Miraż

Wyłącznym celem tej instytucji było stworzenie uczonym i twórcom jak najlepszych warunków pracy. Zapewniała im mieszkanie, wyżywienie i stałą pensję, zwalniała ich z podatków i jakichkolwiek świadczeń na rzecz państwa, pozwalając, by cały swój czas mogli poświęcić tylko na pracę badawczą lub twórczość. Nie odrywały ich też od tego żadne obywatelskie obowiązki, nie mieli żadnych trosk materialnych. Mogli zajmować się twórczością przez dwadzieścia cztery godziny na dobę i tak długo, jak sobie tego życzyli – nikt ich nie więził, nikt ich do niczego nie przymuszał. Mogli też opuścić instytucję, kiedy tylko chcieli. Czynili to rzadko, bo życie tam było zbyt fascynujące, aby się go wyrzec. Wykłady, posiedzenia naukowe, często połączone z dyskusją wspólne uczty wszystkich członków, wieczory poetyckie, sympozja literackie, prezentacje naukowe, nowe teorie, najświeższe wiadomości o nowych odkryciach. Wszystkie zasoby tej instytucji, a te były olbrzymie, były do ich pełnej dyspozycji. Biblioteka, specjalnie dla nich powołana do życia, nieustannie pomnażała swoje zbiory. Jej wysłannicy przemierzali cały świat, tropiąc, wyszukując i zdobywając interesujące pozycje, wolni od finansowych ograniczeń. Za prace szczególnie cenne płacili niekiedy wręcz horrendalne sumy, zwykle nie targując się wcale. Władze, aby pomnożyć zbiory biblioteki, posuwały się nawet do tego, by konfiskować podróżnym przybywającym do miasta wszystkie książki: po dokonaniu ekspertyzy zwracano właścicielom tylko to, co nie przedstawiało szczególnej wartości, a rzeczy wartościowe pozostawały w zbiorach Biblioteki – właściciel otrzymywał z powrotem jedynie pięknie sporządzony odpis i ewentualne odszkodowanie, niekiedy bardzo wysokie. Biblioteka zatrudniała całą armię ludzi trudniących się opieką nad książkami, ich produkcją i obsługą. Wznawiano egzemplarze już zniszczone lub uszkodzone, wydawano prace członków instytucji, dzieła współczesnych pisarzy i poetów, prace naukowe, traktaty astronomiczne, rozprawy z zakresu biologii i medycyny. Nigdy wcześniej i długo, długo potem nie produkowano książek tak masowo jak wówczas. W bliskim sąsiedztwie Biblioteki powstały też ogrody: botaniczny i zoologiczny. Zwożono do nich z najdalszych krańców świata rzadkie okazy roślin oraz zwierząt. W osobnych pracowniach przeprowadzano sekcje zwłok zwierzęcych i ludzkich oraz doświadczenia z zakresu fizjologii i biologii. Astronomowie mieli do dyspozycji własne obserwatorium. Siedziba stowarzyszenia położona była w najlepszej dzielnicy, tuż nad morzem. Był to imponujący budynek z salą biesiadną, przeznaczoną na wspólne uczty członków i pokojami pracy; na zewnątrz wabiła ocieniona drzewami aleja przeznaczona do spacerów i kryta kolumnada, w której stały wygodny ławy i stoły, jeżeli ktoś chciał pracować na powietrzu. Wokół roztaczał się ogród pełen wiecznie kwitnących roślin, stały marmurowe posągi, dyskretnie szumiały liczne fontanny.

