Thomas Coryat

Ciekawa, zapomniana postać. Thomas Coryat, urodzony w drugiej połowie 16-go wieku, w Crewkerne, Somerset. W 1608 udał się w pięciomiesięczną podróż edukacyjną po zachodniej Europie, odwiedzając tereny dzisiejszej Francji, Włoch, Niemiec, Holandii i Szwajcarii. Swoje wspomnienia spisał następnie w Coryat’s Crudities: Hastily gobled up in Five Moneth’s Travels. Zawarł w tej pracy sporo bystrych obserwacji o działalności tzw. szkoły weneckiej, jednego z najbardziej postępowych ruchów muzycznych w ówczesnej Europie, ale także o zwyczaju używania widelca w czasie jedzenia, zaobserwowanym we Włoszech, dokładny opis parasola i pełną historię Wilhelma Tella, dotychczas w Anglii nieznaną. Wyprawę odbył w większej części pieszo, a po powrocie swoje obuwie powiesił w kościele w Odcombe, gdzie pastorem był jego ojciec. Podczas kolejnej podróży zwiedził Palestynę, Grecję, Turcję z Konstantynopolem, Mezopotamię i Persję, docierając w końcu do Indii Wielkich Mongołów. Zmarł na dyzenterię w Suracie w 1617 roku.

Coryat był protoplastą słynnych Grand Tour, podróży w jakie wyruszali młodzi arystokraci i intelektualiści europejscy, by dokształcić się, zdobyć wiedzy o świecie i kulturze, poszerzyć swoje horyzonty myślowe, wyrobić gust artystyczny i nabrać dobrych manier. Grand Tour stał się potem niemal podstawą edukacji młodych Anglików z wyższych klas aż po schyłek XIX wieku.

Uśmiech Józefiny

Stan uzębienia naszych przodków z poprzednich stuleci pozostawiał przeważnie wiele do życzenia, ale ponieważ zjawisko było powszechne, nikogo to szczególnie nie poruszało. W krainie ślepych i jednooki jest królem, jak głosi przysłowie. Nie stawiano więc w tej kwestii wymagań zbyt przesadnych. Księżna d`Abrantes, żona napoleońskiego marszałka Junota, w ten sposób odmalowuje Józefinę Beauharnais, w tamtym okresie około czterdziestoletnią: W tym czasie pani Bonaparte nie była już zbyt młoda, ale wciąż jeszcze zadziwiająca. Musiała być kiedyś bardzo ładna, bo jeszcze teraz była urocza! Gdyby jeszcze miała zęby, nie powiem: ładne czy brzydkie, ale w ogóle zęby, byłaby z pewnością na dworze konsula zaćmiła wiele kobiet.

Z całą pewnością nie było to niczym wyjątkowym w tamtej epoce, ale temu przypadkowi pikanterii dodaje fakt, że mówimy o żonie Napoleona, cesarzowej Francuzów, królowej Włoch, starszej od niego o sześć lat wdowy z dwójką dzieci, wytwornej pani paryskich salonów, czołowej celebrytce i influencerce epoki Ancien Régime-u. Historycy winą za nędzny stan jej uzębienia obarczają przestępcę o nazwie cukier – Józefina dorastała na plantacji trzciny cukrowej na Martynice, od dzieciństwa uwielbiała słodkie, egzotyczne owoce, a i przez całe życie przejawiała szaloną słabość do słodyczy, racząc się nimi nad wyraz chętnie i często. Usiłując ukryć paskudnie popsute zęby, starała się uśmiechać się z zamkniętymi ustami. Nie bez powodzenia, jak się okazuje, bo jej uśmiech całkowicie podbił Napoleona.   

