Afrykańscy handlarze niewolników

Od czasu, gdy prezentyzm, rozkapryszone dziecko zwolenników umysłowego niedorozwoju, zagnieździł się w naszym widzeniu historii, a zwłaszcza w etyce, zjawisko niewolnictwa rozpatruje się głównie w kategoriach rasowych i etnicznych. Co prawda istnieje jeszcze kilku uczonych, którzy silnie protestują, kiedy w przedstawianiu czasów, gdy niewolnictwo było akceptowane używać określeń typu „zły” czy „nieprawidłowe”, ale są oni, niestety, coraz agresywniej zagłuszani przez rzesze rozochoconych prezentystów. Nie chodzi tu zresztą tylko o fałszywą zasadę przykładania dzisiejszych miar moralnych do przeszłości, czyli ewidentny idiotyzm, ale przede wszystkim o świadome przekłamania.

Niewolnictwo jest zjawiskiem, które towarzyszyło nam niemal przez całą naszą historię. I aż do naszych czasów nie nosiło wyraźnych znamion rasowych lub etnicznych. Prof. Henry L. Gates z Uniwersytetu Harvarda udowodnił, że bez entuzjastycznej współpracy elit afrykańskich, setek kacyków z różnych afrykańskich plemion, bez ich współpracy z europejskimi i arabskimi handlarzami, chwytanie i wysyłanie niewolników do Nowego Świata nie byłoby możliwe. I nigdy też nie przyjęłoby tak monstrualnych rozmiarów, gdyby nie kolaboracja wielu afrykańskich plemion, by wymienić dla przykładu ludy Ashanti z dzisiejszej Ghany czy Yoruba z Nigerii. Niektóre plemiona, jak Imbangala z Angoli i Nyamwezi z Tanzanii, wręcz uczyniły z tego styl życia – specjalizowały się w wywoływaniu lokalnych wojen i konfliktów, stwarzając sobie w ten sposób okazję do chwytania, a następnie sprzedawania ludzi z innych plemion. Brytyjski historyk John Thornton udowodnił, że ponad 90 proc. ludzi wysłanych przez Atlantyk do Ameryki zostało pojmanych i sprzedanych handlarzom nie przez białych i odrażających bad boys, lecz właśnie przez ich czarnoskórych pobratymców. Afrykańskie królestwa Yoruba, Kongo, Futa Toro, Koya, Khasso, Kaabu, konfederacje Fante i Ashanti regularnie organizowały wyprawy w celu zdobycia niewolników.

I nie zawsze również Europejczycy handlowali niewolnikami z Afryki. W historii naszego kontynentu są mroczne i bardzo długie okresy, kiedy to Afrykanie porywali i handlowali Europejczykami. Między XI-tym i aż do początków XIX-tego wieku, czyli prawie przez osiem stuleci, pilnie zajmowali się tym berberyjscy piraci – regularnie napadając na nadmorskie miejscowości położone na północno-zachodnim wybrzeżu Atlantyku oraz południowo-zachodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Mieli swoje bazy w wielu portach Maroka, w Algierze, Tunisie i Trypolisie. Ich głównym celem było pojmanie jak największej liczby chrześcijańskich niewolników, bo był to towar bardzo ceniony na rozlicznych targowiskach północnej Afryki. Bandyci z Afryki wyprawiali się nawet na wybrzeże południowo-zachodniej Anglii i nie tylko tego regionu zresztą – ofiarami ich ataków byli także mieszkańcy portowych miasteczek Irlandii, Szkocji, Devonu i Kornwalii, a istnieją przypuszczenia, że docierali nawet do Islandii. Prof. Robert Davis z uniwersytetu w Glasgow pokusił się o znacznie dokładniejsze statystyki: wynika z nich, że między XVI a XIX wiekiem berberyjscy piraci uprowadzili i sprzedali na targowiskach Afryki Północnej i w innych regionach imperium osmańskiego aż 1–1,25 mln Europejczyków.

Obecnie nasze próżność i pycha każą nam mierzyć i oceniać jednakową miarą całą naszą historię. To powoduje, że stajemy się ślepi – i na innych i na samych siebie. Może nie będzie więc od rzeczy przypomnieć w tym miejscu mądre słowa Zygmunta Glogera: Nigdy jednak dorobkiem rozumu dzisiejszego nie można mierzyć pojęć dawnych, ani osądzać praw, które były naturalnym wynikiem współczesnego stopnia cywilizacji i całego labiryntu owoczesnych mało zrozumiałych dla dzisiejszego ogółu stosunków ekonomicznych, życiowych, społecznych i politycznych.