Science fiction? Marzenie przymierającego głodem pisarza, tworzącego gdzieś na poddaszu starej, zatęchłej kamienicy w odległej dzielnicy Paryża? Sen suchotniczego poety, który za cały majątek ma parę zdartych butów i dziury w płucach i kieszeniach spodni? Nie. To zdarzyło się naprawdę. Jest to jeden z tych cudów świata, który niestety nie znalazł się na liście siedmiu najsłynniejszych cudów starożytności, choć był cudem najprawdziwszym – cudem, który w takim zakresie nie zdołał powtórzyć się już nigdy więcej w naszych dziejach. Mam na myśli Muzeum Aleksandryjskie, słynny Musejon, z jego wspaniałą Wielką Biblioteką, pierwszą w historii instytucję, której celem było krzewienie kultury i wiedzy. Nie wiemy, w którym miejscu współczesnej Aleksandrii było miejsce, gdzie leżała Wielka Biblioteka i gmachy Muzeum. Do dziś nie znaleziono ani jednego kamienia z tych budowli, ale wiemy, że nie były mirażem. Musejon był w moim przekonaniu jedynym prawdziwym cudem naszego świata, cudem, który nie miał prawa zdarzyć się w tamtym czasie i w tamtym miejscu, ale zdarzył się i zaistniał naprawdę. Od tamtej pory nauczyliśmy się wznosić wieże wyższe niż latarnia w Faros, świątynie bardziej imponujące niż Artemizjon, statuy potężniejsze niż Kolos z Rodos i mauzolea, które mogłyby zawstydzić Satyrosa i Pyteosa, ale nikt nie zdołał powtórzyć cudu, jakim był Musejon. Mieliśmy i obecnie mamy multimiliarderów, których indywidualny dochód roczny przewyższa dochód roczny wielu państw. Nikt z nich jednak nie pokusił się o realizację idei choćby podobnej. Ich hojność ogranicza się do ochłapów w postaci jakichś marnych stypendiów, paru groszy na sfinansowanie mniej czy bardziej zbytecznych badań, jakiegoś pseudoprojektu dla biednych, bo rzadko mają oni z tego jakąś korzyść, sfinansowanie operacji dla kalekiego dziecka czy nieco większe dotacje, które mają zaspokoić ich prywatne polityczne czy socjalne ambicje. I każą się potem za to podziwiać, w nowych, coraz wspanialszych jachtach, prywatnych wyspach, imponujących wieżowcach. Żaden z nich nie odważył się nawet pomyśleć tego, co na długo przed naszą erą nie tylko pomyśleli, ale i zrealizowali, z niesłychaną hojnością i rozmachem, greccy władcy Egiptu. Multimiliarderzy naszych czasów, mimo ich ogromnych fortun, w porównaniu z Ptolemeuszami, przypominają zwykłych żebraków. Którymi zresztą są i pozostaną. 

Faros

Wszystko zaczęło się od absolutnie irracjonalnej decyzji Aleksandra Wielkiego. Po podboju Egiptu postanowił zbudować miasto, które będzie potem nosić jego imię. I wybrał w tym celu dziwne miejsce. Wybrzeże Delty Nilu jest mało gościnne. Jest płaskie i pozbawione zatok. Jedyna grecka kolonia w tym kraju, Naukratis, znajdowała się siedemdziesiąt kilometrów od morza, nad zachodnią odnogą Nilu. Przy jej ujściu leżało miasto Kanopos, według greckich mitów założone przez Menelaosa, który podczas powrotu spod Troi stracił na tym wybrzeżu nawigatora jednego ze swoich okrętów, właśnie Kanoposa. Tu, mając za osłonę niewielki przylądek, można było zdaniem znawców planować budowę miasta. Jedynym pobliskim portem było Peluzjum, położone na przeciwległym, wschodnim krańcu Delty. Aleksander jednak pominął Kanopos i ignorując logikę i zdrowy rozsądek nakazał założenie miasta z dala od życiodajnej rzeki. Nie dowiemy się nigdy, co nim powodowało, ale decyzja była genialna – osadzanie się piasku i mułu rzecznego spowodowało, że po wiekach odnoga kanopijska zanikła, w ogóle przestała istnieć. Przyjmijmy więc, że tym, co zachwyciło Aleksandra była mała, niepozorna wysepka Faros. Kazał ją połączyć z lądem stałym przez potężne molo o długości 7 stadiów – około 1,5 kilometra – przez co zostało nazwane Heptastadionem. Po obu stronach Heptastadionu powstały dwa porty morskie, a dalej, na wąskim paśmie piasku i białych skał wapiennych zaczęło rozrastać się miasto, Aleksandria. Przez długie wieki jej wizytówką był jeden z cudów starożytnego świata, budowla, która przetrwała i działała 1300 lat. Latarnia w Faros. Zbudowana na polecenie Ptolemeusza I. Za architekta, projektodawcę i wykonawcę uznaje się Sostratosa, o czym ma świadczyć zachowana, pierwotnie ukryta pod tynkiem, wyryta w kamieniu inskrypcja: Sostratos, syn Deksyfanesa, poświęcił tę budowlę bogom ocalenia, w imieniu wszystkich tych, którzy żeglują po morzach. Niektórzy skłonni są podejrzewać, że architekt umieścił ten przekaz, wzorem budowniczych egipskich piramid, w tajemnicy przed królem. Brzmi to sensacyjnie, ale z prawdą raczej nie ma wiele wspólnego. Zdecydowanie nie te czasy i nie ten faraon, a przede wszystkim nie ta osoba – Sostratos nie był żadnym anonimowym architektem, ani niewolnikiem, który potrzebował przechytrzać swego władcę. Pochodził z Knidos, położonego w Karii na wybrzeżu Azji Mniejszej, w sąsiedztwie wyspy Kos. Interesujące jest to, że według Strabona miasto składało się z części reprezentacyjnej, leżącej na wyspie, połączonej z dzielnicami leżącymi na lądzie stałym … długim molem. Czyżby Knidyjski Heptastadion? Aleksandria mogła więc przypominać Sostratosowi jego miasto rodzinne. W każdym bądź razie Sostratos był powszechnie znany, ceniony i bogaty, przynależał do ścisłego grona przyjaciół i doradców Ptolemeusza i z całą pewnością sam wniósł, być może nawet znaczny, wkład finansowy w ten projekt. Strabon wspomina o nim jako o przyjacielu królewskim, a epigramatyk Posejdippos, który zwiedzał latarnię w parę lat po jej zbudowaniu, w jej poetyckim opisie mówi wyraźnie, że wzniósł ją Sostratos Knidyjczyk, syn Deksyfanesa. Był też Sostratos znakomitym dyplomatą i to jemu właśnie zawdzięczał Ptolemeusz bardzo w tamtym okresie potrzebny Egiptowi pokój z Antygonem Gonatasem. Miał również inne zasługi i zapewne nie bez powodu wyrocznia w Delfach, w tamtym okresie może już mniej znacząca, ale wciąż jeszcze sławna, uczyniła go swoim proksenosem, czyli oficjalnym przedstawicielem w Aleksandrii. Autorem pogłoski o chytrym podstępie twórcy Faros jest prawdopodobnie Lukian z Samosaty, pisarz dowcipny, czasem prześmiewczy, zwykle sardoniczny.

