Dwa języki

Fragment z raportu niemieckiego generała SS Jűrgena Stroopa o zniszczeniu warszawskiego getta: Tylko dzięki bezustannej i niestrudzonej pracy wszystkich zaangażowanych odnieśliśmy sukces, chwytając ogółem pięćdziesiąt sześć tysięcy pięciu Żydów, których zniszczenie może być zapewnione. Do tych należy dodać liczbę Żydów, którzy stracili życie w eksplozjach i płomieniach.

Kiedy zastanawiam się, kto jeszcze – poza generałem niemieckim – mógłby sformułować swój raport w podobnie nieludzki, zwyrodniały i odrażający sposób, przychodzi mi na myśl jedynie generał rosyjski. Tylko w tych językach można użyć słowa „sukces” w kontekście zgładzenia  pięćdziesięciu sześciu tysięcy pięciu ludzi w warszawskim getcie lub zamordowania 22 tysięcy jeńców w Katyniu i nie pojawia się w nich jakikolwiek dysonans, i ich gramatyka nie krzyczy z przerażenia.  Na naszym kontynencie tylko te dwie nacje bezczelnie i bezkarnie posługują się taką stylistyką. Współczesna nauka utrzymuje, że słownictwo, narracja, oraz sposób wyrażania pojęć, kształtują nasze postrzeganie rzeczywistości i z całą pewnością sprawdza się to większości europejskich języków – poza niemieckim i rosyjskim. Do nich można zastosować raczej twierdzenie Wilhelma von Humboldta, zmarłego w drugiej połowie dziewiętnastego wieku niemieckiego polityka i filozofa, który uważał, że sposób postrzegania świata jest wynikiem emanacji ducha narodu (Volksgeist), który najpełniej przejawia się właśnie w języku. W ponurej językowej rzeczywistości niemieckiego i rosyjskiego zamordowanie dziesiątków tysięcy ludzi da się określić słowem „sukces” i w ich odczuciu nie brzmi to ani przerażająco ani nawet fałszywie. Co Rosjanie udowodniają obecnie na Ukrainie.

Ohrdruf

Ohrdruf. Miejscowość o nazwie, która aż drapie w gardle. Od roku 1695, przez pięć lat, mieszkał tam geniusz niemieckiej muzyki Jan Sebastian Bach. W wieku dziewiętnastym miasteczko było znane z produkcji zabawek. W czasie 2 wojny światowej powstał tam obóz pracy przymusowej, Zwangsarbeitslager „Ohrdruf”, pierwszy z wyzwolonych przez wojska amerykańskie (31 marca 1945). Naczelny dowódca sił alianckich, generał Dwight D. Eisenhower, rozkazał wykonać jak najwięcej zdjęć, zebrać dokumentację możliwie jak najbogatszą oraz przymusowo zabrać do obozu niemiecką ludność z okolic, by stali się świadkami przerażającej zbrodni. Nakazał im nawet grzebanie zmarłych. Swoją decyzję wyjaśnił prosto i jednoznacznie:” Żeby zebrać jak najwięcej dowodów, filmów, zeznań świadków, ponieważ nadejdzie dzień, kiedy jakiś skurwysyn na pewno powie, że to się nigdy nie wydarzyło.” Miał rację. Wystarczyło zaledwie pół wieku, by świat zapomniał.

Fragment relacji generała George`a S. Pattona z obozu w Ohrdrufu: W pobliskiej szopie leżało czterdzieści kompletnie nagich trupów w ostatnim stadium wychudzenia. Ciała były lekko spryskane wapnem, widocznie nie w celu ich zniszczenia, lecz dla zabicia odoru. Wapno jest bardzo mało skutecznym środkiem, jeśli o to chodzi. Według moich obliczeń szopa mogła pomieścić około dwustu trupów. Powiedziano nam, że pozostawiano tam ciała, dopóki szopa się nie wypełniła, po czym je zabierano i grzebano; od 1 stycznia 1945 roku, jak powiadali więźniowie, zabrano z tej szopy i pogrzebano około 3000 ludzi. Kiedy nasze wojska zbliżały się do Ohrdrufu, Niemcy uznali, że lepiej będzie, jeśli usuną dowody swoich zbrodni. Kazali więc więźniom odkopać dopiero co pogrzebane ciała i zbudować coś w rodzaju gigantycznego rusztu z 60-centymetrowych szyn kolejowych ułożonych na fundamencie z cegły. Na rusztowaniu ułożono trupy usiłując je spalić. Ale to się nie udało. Chcąc nie chcąc nasuwała się myśl o jakimś gigantycznym obrządku pieczenia mięsa u ludożerców. Z dołu, częściowo wypełnionego zieloną wodą, wystawały ramiona, nogi i inne części ciał ludzkich.