcie świata zaczynają decydować idioci albo złoczyńcy i wtedy świat upodabnia się do gabinetu luster, w których wszystko jest monstrualnie zniekształcone, i to, co odbijają, nawet nie przypomina tego, czym naprawdę jest. Stwarzamy bowiem świat na nasze własne podobieństwo. To, jak kształtujemy nasze otoczenie, jak ubieramy się, jakie mamy upodobania, jakim posługujemy się językiem, jakie mamy preferencje, najpełniej opowiada o tym, jacy jesteśmy i kim jesteśmy. Całe nasze entourage, a tym samym i nasz świat, są odbiciem nas samych. Co odbija się w lustrach szaleństwa, gdy człowiek przyjmuje perspektywę pluskwy, karalucha czy szczura i szczyci się tym? Czy chcielibyśmy żyć w świecie stworzonym przez karalucha i na jego podobieństwo? w świecie pluskwy i stworzonym na jej podobieństwo? Pisałem kiedyś, że ruch ekologiczny w jakichś niebezpiecznych czasach – a takie właśnie mamy – łatwo może przekształcić się w wyjątkowo zacofaną, mroczną sektę. I to właśnie dzieje się na naszych oczach. I z naszym przyzwoleniem. Gdy pewnego poranka przebudzimy się przemienieni w jakiegoś wyjątkowo obrzydliwego robaka czy owada, jak kafkowski Gregor Samsa, nie będziemy mieli więc nawet prawa do zdziwienia.

Nowa sekta

Nigdy nie było ich tak wielu jak obecnie. Spotkasz ich w sklepach spożywczych, gdzie stoją przed półkami całkowicie pochłonięci sprawdzaniem pochodzenia towaru, poziomem jego przetworzenia, zawartością substancji konserwujących, sposobem przygotowania, typem opakowania, nazwą firmy i dystrybutora, nawet nie wspominając o takich rzeczach jak termin przydatności do spożycia czy poziom cukru i tłuszczu. Są dokładni i metodyczni i dobrze wyposażeni – w przypadku niejasności czy tylko wątpliwości natychmiast otwierają telefony komórkowe i googlują, googlują aż do skutku. Gdy znajdą jakąkolwiek nieścisłość, towar ląduje z powrotem na półce, odstawiany tam z gestem obrzydzenia, pogardy i niesmaku. To współcześni Indianie – czytają ze skrótów, wiedzą wszystko o kwasach nasyconych, o białku, błonniku, wartościach energetycznych i odżywczych, o tłuszczu i referencyjnych wartościach. Nie oszuka ich nawet najbardziej przebiegły producent, a w każdym bądź razie nie przyjdzie mu to łatwo. Są ostrożni i podejrzliwi, wiedzą, że pułapki czają się wszędzie i nikomu ufać nie można. Instynkt podpowiada im, że wróg jest nieprzejednany, wyrafinowany i bezwzględny; cokolwiek bierzesz do rąk, żeby potem wziąć to do ust, przyjrzyj się temu dokładnie, bo od tego zależy twoje życie. To ortorektycy, nowa sekta w naszej rzeczywistości, ludzie, których celem nie jest życie, samo życie, takim, jakim jest, lecz zdrowie. Dla ortorektyka zdrowie jest celem nadrzędnym, a zapewnić je może tylko odpowiednie odżywianie. Podstawowym dogmatem ich wiary jest przekonanie, że maksymalnie zdrowe żywienie może spowodować pozytywne zmiany życiowe i rozwiązać większość z, zdawałoby się nierozwiązywalnych, problemów. Ortorektycy koncentrują się głównie na jakości spożywanej żywności – jej ilość, a tym bardziej grzeszna przyjemność wynikająca z jedzenia, nie są ani istotne ani decydujące. Filozofia ortorektyków zdaje się posiadać wszystkie solidne cechy manichejskie. Ich świat jest biało-czarny, istnieje tylko dobro i zło. Produkty żywnościowe dzielą na dobre (czyli zdrowe) oraz złe (niezdrowe). Do pierwszej grupy kwalifikują te z nich, które uznają za bezpieczne, a więc głównie ekologiczne, naturalne i bez sztucznych dodatków, a do grupy drugiej wszystkie pozostałe. Zdrowe odżywianie stanowi dla ortorektyków życiowy priorytet. Wszystko inne, co zawiera się w pojęciu życie, zepchnięte jest na dalszy plan. Zwykle poświęcają aż kilka godzin dziennie na planowanie posiłków: dokładnie wyznaczają co i kiedy będą jeść, czyniąc to często z kilkudniowym wyprzedzeniem. Nie ma potrzeby opisywać lęku, a niekiedy przerażenia, jaki odczuwają przed spożywaniem posiłków, których pochodzenia i składu nie znają. Jest to z całą pewnością przeżycie traumatyczne i dlatego nie spotkasz ich nigdy w restauracjach, barach czy pod kioskiem z kiełbaskami. Jeżeli pojawią się w którymś z takich miejsc, dajmy na to powodowali niewytłumaczalną sympatią do ciebie, przyjdą tam z własną herbatą i zamówią jedynie gorącą wodę.

