O spektaklach

Samuel Pepys, autor Dzienników zanotował pod datą 13 października 1660: Poszedłem na Charing Cross zobaczyć, jak wieszano, włóczono i ćwiartowano generała-majora Harrisona; podczas egzekucji wyglądał tak wesoło, jak tylko można wyglądać w podobnym położeniu. Jego głowa i serce zostały pokazane ludowi przy wielkich okrzykach radości. Przed śmiercią miał jakoby powiedzieć, że wie pewnie, iż zasiądzie wnet po prawicy Chrystusa, aby sądził tych, którzy go ninie sądzą.                                                                                                                                                                                       

Samuel Pepys jest człowiekiem światłym, oczytanym i dobrze sytuowanym. Należy do elity swego czasu. Chętnie i często chodzi do teatru. Teatr jest widowiskiem. Tak samo chętnie śpieszy również na wszystkie publiczne egzekucje, wytrwale znosząc towarzyszący temu ścisk i tłok. W innym zapisie opowiada, że w dniu egzekucji nijakiego Turnera tłum był tak gęsty i nieprzebrany, że ledwo udało mu się dostać za szylinga miejsce na kole wozu i stałem tak, umęczony, przeszło godzinę, zanim egzekucja się odbyła. Skazany odwlekał czas mowami i modłami, w nadziei, że w ostatniej chwili będzie ułaskawiony, ale nic takiego się nie okazało i powieszono go. Egzekucje również są widowiskiem. W wieku XVI i XVII normy teatralne przenikają do codziennych zachowań. Ocenia się grę aktorów, Pepys wystawia im recenzje po każdej wizycie w teatrze, tak samo ocenia się występ skazańców – ich mowy pożegnalne stają się ich przywilejem, a co ciekawsze z nich wydaje się nawet drukiem. Są czytane i komentowane. Skazaniec wie, że nie ocali życia, ale może dać dobry spektakl. Będzie podziwiany i pamiętany. I większość stara się jak najlepiej zagrać tę rolę. W XVII wieku skazańcy z powodzeniem konkurowali z aktorami.

Koronowirus i postęp

Polska prasa w histerycznym tonie o zaszczepionych na koronawirusa w Warszawskiem Uniwersytecie Medycznym, zaszczepionych dyskretnie (choć nie do końca) i po znajomości (do końca). Zabawnie jest czytać o aktorach jako osobach ważnych społecznie, jako o elicie narodu, elicie intelektualnej, którą trzeba chronić przed paskudnym, zabójczym wirusem za wszelką cenę i w pierwszej kolejności, bo bez nich świat jest skazany na zagładę. Może warto w tym miejscu przypomnieć, że aktorzy nie zawsze cieszyli się sytuacją aż tak wysoce uprzywilejowaną. Na przykład w świecie antycznym, w społeczeństwie rzymskim, stali ledwo stopień wyżej od prostytutek. Tak zwany postęp najwyraźniej nie we wszystkich dziedzinach życia odbywa się w tym samym kierunku.

Polska „elita”

Polakom od dziesiątków już lat, najpierw przez komunistów, obecnie przez liberałów, wmawia się, że wszyscy dookoła są lepsi. Nie wiem, czy istnieje jakaś prasa, poza prasą polską, która może poszczycić się taką ilością artykułów i artykulików, zapytań i informacji o tym, co inni myślą o nas, jak inni nas widzą, co sądzi się o nas za granicą, jak inni reagują na nasze decyzje czy ustawy, jak wyglądamy w oczach Francuzów, Pigmejów czy choćby świnek morskich. W Szwecji, kraju, gdzie obecnie mieszkam, nikogo nie obchodzi, co jakiś Papuas o nich pomyśli, powie czy napisze. Po prostu jest im obojętne, co Papuas o nich myśli. To, co Papuas, Francuz czy Pigmej o nich myśli jest sprawą Papuasa, Francuza czy Pigmeja. Szwedzi sami doskonale wiedzą, kim oni są i nie potrzebują masturbować się opiniami innych o sobie.