Podróże

Nic nie jest tak znakomitym przykładem awansu mas w naszych czasach jak podróże. Dobra materialne, w takim czy innym zakresie, zawsze były dostępne także i masom. Ale nie podróże. Masy były „przypisane do ziemi”, osadzone w tym samym krajobrazie od narodzin do śmierci z bardzo wielu powodów. Podróż była wyłącznym przywilejem wyższych warstw, ale podróżowanie wiązało się nie tylko ze znajomością języków, kontaktami, obyciem, orientacją w świecie i wiedzą, lecz i ogromnymi kosztami; nie miały nic wspólnego z eksponowaniem nagich ciał w słońcu południowych plażach. Każdy, kto miał ambicje pretendowania do miana człowieka kulturalnego, musiał odbyć podróż. Oprócz Włoch i Francji, uchodzących za turystyczne centra od dawna, krajem, który koniecznie należało odwiedzić była również Anglia. W drugiej połowie XVIII w. podróże do tego kraju były w dobrym tonie. Jeżdżono tam, żeby poznać najlepszy na świecie ustrój, by zasmakować kulturalnej i towarzyskiej atmosfery Londynu, przyjrzeć się angielskiej prowincji i zaznać jej osławionego uroku. Były to peregrinationes domesticae, podróże po krajach, w których czujemy się zadomowieni, których historia, kultura i tradycja, zwłaszcza klasyczna, są domem, który „nosimy na plecach jak żółwie i ślimaki”, gdzie, jak to doskonale wyraził w jednym ze swoich felietonów Stempowski „każdy przedmiot miał swą nazwę grecką i łacińską, zanim znalazł się w słownikach języków nowożytnych”. Podróżowano, by zapoznać się z architekturą i sztuką, by badać obyczaje, zbierać kurioza, podziwiać krajobrazy, zawierać znajomości. Podróże stanowiły obowiązkową część kulturowego garnituru Europejczyka i nie były tym, w co, niestety, przekształciły się w naszych czasach.

Dziesięciu małych murzynków

Nie to jest smutne, że nie ma już dzieł wybitnych (te pojawiają się rzadko), lecz to, że szmira i przeciętność triumfują dziś jak nigdy przedtem. Literatura, malarstwo, film, muzyka, poezja, wszystko bez wyjątku przystrzyżone jak trawnik przed mauzoleum Kim Ir Sena. Poprawność polityczna pożeniona z prezentyzmem wkrótce dokonają pewnie reszty, ale i dziś już nikt nie odważa się powiedzieć niczego, co nie jest dozwolone. Dokonuje się nawet zabiegów na przeszłości. Czytam dzisiaj, że powieść kryminalna Agathy Christie, „Dziesięciu małych murzynków„, zmieni we Francji swój tytuł na „Było ich dziesięciu”. Dokonane zostanie również „pewne dostosowanie” treści tłumaczenia. Ma to na celu „uniknięcie zranienia choćby jednej osoby” sformułowaniami użytymi w książce. Słowo „nigger”, występujące w książce 74 razy, zostanie zastąpione przez ekwiwalent politycznie poprawny. W Polsce „Dziesięciu małych Murzynków” ukazało się w 1960 roku. Od 2004 roku tytuł książki brzmi „I nie było już nikogo”. Chciałoby się dodać …i niczego. Proroczy tytuł.  

Polska „elita”

Polakom od dziesiątków już lat, najpierw przez komunistów, obecnie przez liberałów, wmawia się, że wszyscy dookoła są lepsi. Nie wiem, czy istnieje jakaś prasa, poza prasą polską, która może poszczycić się taką ilością artykułów i artykulików, zapytań i informacji o tym, co inni myślą o nas, jak inni nas widzą, co sądzi się o nas za granicą, jak inni reagują na nasze decyzje czy ustawy, jak wyglądamy w oczach Francuzów, Pigmejów czy choćby świnek morskich. W Szwecji, kraju, gdzie obecnie mieszkam, nikogo nie obchodzi, co jakiś Papuas o nich pomyśli, powie czy napisze. Po prostu jest im obojętne, co Papuas o nich myśli. To, co Papuas, Francuz czy Pigmej o nich myśli jest sprawą Papuasa, Francuza czy Pigmeja. Szwedzi sami doskonale wiedzą, kim oni są i nie potrzebują masturbować się opiniami innych o sobie.