W ostatnim okresie można zaobserwować w ich zachowaniu zdecydowaną zmianę. Niegdyś zachowywali się niczym pierwsi chrześcijanie, dyskretnie i starając się nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Obecnie są niemal wyzywający, a jeżeli przypadkiem zdejmiesz z półki towar, który oni uznają za nieczysty, będą bezczelnie gapić się na ciebie jak na ostatniego pariasa.

Globalizacja

Chmurne wczesne popołudnie, restauracja niemal pusta, tylko czterech młodych mężczyzn przy sąsiednim stoliku. Ubrani według wszelkich zaleceń ekologicznej mody, czyli niechlujnie i workowato, przepisowo nieogoleni, o szarych twarzach przypominających zmięte papierowe torby. Jeden z nich krzykliwie i z dumą, jakby była to jego własna zasługa, peroruje o naszej „największej cywilizacyjnej zdobyczy”, czyli globalizacji. Twierdzi, że jest to dokonanie, którego w dziejach jeszcze nie było. Koledzy przytakują skwapliwie, tak, tak, to wielka sprawa, kufle z piwem wzlatują do toastu. Mógłbym się założyć, że każdy z nich prenumeruje Przegląd Ekologiczny i z dreszczykiem emocji czyta miesięczny serwis na temat najnowszych metod sortowania śmieci. Pokolenie milusińskich trzydziestolatków, wychowanych na kaszkach BoboVita, przekonanych, że świat zaczął się jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Ale globalizację, jak wiele, wiele innych rzeczy, już graliśmy w tym teatrze. Dokonali tego Rzymianie – już wtedy te same monety funkcjonowały we wszystkich krajach imperium, obowiązywał ten sam system prawny, ten sam styl życia, takie same rozwiązania urbanistyczne, środki transportu, ten sam język, z równouprawnioną greką na Wschodzie, to samo wino można było zamówić w gospodzie w egipskiej Aleksandrii jak i w Londynie, obowiązywała ta sama moda, te same zasady higieny, te same przepisy, śmiano się z tych samych dowcipów, oglądano te same sztuki teatralne i można było swobodnie i bezpiecznie, bez paszportów i wiz, podróżować z jednego krańca Imperium na drugi. Rzymskie drogi miały łączną długość ponad 80 000 kilometrów. Ich drogami można byłoby więc opasać Ziemię dwukrotnie, bo długość równika tylko nieznacznie przekracza połowę tej odległości. Przy drogach istniała cała sieć zajazdów, moteli, gdzie można było przespać się i zjeść. W rzymskim zglobalizowanym świecie nie znano rasizmu, niemal wszyscy umieli czytać i pisać, co nie powtórzy się potem przez wiele kolejnych stuleci, aż do początków epoki współczesnej, każdy i w każdym miejscu mógł mówić dowolnym językiem i kultywować swoje tradycje, stroić się i przyozdabiać jak chciał oraz czcić bogów, jakich sobie życzył, bowiem w imperium panowała wolność wyznania. Globalizacja już była. Wiemy nawet, jak się to skończyło.  

