Między Troją a Moskwą

Wracam ponownie do II Pieśni „Iliady” Homera, tej z „katalogiem okrętów” uczestniczących w inwazji na Troję. Łączna ich cyfra to 1189, a w każdym miało być od 50 do 120 wojowników, co oznacza, że armia grecka liczyła ponad 50 tysięcy ludzi. Jest to całkiem przyjemna epicka hiperbola, ale – jak łatwo odgadnąć – z rzeczywistością nie mogło to mieć wiele wspólnego. W epoce mykeńskiej nie było żadnych możliwości, by wystawić armię tak liczną, a tym bardziej zapewnić jej logistykę przez 10 lat oblężenia. Największe armie epoki brązu mogły liczyć zaledwie kilka tysięcy ludzi.

Cyfry czynią więc Homera niewiarygodnym. Ale Troja była. I była wojna trojańska. I było całkiem inaczej. Bardzo to przypomina pewien ruski dowcip: Ktoś powiedział, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają samochody, co po części okazało się nawet prawdą, tyle, że nie w Moskwie, a w Leningradzie, i nie na placu, a na dworcu, a do tego nie samochody, a rowery i nie rozdają tylko kradną.

Achaje wracają pod Troję

Zaczynamy przypominać homeryckich Greków. Oceny prakseologiczna, estetyczna i moralna zacierają się. Coraz częściej błąd w działaniu i moralne wykroczenie mierzy się dokładnie tą samą miarą, nie odróżniając ich wcale. Agamemnon przyznający, że źle postąpił wobec Achillesa potwierdza jedynie, że zachował się niewłaściwie, jeżeli chodzi o skuteczność działania, nic ponadto. Moralna strona jego zachowania nie jest tu w ogóle brana pod uwagę. Tamten świat nie zajmował się tym, co moralne, cnoty nie mierzono przestrzeganiem tego, co dozwolone czy zakazane, posłuszeństwem czy poddaństwem lub tym, co jest dobre lub złe. W homeryckim kosmosie pojęcie moralnej odpowiedzialności jeszcze nie występowało. Greckie słowo kakos oznaczało osobę, której można bezkarnie wyrządzić kaka, ponieważ nie może się bronić. Zdyskredytowany był zawsze ten, kto dał się pokonać, a nie zwycięzca, bez względu na to jakich w walce użył środków. Potępiano nie tego, kto znieważał czy wyszydzał, ale tego, kto potulnie wysłuchiwał kierowanych do niego obelg. W tamtym świecie pojęcie moralnej odpowiedzialności jeszcze nie istniało, w naszym przestaje istnieć. Achaje wracają pod Troję.

Arystofanes i Homer

Arystofanes uważał, że właściwy koniec Odysei stanowi wiersz 296 (wers 306 w tłum. Lucjana Siemieńskiego, Ossolineum, 2004) XXIII księgi, gdzie Penelopa rozpoznaje swego męża, stara piastunka przygotowuje małżonkom ich łoże, a pokojowa Eurynome z pochodnią w ręce prowadzi ich do sypialni. W dalszych, zamykających epos 6oo wierszach, ton zmienia się tak bardzo, jakby poeta śpieszył się, by jak najprędzej zakończyć poemat albo – co jest równie prawdopodobne – ktoś inny uczynił to za niego. Trudno nie przyznać Arystofanesowi racji – cały finał Odysei w obecnej, oficjalnej wersji wydaje się być obcy i doklejony. To już nie jest Homer. Księga/Pieśń XXIV jest mało homerycka.

