Wielkoduszność

Wielkoduszność naszego gatunku. To imponujące, że homo sapiens chce tak ochoczo dzielić się swoim panowaniem nad światem z innymi gatunkami i bierze pod swoje opiekuńcze skrzydła wszystko, co jego zdaniem jest zagrożone w swoim istnieniu, poczynając od niedźwiedzia polarnego, pingwina magellana, ary hiacyntowej, kapucynki czubatej, pająka ptasznika czerwonokolanowego, aligatora amerykańskiego, lamparta plamistego, skorpiona cesarskiego, piżmowca syberyjskiego i kończąc na setkach innych stworzeń ze świata natury. To doprawdy wielki gest, hojność w historii Ziemi absolutnie niespotykana, zwłaszcza, że nasze panowanie na tej planecie ma wciąż jeszcze dość świeży rodowód. Znamy gatunki, które władały Ziemią nieporównywalnie dłużej, jak choćby dinozaury, które zasmradzały Ziemię wyziewami metanu przez ponad 170 milionów lat, i w czasie swojej długotrwałej regencji ani myślały dzielić swoje niekwestionowane władztwo z byle jakim mizernym skorpionem, krabem pacyficznym, laotańską szczuro-wiewiórką, latimerią czy innymi stworzeniami z tamtej epoki. Mikroskopijne mózgi tych olbrzymów funkcjonowały więc zadziwiająco sprawnie, chyba że przyjmiemy, że to wrodzona gadzia skromność nie pozwalała im na samozwańcze ogłoszenie swojej rasy panami wszelkiego stworzenia.  

Książki i adidasy

Notatka w prasie internetowej. Księgozbiór i archiwum zmarłego w 2016 roku Umberto Eco zostanie przekazany na 90 lat uniwersytetowi w Bolonii, gdzie pracował, a cenna kolekcja starodruków trafi do biblioteki Braidense w Mediolanie. Kolekcja liczy około 30 tysięcy tomów. Na mocy tej decyzji podzielono je między Mediolan, gdzie pisarz mieszkał niedaleko biblioteki Braidense, a jego Alma Mater w Bolonii. Do mediolańskiej placówki trafi 1200 starodruków, wśród nich 380 pochodzących z okresu XVI-XVIII wieku.

Pod spodem tylko dwa komentarze. W jednym ktoś pyta retorycznie, po co to wszystko, skoro i tak nikt tego nie przeczyta, a w drugim ktoś inny stwierdza smutno, że książki leżą dziś w marketach między kartoflami i podróbkami adidasów. To prawda. Księgarnie, te dawne, dumne świątynie książki, znikają z pejzażu naszych miast. W czasach mojej młodości w przeciętnym, stutysięcznym miasteczku istniały co najmniej cztery księgarnie, czasem więcej, i były to niemal miejsca sacrum – wchodziło się tam z szacunkiem, prawie na palcach, mówiło się ciszej, zachowywało stosownie. Księgarzy w żadnym wypadku nie należało mylić czy – tym bardziej – traktować jako sprzedawców. Takie określenie byłoby dla nich ujmą i obrazą. Termin sprzedawca mógł dotyczyć osób handlujących warzywami czy butami, ale nie kogoś, kto zajmował się czymś tak szlachetnym jak książka. Księgarz posiadał status kapłana, osoby wtajemniczonej, obcującej z wyższymi duchami, status kogoś wprowadzonego w misterium intelektu. Zwykły, prosty człowiek rzadko odważał się i rzadko wchodził do takich przybytków jak księgarnia zwyczajnie i prosto z ulicy. Sąsiadka moich rodziców, zmuszona udać się do księgarni, by zakupić podręczniki szkolne dla jej dzieci, idąc tam ubierała się zawsze „jak do kościoła”, jak mawiała, czyli lepiej, w odświętne ubranie. Półki z książkami przytłaczały ją tak bardzo, że traciła oddech, książki onieśmielały, a na widok księgarzy, uroczystych kapłanów tego tajemnego świata, zaczynała jąkać się i pocić obficie. W domu miała trzy lub cztery książki, stały w stołowym pokoju za szybą monstrualnego kredensu, przypominającego jurajskiego gada wbitego ostrymi kłami w seledynową ścianę. Odkurzała je często i zawsze delikatnie, uważnie i z szacunkiem. Ale ten świat już nie istnieje. Dzisiaj mieszkam w ćwierćmilionowym mieście i przymuszając moją pamięć, by odnalazła mi w nim jakąś księgarnię, mimo wysiłków znajduję tylko jedną. Możliwe, że gdzieś indziej, w jakiejś odległej dzielnicy, jest jeszcze jedna. Na pewno nie ma więcej. Książki kupuje się w marketach, między kartoflami i podróbkami adidasów. A ja wciąż je zamawiam i zbieram, chociaż już wiem, że odejdą razem ze mną, pochłonięte przez siłę odśrodkową jakiegoś hydrocyklonu, przestając być Borgesem, Durrellem, Fuentesem, Millerem, Màrai czy Lowrym, a stając się bezimienną, włóknistą, makulaturową masą.