Czytając nowe wydanie Herodota, imponujące graficznie, a do tego ze wstępem, przeglądem treści, przypisami, spisem ważniejszych imion, nagle uświadomiłem sobie, jak daleko jesteśmy od tego, czym była książka w czasach autora „Dziejów”. Spróbujmy więc wyobrazić sobie, że żyjemy w latach 450-400 p. n. e., a Herodot, nasz dobry znajomy lub przyjaciel, przysyła nam, do zapoznania się lub recenzji, zwoje swojej obszernej, napisanej w dialekcie jońskim, pracy (którą znacznie później gramatycy aleksandryjscy podzielą na 9 ksiąg). A więc przesyłka Herodota ma formę zwoju. Tekst zapisany jest po wewnętrznej stronie. Początek, wzmocniony, by zapobiec zniszczeniu, zawiera skrócony tytuł tekstu. Pełny tytuł, zgodnie ze zwyczajem, znajdziemy na końcu. Zdarzają się niekiedy zwoje zapisane dwustronnie, ale to rzadkość. Zwój jest nawinięty na drążek zwany umbilicus, z którego odwija się go prawą ręką, podczas gdy lewa zwija część przeczytaną. To zupełnie inny gest niż odwracanie kartek. Format wynosi prawdopodobnie 20-30 cm. Tekst jest podzielony na kolumny. Powiedzmy, że te są poprzeczne, choć czasem zdarzają się też lekko ukośne. Wolny margines znajduje się na górze i na dole, a odległość między wierszami wynosi około 2 cm. To nie wszystko jednak. Otóż, w początkowej fazie rozwoju pisma greckiego pisało się od prawej strony do lewej. Później zaczęto stosować bustrofedon, który polegał na zapisywaniu znaków w sposób naprzemienny – od prawej strony do lewej i od lewej do prawej. W Atenach już od 550 roku p.n.e. pisano od lewej do prawej strony, więc i ten tekst powinien być zapisany w ten sposób. Mamy więc przed sobą pierwotny tekst „Dziejów” naszego przyjaciela Herodota, ale trudność prawdziwa dopiero przed nami. W tekście tym nie ma bowiem żadnej interpunkcji, a wyrazy nie są dzielone. Spróbujmy sobie wyobrazić, że będziemy przedzierać się przez gąszcz liter, które nie dzieli żadna przerwa, że zapisane są metodą jak leci, ciurkiem, jednym ciągiem, zapisanesąjaklecijednymciągiem, że tekst nie posiada klarowności do której przywykliśmy, że jest – jak to ktoś celnie określił – nieprzenikliwy jak tkanina. Myślę, że wielu z nas bez wahania odłożyłoby ten wielozwojowy szyfr na półkę. Lektura takiego tekstu musiała być mozołem, którego nie jesteśmy nawet w stanie wyobrazić sobie.
To nie koniec trudności, zresztą. Czytanie – każde słowo musiało jeszcze odpowiednio wybrzmieć. W tamtych czasach nie stosowano przecinków, to dopiero gramatycy epoki aleksandryjskiej wprowadzili tzw. znaki diakrytyczne dla akcentów i przydechów. Starożytność nie znała cichego czytania. Głośno czytało się i samemu, a jeszcze chętniej kazało się sobie czytać niewolnikowi (anagnostai). Biblioteka Aleksandryjska czy Pergamońska nie posiadały więc czytelni w naszym tego słowa znaczeniu – ówczesnym zwyczajem czytano tekst na głos przechadzając się po krużganku lub siedząc w przyjemnym cieniu jakiejś krytej kolumnady, a regały tych bibliotek przypominały plastry miodu raczej niż półki.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.