W Polsce jest inaczej. W komunizmie lepsi od nas byli nawet Rosjanie. Byli lepsi we wszystkim – w sporcie, w nauce, w literaturze, w polityce, nawet w piciu alkoholu. Dlatego lubiliśmy takich facetów jak Kozakiewicz, którzy nawet w paszczy krokodyla potrafili pokazać wała i nieco poprawić nasze samopoczucie. Po odwilży, a następnie przejęciu władzy przez pogrobowców komunizmu, gdy nie wypadało już pognębiać nas Rosjanami, pojawiła się technika dołowania nas ludźmi Zachodu, cywilizowaną i wysublimowaną zagranicą oraz kulturą europejską. Przyznano nam prawo awansu do grzędy wyżej i zaszczyt bycia lepszymi od Rosjan, ale wciąż powinniśmy mieć świadomość, że jesteśmy gorsi od ludzi Zachodu, że przerastają nas oni o wieki, że mamy pokornie przyjmować ich mądre słowa i pouczenia. Tak zwane polskie elity – a w polskim kontekście słowo to powinno się pisać w cudzysłowie, bo są to głównie aktorzy i statyści, wszelkiej maści subretki i amanci, pisarze z bożej łaski, marni dziennikarze, celebryci, znani wyłącznie z tego, że są znani, wszelkiej maści zapiewajła, politycy typu Biedronia i jego żony (czy odwrotnie, niestety, nie znam kolejności dziobania w takich konfiguracjach), infulencerzy, agenci wpływu i pożyteczni idioci – nieustannie straszą nas opiniami innych, lepszych od nas. Teraz już nie Rosjanie, ale Niemcy, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi i pozostałe nacje Europy są od nas lepsze i mają prawo nas karcić, prawić morały, udzielać przygan, upomnień i ostrzeżeń. Według naszych polskich „elit”, powinniśmy pilnie wsłuchiwać się w te głosy, brać je sobie do serca i starać się, starać i jeszcze raz starać, by do nich choćby trochę doskoczyć. Kiedy dokonamy czegoś sensownego, w polityce czy w ekonomii, a wystarczy, że jest to niezgodne z upodobaniami naszych „elit”, natychmiast pojawiają się dziesiątki informacji o tym, jak bardzo to rozbawiło, oburzyło, obraziło, czy dotknęło do żywego jakiegoś Szweda czy Papuasa. Jeżeli to nie wystarczy, poskarżą się w lewicowym kolegom z Unii Europejskiej, żądając kary. Nasze „elity” to pseudoelity, to ludzie, którzy nie wiedzą, skąd pochodzą i kim są – to najbardziej zadżumiona część polskiego społeczeństwa. Umówmy się, że ci wszyscy „oświeceni” aktorzy, jak Maciej Stuhr czy równie „oświecona” literatka jak Maria Nurowska, która pisze równie nędzne książki jak nędzne komentarze na Facebooku (Odbyłam dziś bitwę z trollami, przy okazji blokad miałam możliwość zobaczyć te twarze, a właściwie mordy. Oni mają ordynarne ryje i to wszystko elektorat PiS. A ich baby! Nie lepsze!) czy wielce „oświecony” dziennikarz Tomasz Lis, redaktor polskiej edycji Newsweeka, wydawanego przez niemieckie wydawnictwo Springera, to nie jest elita. To współczesne wydanie polskich arian, którzy – tak samo jak ich poprzednicy z siedemnastego wieku – chętnie pomogą w jakichś nowych planach rozbioru Polski, gdy tylko takie się pojawią. To nie jest elita i nie nazywajmy ich elitą. To pierroty, przebierańce i śmiszki. Prawdziwa polska elita spoczywa w piaskach Katynia, w bezimiennych grobach, w tundrach Syberii, w krematoriach niemieckich obozów zagłady.