Odysjada 9

Marek Atyliusz Regulus, polityk z czasów I wojny punickiej. Rozgromił kartagińskie wojska w 255 r. p.n.e. w pierwszej fazie bitwy pod Adys. Kartagińczycy poprosili wówczas o zawarcie pokoju. Według Kasjusza Diona, Rzymianie zażądali od nich wycofania się z Sycylii i Sardynii, zwrócenia wolności wszystkim rzymskim jeńcom, zapłaty okupu za jeńców, spłaty wszystkich rzymskich wydatków wojennych oraz uiszczania rocznej daniny. Dość bezwzględne warunki i nic dziwnego, że Kartagińczycy odrzucili je, a ich wojska, przeszkolone i poprowadzone do walki przez spartańskiego najemnika, Ksantipposa, zdziesiątkowały rzymskich legionistów. Wielu rzymskich żołnierzy straciło życie w tej bitwie, wielu dostało się do niewoli. Wśród jeńców znalazł się sam głównodowodzący ‒ Atyliusz Regulus. Podobno miał on przez ponad pięć lat pozostawać w niewoli kartagińskiej, a po kolejnej porażce Rzymian w bitwie morskiej pod Drepanum w 249 r. p.n.e. został wysłany wraz z poselstwem do Rzymu, by wynegocjować z Senatem zawarcie pokoju lub wymianę jeńców. Regulus przysiągł, że w przypadku, jeżeli nie zdoła przekonać Rzymian do proponowanego porozumienia, powróci do Kartaginy. Gdyby jednak senatorowie wyrazili zgodę na wymianę jeńców, miał być pierwszym, który będzie mógł pozostać w ojczyźnie. Stając przed Senatem przekazał niezmiernie ważne informacje o słabości Kartaginy i gorąco namawiał senatorów, aby w żadnym razie nie godzili się na wymianę jeńców. Obserwacje, które poczynił w niewoli doprowadziły go do przekonania, że istnieje duża szansa pokonania coraz bardziej słabnącej Kartaginy, a traktat pokojowy nie byłby w tej chwili korzystny. Proponowane porozumienie zostało ostatecznie odrzucone, głównie dzięki jego namowom i elokwencji. Proponowano mu, by złamał złożoną przysięgę i pozostał w Rzymie. Regulus odmówił jednak stanowczo. Nie wyobrażał sobie, że mógłby złamać dane słowo honoru. Świadomie wrócił Kartaginy i poniósł okrutną śmierć.

Możemy być pewni, że nie byłby to wybór Odyseusza. Grecy przedstawiają go jako bohatera, ale Rzymianie, którzy uważali się za spadkobierców księcia Eneasza z Troi, mieli o nim zdecydowanie negatywne zdanie. W Eneidzie określany jest przymiotnikami „okrutny” lub ”kłamliwy”. Grecy podziwiali jego przebiegłość i oszustwa, w oczach Rzymian natomiast cechy te nie znajdowały uznania. Przeciwnie, były naganne i barbarzyńskie. Rzymianie dość wcześnie stworzyli sztywne normy etyczne i bez wątpienia to one pozwoliły im zbudować największe starożytne imperium. W tragedii Eurypidesa Ifigenia w Aulidzie, Odys przekonuje Agamemnona, by zgodził się na ofiarę swojej córki Ifigenii, aby uspokoić boginię Artemidę. Odys też ułatwia przeprowadzenie tej akcji mówiąc matce Ifigenii, Klitajmestrze, że dziewczyna ma poślubić Achillesa. Bezczelnie kłamie. Dla Rzymian było to zachowanie perfidne i niegodne mężczyzny, ale u Homera nie występuje jeszcze pojęcie moralnej odpowiedzialności. W jego świecie zdyskredytowany jest ten, kto się dał pokonać, nigdy zaś zwycięzca. Greckie słowo kakos (niski, wredny, nikczemny, zły) oznacza osobę, której kaka (czyli zło) można wyrządzić bezkarnie, ponieważ nie może się bronić. Na potępienie zasługują ci, którzy wysłuchują obelg pod swoim adresem, nie ci natomiast, którzy komuś urągają. Liczne fortele Odyseusza raziły rzymskie wyobrażenia o obowiązkach mężczyzny, a sztuczki i kłamstwa, które stosował, aby tylko osiągnąć cel, kolidowały z rzymskim poczuciem honoru. Z natury jesteśmy więc Grekami, ale etykę odziedziczyliśmy na szczęście po Rzymianach.

