Swami i małpy

Skończyłem „Zapowiedź równonocy” M. Eliade, wspomnienia wybitnego religioznawcy, który nade wszystko pragnął być wybitnym pisarzem. Jego powieści nie zaliczają się jednak do światowych dzieł, natomiast jego dokonania w religioznawstwie uczyniły go autorytetem w tej dziedzinie. Mój literacki demon — pisał — stanowił pewną ciągle obecną niewiadomą, która w każdej chwili mogła mnie oderwać od bieżącej pracy”. Swoje studia z zakresu filozofii czy historii religii często określa słowem „praca”, przeciwstawiając je uprawianiu literatury: „15 października musiałem jednak przerwać pisanie powieści, aby zabrać się do pracy nad książką „Images et symboles”. Jego „Traktat o historii religii”, wydany w Polsce przez wydawnictwo Książka i Wiedza w 1966 roku, towarzyszył mi wiele lat, a zaglądam do niego jeszcze i dzisiaj.

W „Zapowiedzi równonocy” wspomina między innymi swój kilkuletni pobyt w Indiach i opowiada pikantną historyjkę o pewnym poznanym tam swamim. Otóż, asceta ten zbudował sobie małą bambusową chatkę pośrodku plantacji bananów i codziennie zmuszony był bronić jej przed watahami małp. Kiedyś, w czasie wspólnych spacerów zwierzył się Eliade, że tym, co zdumiewa go najbardziej u małp jest ich witalność, a zwłaszcza seksualna krzepkość samców. Budziło to jego zdziwienie, bowiem zaobserwował, że małpy rzadko najadały się do syta, a więc przypuszczał, że ową nadzwyczajną żywotność zawdzięczają pewnym im tylko znanym korzeniom, które – jak zauważył – niekiedy spożywają. Bardzo wiele czasu poświęcał na szpiegowanie ich, gdy wykopywały różne korzenie i bulwy roślin. Ku zaskoczeniu Eliade swami marzył o tym, by odkryć ten cudowny korzeń, ten magiczny środek, który i jemu pozwoliłby nabyć seksualnej mocy i jurności małp. Ten święty mąż, asceta i pustelnik szukał nie czego innego, tylko „ziela życia”, „jabłka wiecznej młodości” , będących tematami tylu mitów i legend. I nie był on, jak zapewnia Eliade, przypadkiem odosobnionym. Eliade jest zdumiony. Myślę, że niesłusznie – asceza jest przejawem tego samego niedomagania, które za każdą cenę chciałaby usunąć. Dla świętych ciało musi być aż nadto realne.

Pierwsze prawo

Balzac: Nie potrafię pracować, jeśli czeka mnie wyjście z domu, i nigdy nie zasiadam do pracy na godzinę czy dwie zaledwie. Mircea Eliade w „Dzienniku emigranta” pisze o tym samym problemie. Jeżeli wiedział, że musi w tym dniu zajmować się czymś innym, mieć prelekcję, coś załatwić czy choćby spotkać się z kimś, mógł co wyżej czytać, może zrobić jakieś notatki, ale absolutnie nic ponadto. Także Robert Musil w liście do Eugenie Schwarzwald skarży się, że nie może efektywnie pracować, gdy wie, że ma coś do załatwienia, choćby to był drobiazg. Było to również udręką V. Nabokova – świadomość, że za dzień czy dwa czeka go jakaś powinność powodowała, że „myśli wycofywały się w nieprzystępnym acies testudo” i pisanie było ostatnią czynnością do której był wówczas zdolny. Pierwsze prawo twórczości brzmi dokładnie tak samo jak pierwsze prawo Dekalogu: Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną.  

Wizja Eliade

Czytam raz jeszcze „Dziennik emigranta” M. Eliade i pod datą 27 lipca 1964 roku znajduję takie słowa: Za pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat świat zmieni się całkowicie – zmieni się wszystko, i kultura, i sens życia, i wartości moralne. Zrodzi się inny świat, które będzie może równie twórczy i „interesujący”, jak ten, który zaczął swoją egzystencję w Grecji, w siódmym wieku przed Chrystusem. Tym niemniej nasz świat zniknie i to dokona się być może w sposób jeszcze bardziej tragiczny niż w przypadku Bliskiego Wschodu czy Grecji. Wyobrażam sobie na przykład Europę zamieszkałą przez ludność azjatycką czy afrykańską, przez inteligentnych i wykształconych ludzi, którzy będą się przechadzali ulicami historycznych miast, nie rozumiejąc wcale ducha tych miejsc (podobnie jak Anglicy w Kalkucie, przechodzący każdego dnia przed hinduskimi świątyniami bez najmniejszego zainteresowania nimi, co brało się z pogardy lub z nienawiści).

Prawie spełniona wizja. Z tym drobnym zastrzeżeniem, że dzisiaj ulicami europejskich miast, pełnych historii i zabytków, nie przechadzają się wcale jacyś inteligentni i wykształceni ludzie z Azji czy Afryki, lecz pół albo i pełni analfabeci z tych kontynentów, którzy nie tylko nie rozumieją ducha tych miejsc, ale nawet nie zadają sobie trudu, by go zrozumieć czy choćby poczuć. I nie bierze się to wcale z pogardy, lecz z niemaskowanej nienawiści – do okazywania pogardy jeszcze nie dorośli. Pogarda, która jest rodzajem fałszywej dumy, długo jeszcze nie będzie im dostępna.