Nie sądzę, by jakiś Szwed, Francuz czy Belg miało prawo nas pouczać czy upominać. To raczej my mamy takie prawo i byłoby dobrze, gdybyśmy zaczęli wreszcie z niego korzystać. Dla tych, którzy mają w tej sprawie wątpliwości, przypomnę tylko jeden fakt. W 1945 r. generał Charles de Gaulle dokładnie skopiował skuteczne działania Talleyranda z Kongresu Wiedeńskiego i dzięki temu podbita przez Niemców, kolaboracyjna Francja, łącznie z faszystowską filią La France de Vichy, organizującą obławy na Żydów (Obława Vel d’Hiv) nagle przemieniła się w dumną IV Republikę, zwycięską aliantkę, została zaproszona do stołu w Poczdamie, dostała francuską strefę okupacyjną Niemiec i Berlina i stosowne reparacje wojenne. Polskę natomiast, która nie poddała się nigdy, straciła miliony obywateli, walczyła na wszystkich frontach świata, wyzwalała Europę, między innymi także Francję, oddano w wieczystą dzierżawę Stalinowi, a polskim żołnierzom i generałom, po zdemobilizowaniu, nie zapewniono nawet godziwej odprawy. Warto o tym pamiętać. To nie my musimy się czegoś wstydzić.  

Psychiatria represyjna

Przeglądam notatkę informującą, że sąd francuski skierował na badania psychiatryczne Marine Le Pen, liderkę francuskiej prawicy. Powodem było dochodzenie w sprawie zdjęć, zamieszczonych przez nią na Twitterze. Jedno z tych zdjęć przedstawiało ścięcie głowy amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya przez morderców z Państwa Islamskiego. Le Pen opublikowała je wkrótce po zamachach w Paryżu w których zginęło ponad 130 osób. Dokument sądowy, wzywający Le Pen na badania psychiatryczne informował, że sędzia chce poprzez badania sprawdzić, czy cierpi ona na jakąś chorobę psychiczną, a w przypadku odpowiedzi pozytywnej, czy mogło to wpłynąć na ocenę przez nią sytuacji, gdy zamieszczała te fotografie. Lekarze mieli też ocenić, czy Le Pen stanowi zagrożenie dla społeczeństwa (sic!).

Marine Le Pen jest Francuzką. Francja podobno wciąż jeszcze znajduje się w Europie, należy do Unii Europejskiej, i nie ma tam gułagów. Podobno nie ma tam też psychiatrii represyjnej, ale tego nie powinniśmy już być tak pewni. W tym miejscu przychodzi mi na myśl postać Władimira Bukowskiego, rosyjskiego pisarza i obrońcy praw człowieka, który spędził ponad dwanaście lat w sowieckich obozach i zakładach psychiatrycznych z identycznego powodu – odmawiał udawania, że żyje w najlepszym i najbardziej sprawiedliwym ze światów. Alternatywa: możemy przyjąć, że Francja nie jest jeszcze sowiecką Rosją, ale panująca poprawność polityczna także i tam najwyraźniej zwalnia z obowiązku używania rozumu albo, że Francja stała się już sowiecka, i to w ramach Unii Europejskiej, a my albo tego nie postrzegamy albo nie chcemy postrzegać. I nie wiadomo, która opcja jest gorsza. Ale może też być i tak, że już od dawna wszyscy jesteśmy zamknięci na oddziale w klinice jakiejś ogólnoeuropejskiej psychiatrii represyjnej, a w chwili obecnej ma właśnie miejsce powszechna wymiana zamków w drzwiach.

Konrad

Zamieszkały we Francji kameruński raper o pseudonimie Nick Konrad, autor utworu pt. „Wieszajcie białych” nawołuje w nim do mordowania białych dzieci, mordowania oraz wieszania ich rodziców i zabierania im majątków. Conrad Moukouri Manga (tak brzmi jego pełne nazwisko) zostaje skazany na pięć tysięcy euro grzywny …  w zawieszeniu.