Błąd logiczny

Y. N. Harari „Od zwierząt do bogów”: Nie wierzmy idealistycznym ekologom twierdzącym, że nasi przodkowie żyli w harmonii z przyrodą. Bo żyli z nią w dysharmonii. Na długo przed rewolucją przemysłową homo sapiens był wśród wszystkich organizmów sprawcą wymarcia największej liczby gatunków i roślin. Mamy wątpliwy zaszczyt bycia najbardziej morderczym gatunkiem w annałach biologii.

W powyższych słowach kryje się pewien, aż nazbyt dzisiaj powszechny, błąd logiczny, błąd o poważnych konsekwencjach zresztą, bo to on powoduje, że coraz częściej i coraz chętniej deprecjonujemy i naszą kulturę i nas samych. Czy z naturą można żyć w jakiejś urojonej harmonii i co to miałoby oznaczać? Czy znaczy to, że Natura, jeżeli będziemy sprawować się dobrze i grzecznie, wygasi wulkany, wyeliminuje niebezpieczne wirusy, powstrzyma tsunami i huragany, że poprawi usterki w naszych genach i zawiesi, choćby warunkowo, niszczycielskie trzęsienia ziemi? Czy natura jest harmonijna? W czymże objawia się jej harmonia? Czy w tym może, że z lubością powołuje do życia najbardziej niewiarygodne przeciwieństwa i skrajności? Nasi przodkowie mieli nikłe szanse, by żyć w symbiozie z dwumetrowymi kangurami, lwami workowatymi, z jaszczurkami podobnymi do smoków, dziesięciometrowymi wężami, z gigantycznymi diprotodonami, dwuipółtonowymi wombatami lub nielotnymi ptakami, dwa razy większymi od strusi, czy setkami tym podobnych maszkaronów. Natura przez miliony lat zabawiała się produkcją  koszmarnych i przerażających potworów, oddając się temu zajęciu z takim samym upodobaniem jak dziś hollywoodzcy producenci horrorów. Jedyną jej udaną kreacją jest człowiek, stworzony przez nią zresztą albo przypadkiem albo w chwili odpoczynku od powielania kolejnych bazyliszków i krakenów. Niestety, to jemu właśnie musiał przypadł w udziale wątpliwy zaszczyt wytępienia tego całego robactwa. I udało mu się to, mimo dziesiątków niesprzyjających okoliczności i prawie zerowych szans. Jesteśmy najsilniejszym i najinteligentniejszym gatunkiem w „annałach biologii”. Czy powinniśmy się tego wstydzić? Przeciwnie, uważam, że powinniśmy być z tego dumni.

Nie ma czegoś takiego jak „świat dla wszystkich”, a wówczas nie było też czegoś takiego jak „Prawa człowieka i wszystkich innych Zwierząt na Całej Ziemi”. A nawet gdyby były, to wątpię, by lwy workowate, gigantyczne węże czy olbrzymie torbacze chciały to podpisać i przestrzegać. Człowiek, słaby i – sensie fizycznym – skąpo przez naturę wyposażony, był zmuszony wyeliminować zagrożenia, jeżeli chciał przeżyć i trwać.  Wyeliminował je i przeżył. Czy jest to morderstwo? Życie w Naturze nie ma nic wspólnego z uprawianiem etyki. Y. N. Harari w innym miejscu swojej pracy słusznie zauważa, że cała nasza otoczka kulturowa – nasze prawa, religie, prawa człowieka, ONZ, korporacje, giełda, Peugeot, ustawodawstwo, pieniądze – są tylko i wyłącznie wytworami naszej bujnej wyobraźni. Etyka jest także wytworem naszej bujnej wyobraźni. Niczym więcej. Szkoda, że o tym Harari całkiem zapomniał.