W Polsce jest inaczej. W komunizmie lepsi od nas byli nawet Rosjanie. Byli lepsi we wszystkim – w sporcie, w nauce, w literaturze, w polityce, nawet w piciu alkoholu. Dlatego lubiliśmy takich facetów jak Kozakiewicz, którzy nawet w paszczy krokodyla potrafili pokazać wała i nieco poprawić nasze samopoczucie. Po odwilży, a następnie przejęciu władzy przez pogrobowców komunizmu, gdy nie wypadało już pognębiać nas Rosjanami, pojawiła się technika dołowania nas ludźmi Zachodu, cywilizowaną i wysublimowaną zagranicą oraz kulturą europejską. Przyznano nam prawo awansu do grzędy wyżej i zaszczyt bycia lepszymi od Rosjan, ale wciąż powinniśmy mieć świadomość, że jesteśmy gorsi od ludzi Zachodu, że przerastają nas oni o wieki, że mamy pokornie przyjmować ich mądre słowa i pouczenia. Tak zwane polskie elity – a w polskim kontekście słowo to powinno się pisać w cudzysłowie, bo są to głównie aktorzy i statyści, wszelkiej maści subretki i amanci, pisarze z bożej łaski, marni dziennikarze, celebryci, znani wyłącznie z tego, że są znani, wszelkiej maści zapiewajła, politycy typu Biedronia i jego żony (czy odwrotnie, niestety, nie znam kolejności dziobania w takich konfiguracjach), infulencerzy, agenci wpływu i pożyteczni idioci – nieustannie straszą nas opiniami innych, lepszych od nas. Teraz już nie Rosjanie, ale Niemcy, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi i pozostałe nacje Europy są od nas lepsze i mają prawo nas karcić, prawić morały, udzielać przygan, upomnień i ostrzeżeń. Według naszych polskich „elit”, powinniśmy pilnie wsłuchiwać się w te głosy, brać je sobie do serca i starać się, starać i jeszcze raz starać, by do nich choćby trochę doskoczyć. Kiedy dokonamy czegoś sensownego, w polityce czy w ekonomii, a wystarczy, że jest to niezgodne z upodobaniami naszych „elit”, natychmiast pojawiają się dziesiątki informacji o tym, jak bardzo to rozbawiło, oburzyło, obraziło, czy dotknęło do żywego jakiegoś Szweda czy Papuasa. Jeżeli to nie wystarczy, poskarżą się w lewicowym kolegom z Unii Europejskiej, żądając kary. Nasze „elity” to pseudoelity, to ludzie, którzy nie wiedzą, skąd pochodzą i kim są – to najbardziej zadżumiona część polskiego społeczeństwa. Umówmy się, że ci wszyscy „oświeceni” aktorzy, jak Maciej Stuhr czy równie „oświecona” literatka jak Maria Nurowska, która pisze równie nędzne książki jak nędzne komentarze na Facebooku (Odbyłam dziś bitwę z trollami, przy okazji blokad miałam możliwość zobaczyć te twarze, a właściwie mordy. Oni mają ordynarne ryje i to wszystko elektorat PiS. A ich baby! Nie lepsze!) czy wielce „oświecony” dziennikarz Tomasz Lis, redaktor polskiej edycji Newsweeka, wydawanego przez niemieckie wydawnictwo Springera, to nie jest elita. To współczesne wydanie polskich arian, którzy – tak samo jak ich poprzednicy z siedemnastego wieku – chętnie pomogą w jakichś nowych planach rozbioru Polski, gdy tylko takie się pojawią. To nie jest elita i nie nazywajmy ich elitą. To pierroty, przebierańce i śmiszki. Prawdziwa polska elita spoczywa w piaskach Katynia, w bezimiennych grobach, w tundrach Syberii, w krematoriach niemieckich obozów zagłady.

Nie sądzę, by jakiś Szwed, Francuz czy Belg miało prawo nas pouczać czy upominać. To raczej my mamy takie prawo i byłoby dobrze, gdybyśmy zaczęli wreszcie z niego korzystać. Dla tych, którzy mają w tej sprawie wątpliwości, przypomnę tylko jeden fakt. W 1945 r. generał Charles de Gaulle dokładnie skopiował skuteczne działania Talleyranda z Kongresu Wiedeńskiego i dzięki temu podbita przez Niemców, kolaboracyjna Francja, łącznie z faszystowską filią La France de Vichy, organizującą obławy na Żydów (Obława Vel d’Hiv) nagle przemieniła się w dumną IV Republikę, zwycięską aliantkę, została zaproszona do stołu w Poczdamie, dostała francuską strefę okupacyjną Niemiec i Berlina i stosowne reparacje wojenne. Polskę natomiast, która nie poddała się nigdy, straciła miliony obywateli, walczyła na wszystkich frontach świata, wyzwalała Europę, między innymi także Francję, oddano w wieczystą dzierżawę Stalinowi, a polskim żołnierzom i generałom, po zdemobilizowaniu, nie zapewniono nawet godziwej odprawy. Warto o tym pamiętać. To nie my musimy się czegoś wstydzić.