Zinaida Gippius

Dzienniki petersburskie. Dziennik warszawski – Zinaidy Gippius. Rosyjska poetka epoki srebrnego wieku, pisarka, krytyk literacki, nieprzejednany wróg bolszewizmu, bardzo ekscentryczna żona Dmitrija Mereżkowskiego, którego nazwisko i twórczość pamięta już dziś niewielu. Był to pisarz, krytyk literacki, historyk, poeta, filozof i tłumacz, jeden z twórców rosyjskiego symbolizmu. Popularny na początku zeszłego wieku, potem niemal zapomniany. W Polsce komunistycznej nie był ani wydawany, ani wznawiany. Pamiętam doskonale moją fascynację jego powieścią „Julian Apostata”. Zapoznałem się z nią pod koniec lat sześćdziesiątych. Egzemplarz, który przypadkiem wpadł mi wówczas w ręce był zniszczony, brakowało kilku stron, miał nadpalone brzegi, wydanie zapewne jeszcze przedwojenne, ale siła tej prozy ogromna. Czytałem ją wielokrotnie, nie mogłem oderwać się od niej, a cesarz Julian Apostata stał się moim idolem. Pozycję tę przełożono zresztą niemal na wszystkie języki europejskie i po kilku latach miała dziesiątki wydań. Rekordzistką była Francja, gdzie w ciągu dziesięciu lat książka ukazała się 23 razy.

                                                                      ***

Notatka Gippius z 14 października 1918 roku o Petersburgu we władzy bolszewików: Trzeba uciekać, mówiąc wprost. Nie ma już ani moralnej, ani fizycznej możliwości oddychać w tym strasznym mieście. Jest puste. Ulice zarosły trawą, jezdnie zniszczone, sklepy zabite. Można przejść przez całe miasto i nie zobaczyć ani jednego konia (nawet zdechłego – wszystkie zjedzone). Chodzi się pośrodku ulic, usuwając się tylko przed rzadko turlającymi się automobilami z ciapowatymi bolszewikami”.

Dzisiaj zamiast chleba wydano ½ funta owsa. Przemycającym żywność czerwonoarmiści zaś odebrali na dworcu wszystko – dla siebie. Na Sadowej wywieszka: Psie mięso, 20 rubli 50 kopiejek funt. Przed wywieszką długi ogonek. Mysz kosztuje 2 ruble.

                                                                      ***

Jej zapiski warszawskie obejmują lata 1920-1921. Nieco śmieszny, ale i chwilami mocno irytujący ton pretensji do Polaków, że po „cudzie nad Wisłą” podpisują traktat pokojowy z bolszewikami, ale ani cienia zwykłej pokory i uznania dla Polaków i Polski. Natomiast rozżalenie na Polskę, że „nie chce wyratować nas od bandy zbójów, którzy przypadkowo opanowali władzę”. I ledwo maskowane oburzenie, że Polacy weszli na Ukrainę, „naszą Ukrainę”.

                                                                      ***

Gippius i jej podziw dla Kiereńskiego. Odwieczna naiwność intelektualistów. Postrzega jego nieudolność i niekompetencję, dyskretnie wyraża rozczarowanie nim, ale broni do ostatnich stron swoich zapisków. Należał do jej kręgów, bywał w jej salonie, a więc co wyżej można mu zarzucić „melancholię duszy”, ale w żadnym razie zdradę. Ta bystra i przenikliwa kobieta ani przez moment nie dopuściła do siebie myśli, że Kiereński był zdrajcą, który sprzedał jej ukochaną Rosję bolszewikom, dając rozkaz wydania im broni, a następnie dyskretnie wyjechał do USA, gdzie żył jeszcze długo i szczęśliwie, dorabiając na którymś z amerykańskich uniwesytetów, zdaje się Stanforda.

                                                                      ***

Indeks osób w jej Dziennikach. Niemal co druga osoba w tym indeksie ginie tragicznie: zamordowany, rozstrzelany, zgładzony, zamęczony, zagłodzony … To nie indeks. To istne nekrologi gwałtu. Bolszewicy dokładnie wyczyścili Rosję z intelektualnej elity, a potem powtarzali ten udany zabieg w innych podbijanych krajach, także i w Polsce.