Kilka uwag anty-ekologicznych

Ruchy ekologiczne to odmiana współczesnego flagelantyzmu. Zachęcają do wyrzeczeń oraz pokuty, do samobiczowania się w imię przetrwania. Nie pojmują, że nie chodzi o to, by przetrwać, lecz o to, by żyć. Jest zdecydowana różnica między przetrwać, a żyć. Dla nas, jako gatunku, kwestia przetrwać jest nieinteresująca. Należy zajmować się jedynie pytaniem, co uczynić, by trwać. Życia nie można wymodlić ani zapewnić sobie pokutą. Życie można tylko zdobyć.

Ekologia ma pewne propozycje odnośnie przeszłości, ale absolutnie żadnych godnych uwagi odnośnie przyszłości. Jedyne, co proponuje, to powrót do jaskiń. Tymczasem dobrze wiemy, że nie ma powrotów. Żadne powroty nie są możliwe. Nie można iść do przodu, cofając się. Kiedyś, dawno temu, gdy byliśmy jeszcze odważni, zbuntowaliśmy się przeciwko Naturze i jej ślepej wszechwładzy. Wiele razy udowodniliśmy, że można ją pokonać. Pokazaliśmy, że może i jesteśmy jedną z jej kreacji, ale jesteśmy też i jedyną, która ma szansę sama zdecydować o swoim losie.

Jeżeli chcemy trwać jako gatunek, musimy uczynić Naturę bezużyteczną. Powinno to być naszą główną i jedyną ideą. Dopóki uważamy, że Natura jest użyteczna, uzależniamy się od niej, od jej łask i kaprysów, a Natura to kaprys permanentny. Dopiero, gdy uczynimy Naturę bezużyteczną, uzyskamy moc stanowienia o naszym istnieniu i trwaniu.

Totalnym nieporozumieniem są nawoływania, by ratować Naturę. Natura nie potrzebuje i nie może być uratowana. Natura jest skazana na zagładę. Chodzi tylko o to, by wziąć z Natury i sensownie wykorzystać to wszystko, co pozwoli nam uratować nas samych. Natura nas nie uratuje. Tylko my sami możemy się uratować. Wbrew Naturze. Dokładnie jak na początku naszej drogi.

Te niedorzeczne oskarżenia, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Jak możemy by dobrzy, skoro Natura nie jest dobra? Natura jest bezwzględnym terminatorem, zabójcą bezdusznym i nieubłaganym. Zdołaliśmy częściowo odseparować się od niej wznosząc domy i miasta, ale ona i tak usiłuje je zniszczyć. Jeżeli nie atakuje nas wybuchami wulkanów, trzęsieniami ziemi, tsunami, to próbuje to uczynić przez inwazje wirusów. Obecnie nie przychodzi jej to tak łatwo jak niegdyś, ale to nie znaczy, że pewnego dnia nie znajdzie jakiegoś sposobu, by unicestwić nas ostatecznie i nieodwołalnie. To powinno nam wiele podpowiedzieć.

Ekologia jest zamaskowaną religią. Nosi wszystkie cechy religii. Nie wymaga żadnego wysiłku intelektualnego. By uprawiać ekologię, wystarczy wiara. Ekologia jest religią atrakcyjną, bo jeszcze bardziej prymitywną niż islam. Islam ma pięć zasad. Ekologia tylko jedną.

