Chlubne niemieckie tradycje

Najpierw sędzia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego, Jarosław Łuczaj, na wniosek zapyziałego niemieckiego miasteczka Zittau, czeskiego i niemieckiego oddziału Greenpeace oraz Fundacji Frank Bold (jeszcze jedna podejrzana organizacja ekologiczna) wydał postanowienie w sprawie wstrzymania pracy w kopalni w Turowie. Teraz Stołeczny Sąd Okręgowy zakazuje ministrowi sprawiedliwości, Zbigniewowi Ziobrze, wypowiadać się na temat produkcji filmowej nijakiej Agnieszki Holland.

W Polsce można bezkarnie obrażać Prezydenta, można obrażać Premiera, robi się to zresztą codziennie i tego żaden sąd nie zakazuje, a ludzi, którzy dopuszczają się tego pieszczotliwie gładzi po główkach, często przyznając odszkodowania za cierpienia związane z „włóczeniem ich po sądach”. Zastanawia mnie jednak, jak to jest więc możliwe, że w przypadku, gdy ktoś nie wyraża się zbyt pochlebnie o twórczości p. Holland, sąd w ogóle zabrania wypowiadania się na ten temat? Prasa informuje, że adwokaci reżyserki podjęli kroki prawne wobec ich zdaniem krzywdzącej wypowiedzi p. Zbigniewa Ziobry. Naturalnie, to im wolno. To można zrozumieć. Sąd może rozpatrzeć kwestie związane z pomówieniem czy oszczerstwem. Trudno natomiast pojąć,  jakim cudem w demokratycznym, podobno, kraju sąd może zakazać komuś wypowiadania swoich opinii. O czymkolwiek. Choćby o filmie p. Holland.  

Proniemiecka polityka byłego premiera Tuska ma jednak na swoim koncie pewne sukcesy, co trzeba ze smutkiem odnotować. Kontynuujemy niemieckie tradycje – produkcji filmowych słynnej pupilki Hitlera, czyli Berty Helene Amalie „Leni” Riefenstahl, także nie wolno było krytykować, a wyrażanie się o niej źle mogło skończyć się tylko w jeden – wszyscy wiemy jaki  – sposób.

Europejskość

Polscy „oświeceni”, z Agnieszką Holland i wieszczem Adamem Zagajewskim na czele, czynią swoim mniej oświeconym rodakom zarzuty, że za wszelką cenę pragną być Polakami. Powinni być, według nich, Europejczykami. Powinni, dla własnego dobra, przemienić się w Europejczyków czym prędzej. Stać się Europejczykami. Czyli kim? Europejczyk mówiący po francusku jest jednak, o czym doskonale wiadomo, znacznie lepszym Europejczykiem niż Europejczyk mówiący po polsku. Także Europejczyk mówiący po niemiecku, albo po włosku, czy hiszpańsku, jest lepszym Europejczykiem. Europejczyk mówiący po polsku nigdy nie będzie Europejczykiem wystarczająco dobrym, by dorównać Europejczykom lepszym. Widać to zresztą na aktualnym przykładzie. Przyjeżdża z oficjalną wizytą do Polski francuski prezydent i poucza Polaków, jak ich rzeczywistość powinna wyglądać i jak powinna być urządzona. Gani to, co nie przypada mu do gustu. Podpowiada, jak rzeczy mają wyglądać. Według niego. Świat według Macrona. Sugeruje, co mogłoby zasługiwać na jego aprobatę. Czuje się do tego upoważniony. Jest przecież gościem, przyjechał do nas z wizytą i może, a nawet jego obowiązkiem jest decydować o tym, jak urządziliśmy nasze mieszkanie, jakie mamy w nim meble, dywany, kolory ścian i okiennych zasłonach. A teraz wyobraźmy sobie, że polski prezydent podczas oficjalnej wizyty we Francji zaczyna pouczać Francuzów, jak ma wyglądać ich rzeczywistość, jakie obrazy mają wieszać w pokojach stołowych, czy wytykać im infantylny gust i dawno niewietrzone mieszkania. Założę się, że natychmiast zostałoby to okrzyknięte chamstwem politycznym niewyobrażalnych rozmiarów. Jednak francuski prezydent może to zrobić, otwarcie i bezczelnie, a wszyscy polscy „oświeceni” dyskretnie udają, na czele z bardzo „oświeconym” ciałem profesorskim z Uniwersytetu Jagiellońskiego, że nikt nie puścił bąka w salonie. Uznają za to z dumą matołków, że obraźliwe opinie francuskiego prezydenta nie były dla nas szczególnie … pochlebne. Czy nie byłoby słusznie, kochani jaśniepaństwo, stać się najpierw Polakami, zanim zacznie się marzyć o tym, by stać się Europejczykami? Nie wątpię, że tylko po tym zabiegu Europejczyk mówiący po polsku nie będzie traktowany z lekceważeniem przez Europejczyka mówiącego po francusku.