Polskie autodafe

Dwa tygodnie temu, w notce „Autodafe”, pisałem o paleniu książek, o paleniu książek przez Niemców. Zakończyłem tę notatkę cytatem z Heinego, że tam, gdzie pali się książki, w końcu pali się też ludzi. Wczoraj w polskich mediach wiadomość o tym, że przed jednym z gdańskich kościołów, na stosie przygotowanym przez księży, spalono książki. Inicjatorzy tej akcji są przekonani, że niektóre książki są sprzeczne z przykazaniami boskimi i z zapisami Katechizmu Kościoła katolickiego, a więc można i należy je spalić. W opiniach i komentarzach jakiś półgłówek napisał nawet, że nie rozumie, skąd i po co tyle szumu wokół tej sprawy, skoro spalono przede wszystkim „Harry Potera”, a to jest (pewnie gdzieś usłyszał, choć nie całkiem dokładnie) dość kiepska literatura. Kiepską literaturę można więc palić. Dokładnie ten sam sposób rozumowania, który uprawiali Niemcy w czasie drugiej wojny światowej. Wszystko, co nie jest aryjskie, co nie jest czyste rasowo, można palić. Można palić Żydów, Cyganów, Polaków czy Rosjan, całą tę „kiepską literaturę”. Można palić wszystko, co jest sprzeczne z „boskimi”, czyli naszymi, wydumanymi przykazaniami.

Najbardziej żałosne są jednak wypowiedzi polskich dostojników kościelnych. Stosują, jak zawsze, prastarą technikę słusznie nazywaną reakcją króla Dawida, czyli rozgrzeszanie się, odwracanie uwagi i pogardliwą generalizację. Proponują, by zamiast o tym drobnym, marginalnym i nic nieznaczącym incydencie, porozmawiać raczej o nieporównywalnie ważniejszych sprawach, czyli … aborcji.

No cóż, ci chłopcy zawsze byli mistrzami od wznoszenia stosów, i nie powinno nas to dziwić. Smutne jest natomiast to, że i my znaleźliśmy się w lidze podpalaczy.

Autodafe

Bibliotekę Narodową w Warszawie otwarto po raz pierwszy 8 lipca 1747 r. – był to dar biskupów Załuskich. Po Insurekcji Kościuszkowskiej cały księgozbiór ukradli Rosjanie, zachęceni do tego przez znaną niemiecką bibliofilkę, carycę Katarzynę. Gdy Polska odzyskała niepodległość, Bibliotekę zbudowano od podstaw. W 1939 r. Niemcy zamknęli zbiory Biblioteki w magazynach, a po upadku Powstania Warszawskiego, jak przystało na naród myślicieli i poetów, doszczętnie spalili bezcenne woluminy. Posiadali już sporo wprawy w paleniu książek. 10 maja 1933 roku zapłonął w centrum Berlina olbrzymi stos. Ubrani w mundury hitlerowskich oddziałów szturmowych SA studenci rzucali w ogień całe naręcza książek, bezmyślnie skandując wyuczone na pamięć hasła. Płomienie strawiły tysiące woluminów. Berlin był zresztą tego dnia tylko jednym z ponad 20 miast, w których płonęły stosy z książkami. Do podobnych autodafe doszło w Dreźnie, Bonn, Getyndze, Frankfurcie nad Menem i Królewcu. Spełniły się słowa Heinricha Heinego: Tam, gdzie pali się książki, w końcu pali się też ludzi.