Nasze myślenie o Naturze i rozumienie jej jest przestarzałe i fałszywe. Jest to doskonały przykładem naszego lenistwa umysłowego. Fakty o prawdziwej naturze Natury mamy tuż przed naszym nosem, ale heroicznie staramy się tego nie postrzegać. Natura jest przewrotna, nieodpowiedzialna, niestabilna, zdradziecka, bezwzględna, mordercza i podstępna. Wiemy od setek tysięcy lat, że w Naturze nie da się żyć. W Naturze nie da się trwać. Można co wyżej przez pewien czas przetrwać. Jeżeli nasz gatunek chce trwać, musi przestać myśleć o Naturze sentymentalnie, bukolicznie i sielankowo. Natura nas nie zbawi i nie ochroni. Naszej fizycznej rzeczywistości nie da się owinąć Naturą jak puchowym śpiworem. Czas już, abyśmy rozpoczęli myśleć o Naturze w diametralnie inny sposób. Powinniśmy zacząć traktować ją przedmiotowo, jako naszą szansę, by oderwać się od niej, aby już nigdy jej nie potrzebować i nie być zdanymi na jej łaskę.

Dwa trendy

Dwa współczesne trendy, które nie napawają optymizmem. Pierwszym jest przesycona lękiem ekologia, rozumiana głównie jako dążenie do zachowania naszego pierwotnego, archaicznego środowiska za wszelką cenę. I jest to, niestety, marzenie kijanki o wiecznej kałuży. Drugą propozycją jest nauka, ale traktowana marginalnie, jako doraźna pomoc w ułatwianiu nam życia i czynieniu go wygodniejszym tudzież produkcji coraz bardziej wymyślnych gadżetów i zabawek, zamiast być bezkompromisowym narzędziem, którego głównym celem winno być uniezależnienie nas od Natury.

Ultrakrepidarianizm

Ultrakrepidarianizm, termin mało znany i, niestety, stosowany niezmiernie rzadko (pewnie ze względu na wdzięczną wielosylabowość), a określa zachowanie polegające na wyrażaniu opinii w sprawach pozostających poza obszarem wiedzy danej osoby. Ultrakrepidarianie to innymi słowy dyletanci, ignoranci i amatorzy, osoby, którzy entuzjastycznie zabierają się za ocenianie zjawisk o których nie mają tzw. bladego pojęcia. Panujący nam łaskawie od co najmniej dwóch dziesięcioleci permisywizm spowodował, że wszelkiego rodzaju celebryci, chłopaki od machania gitarą i kopania piłki, subretki, wulgarne kucharki, youtuberzy, instagramerzy, infulencerzy, gwiazdeczki różnych reality show, dietetycy, trenerki fitness, modelki, weganki, tancerki, asystentki od tego czy tamtego, hostessy, dziewczyny gangsterów, tzw. osobowości medialne, aktorki zawodowe i niezawodowe, właścicielki agencji towarzyskich (eufemistyczne określenie burdelmamy), cały ten neuston obficie porastający obecnie przestrzeń publiczną, wszystkie te bakterie, jednokomórkowce, glony, skorupiaki, wrotki i inne owady, bez chwili wahania wypowiadają się o wszystkim i na każdy temat. Nie mają żadnych skrupułów, obiekcji, wątpliwości, wiedzą wszystko o wszystkim, są ludźmi i z tego powodu nic nie jest im obce, skomentują z równą beztroską wydarzenia polityczne jak ostatnie odkrycia naukowe, udzielą ci porad w sprawie mody, seksu, nanotechnologii, ekologii i ekonomii. Co zabawniejsze, nikogo to już nie dziwi, nie zastanawia i nikt nie oponuje. Bezmyślnie słuchamy tej paplaniny, tego niewiarygodnego bełkotu, a on coraz skuteczniej wdziera się w naszą rzeczywistość przekształcając ją powoli i nieodwracalnie w coś w rodzaju cabinet de curiosités, gdzie na tej samej półce, czule do siebie przytulone, egzystują mikroskop i róg jednorożca, korzeń mandragory i sekstans, magia, legenda i strzępy nauki.

Apelles, jeden z najznakomitszych malarzy starożytności, chętnie podobno przyjmował krytyczne uwagi pod adresem swojej twórczości i poprawiał błędy, jeśli uwagi te były zasadne. Jak głosi legenda pewnego razu swoje zdanie na temat namalowanego sandała wyraził pewien szewc i artysta przyznał, że miał on słuszność. Podziękował więc za radę i poprawił ten detal na obrazie. Kiedy jednak ośmielony tym szewc zaczął krytykować proporcje i szaty namalowanych postaci, Apelles miał mu według Pliniusza powiedzieć: Sutor, ne ultra crepidam, co oznacza: Niech szewc nie osądza powyżej sandała. Miara Apellesa, sandał, crepidam, przetrwała szczęśliwie ponad dwa tysiąclecia. Dzisiaj mamy już tylko ultrakrepidarianizm.