Budowa latarni trwała ok. 14-20 lat, a uroczyste otwarcie odbyło się w 279 p.n.e. Miała kształt graniastosłupa, na którym ustawiono węższy graniastosłup sześcioboczny, a ponad nim część cylindryczną. Wszystko zdobiły okładziny z marmuru i posągi delfinów z brązu. Na szczyt zaś prowadziła spiralna pochylnia. Większość historyków jest zgodna co do tego, że wewnątrz prawdopodobnie zainstalowane były dźwigi do transportu opału. Wieńczył ją ogromny posąg boga Heliosa, a u wejścia stały dwie kolosalne figury przedstawiające Ptolemeusza I i jego żonę, Berenikę – odnalezione w czasie podmorskich wykopalisk w latach dziewięćdziesiątych   dwudziestego wieku. Latarnia w Faros była jednak czymś więcej niż tylko latarnią – na jej 120 metrach wysokości, co odpowiadałoby dzisiejszym 40 piętrom, znajdowały się także mieszkania pracowników obsługi, konserwatorów, personelu administracyjnego, strażników. Była też więc domem, domem dla dziesiątków, może setek ludzi. Światło z niej widoczne było z odległości około 50 kilometrów. To optimum, odległość maksymalna przy jej 120 metrach – zakrzywienie powierzchni Ziemi nie pozwala z większego dystansu dojrzeć świateł latarni o tej wysokości. Dzieło Sostratosa budziło podziw, trwało, ratowało życie, wskazywało drogę przez 1300 lat. Nadgryzły ją, a potem ostatecznie zrujnowały potężne trzęsienia ziemi. Pierwsze, z epicentrum na Krecie, przyszło o świcie 8 sierpnia 1303. Miało co najmniej 8 stopni w skali Richtera, co dla wszystkich, którzy znają tę skalę podpowiada ogromne zniszczenia. Kreta ucierpiała bardzo mocno, a przede wszystkim Heraklion, ówczesna Candia, które zostało zrównane z ziemią, ale trzęsienie było odczuwalne również na odległym Peloponezie, na Rodos, w Antiochii, na Cyprze, a nawet w oddalonym o tysiąc kilometrów Konstantynopolu. Spowodowało też dziewięciometrową falę tsunami, która zniszczyła większość murów miejskich Aleksandrii, wiele stojących w porcie statków wyrzuciła na ponad trzy kilometry w głąb lądu, podmyła setki budowli i uśmierciła tysiące ludzi. Latarnia przetrwała, ale dokładnie w dwadzieścia lat później przyszło kolejne trzęsienie ziemi i potem jeszcze jedno, w 1375 roku, i dopiero to ostatecznie pokonało tę dumną wieżę. Po trzecim ciosie pozostały z niej jedynie gruzy, których potem użyto do budowy fortu. Trwała jednak budząc podziw ponad 1300 lat. To długi czas. To cała wieczność. Niewiele budowli dostąpiło takiego zaszczytu.