Ekologia

Gdy zabieramy głos w jakiejś sprawie, wymagane są zwykle wiedza oraz kompetencja. Jedyną dziedziną w której nie wymaga się żadnych kwalifikacji jest ekologia. Każdy może być ekologiem. Dosłownie każdy, analfabeci, bokononiści, dzieci już w wieku przedszkolnym, dżihadyści, płaskoziemcy, wyznawcy Cthulhu, a nawet świstak Phil i jego pobratymcy. Wybitnym ekologiem można stać się przez systematyczne i konsekwentne uprawianie wagarów, co ofiarnie udowodniła szwedzka celebrytka Greta. Do bycia ekologiem wystarczy jedynie ekstremalnie rozwinięta czułostkowość, doprawiona odpowiednią porcją płaczliwego sentymentalizmu, egzaltacja i dobra responsywność na najmniejsze nawet odchylenia klimatyczne i pogodowe, chociaż ta ostatnia cecha nie dyskwalifikuje kandydata na ekologa, bowiem informacji na ten temat w nadmiarze dostarcza przecież prasa. Tak się składa, że tego towaru, zwłaszcza w społeczeństwach zachodnich, mamy obecnie pod dostatkiem. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nasza planeta chyba nigdy jeszcze nie nosiła na sobie tylu zasmuconych, przerażonych i egzaltowanych istot co obecnie. Ekologia ma więc wszelkie szanse na pomyślny, a nawet eksplozyjny rozwój.

4 myśli

Uczucia są prymarne. Nasza prymitywna epoka, niezdolna do tego, by móc korzystać z rozumu, z konieczności więc musi odwoływać się do uczuć. Bez wyboru.

                                                                        ***

Znalazłem w deklaracji szwedzkich ekologów stwierdzenie, że przyroda i klimat muszą być traktowane jako wartości same w sobie. Czy tylko idioci piszą takie deklaracje? Klimat i przyroda podlegają nieustannym zmianom i przeobrażeniom. O jakich więc „wartościach samych w sobie” można tu mówić?

                                                                        ***

Nasze możliwości komunikowania się ze sobą w ostatnich kilkunastu latach zwiększyły się niewiarygodnie. Są telefony, Skype, Tinder, Badoo, Facebook, Snapchat, Instagram, maile i cała reszta internetowego śmiecia. Tymczasem nasza umiejętność słuchania siebie nawzajem spadła niemal do zera. Mówimy, mówimy, mówimy … całkiem tak, jakby naprzeciw nas stał ekran komputera, a nie inny człowiek.

                                                                       ***

Gdyby naiwność dało się odróżnić od głupoty ….

Hume i ekologia

Filozof David Hume już w osiemnastym wieku sugerował, że nasze moralne oceny w większym stopniu kształtowane są przez emocje niż racjonalne rozumowanie. Musiało upłynąć niemal dwieście piędziesiąt lat, by pogląd ten poparła nauka. Dzisiaj wiemy już, że na nasze przekonania mają wpływ nawet doznania smakowe i węchowe (podobno jesteśmy hojniejsi w otoczeniu pachnącym czystością, a smród i fetor zaostrzają nasze opinie). Ostatnio sprawdzono też jak wpływają na nasz system ocen tak zwane produkty ekologiczne. Okazuje się, że nabywanie ich przytłumia nasze altruistyczne skłonności i znacznie zaostrza oceny moralne.

Czyżby wydawanie astronomicznych sum pieniędzy na żywność, mimo iż łączy się to z szlachetnym celem czyli pośrednią ochroną przyrody, kompletnie wyczerpywało nasz limit dobroci i tolerancji?