Archimedes

Archimedes, jak wielu uczonych, nie był podobno człowiekiem zbyt wylewnym, ale atmosfera Biblioteki Ptolemeuszy w Aleksandrii musiała wywrzeć na nim ogromne wrażenie. Po pobycie tam, w formie podziękowania napisał wiersz, bodaj jedyny wiersz w jego życiu, dedykując go Eratostenesowi, ówczesnemu kierownikowi Biblioteki i pierwszemu filologowi w dziejach. Wiersz, jak można spodziewać się po jednym z największych umysłów starożytności, zawierał bardzo skomplikowane zadanie matematyczne, którego treść nawiązywała do Homera, a dokładniej do sceny, gdy wygłodzeni towarzysze Odysa zabijają na świętej wyspie Trynakia (dosłownie: trójkątna, dzisiejsza Sycylia) zwierzęta ze stad boga Heliosa. Archimedes, uzupełniając Homera, wyjaśnia, że Helios miał cztery stada bydła podzielonego według czterech różnych maści, które możemy oznaczyć jako białe W, w, czarne B, b, żółte Y, y i pstrokate D, d, przy czym duże litery wskazują byki, a małe – krowy. Operując ośmiu niewiadomymi należało odpowiedzieć na pytanie, ile było krów, a ile byków w każdym stadzie. Aby to uczynić, trzeba podobno utworzyć siedem równań, uwzględniwszy przy tym jeszcze dwa dodatkowe, komplikujące sytuację warunki: suma białych i czarnych byków musi być liczbą kwadratową, a suma żółtych i pstrokatych byków musi być liczbą trójkątną (sic!). Dla mnie, u którego najprostsze równanie, choćby z jedną tylko niewiadomą, może wywołać chwilowy zespół Tourette’a i pląsawicę oczu, takie pełne atencji podziękowanie uczonego przypomina podziękowanie pszczoły. Wolałbym zwykłą pocztówkę z Syrakuz.

Kerkopi

W greckiej mitologii kerkopi, kerkos, „ogon”, to złośliwe, łobuzerskie stworzenia żyjące gdzieś w Eubei lub pod Termopilami, które wędrowały po świecie i pojawiały się wszędzie tam, gdzie szykowała się jakaś psota. Para psotnych braci, występują pod różnymi imionami, jednak znani głównie jako Passalus i Basalus. Notoryczni kłamcy, oszuści i wytrawni łajdacy. Heraklesowi, gdy był sługą Omphale w Lidii, ukradli broń. Pochwycił ich w Efezie i ukarał przywiązując do drążka głowami w dół, który nosił przerzuciwszy go przez ramię; w taki sposób pojawiają się na greckich wazach, także scena na jednej z wcześniejszych metop z Selinus. Ich matka, Theia, błagała Heraklesa, aby pozwolił jej synom odejść. Według Pherecydesa, kerkopi zostali zamienieni w kamień. W greckiej mitologii, mimo pewnych ludycznych akcentów zawsze jednak poważnej i namaszczonej, są fenomenem. Przypominają postacie z commedia dell’arte. Wiersz Homera Cercope.

Odysjada 11

Odyseusz powrócił do Itaki 25 października 1207 r pne., twierdzą astrofizycy z Uniwersytetu w Atenach. „Pięć dni później nastąpiło zaćmienie Słońca w 75% obejmujące Morze Jońskie, a potem doszło do zabójstwa zalotników”. Zaćmienie zweryfikowane zostało przez mapy NASA opisujące zjawiska naturalne od 4500 pne. Jedno całkowite zaćmienie Słońca miało miejsce w 1143 r. pne. Drugie natomiast wydarzyło się właśnie 30 października 1207 r. pne. i trwało od wpół do drugiej po południu do wpół do piątej po południu. Znajduje to odzwierciedlenie w Odysei. W Pieśni XX, tuż przed rzezią zalotników, Theoklymenos mówi do nich: … a na nieb sklepieniu / Helios gaśnie i straszne ogarniają mroki. Datę zaćmienia, 30 października 1207 r. pne., wydaje się potwierdzać także homerycki opis przyrody tego jesiennego dnia i południa, gdy następuje rozprawa z zalotnikami.

Odysjada 5

To mnie zawsze zdumiewało: nie ma w Odysei sceny pożegnania Odyseusza z Kalipso. Co za sceneria – morze, niespokojne i ciemne jak wino, wyspa na końcu świata, rozstanie na zawsze, nawet Eurypides nie oparłby się takiej okazji, nie wspominając o hollywoodzkich reżyserach. Ale stary Homer milczy. Odys rozpina żagle, siada przy sterze, odbija od wyspy, biegle przez ciemne odmęty łódź kierował. Kalipso nie ma na brzegu morza, brzeg jest pusty, żadnych sentymentów, żadnych łez, żadnej czułości. Homer milczy o pożegnaniu. U Homera nie ma melodramatycznych czy operetkowych scen. To nie jego genre. Nie ta epoka. Homerycka rzeczywistość jest drapieżna i ostra jak stal. Nie ma czegoś takiego, co moglibyśmy nazwać moralnością homerycką. Moralnością tamtej epoki jest skuteczność. Oceny, etyczna i prakseologiczna, spotykały się wówczas jedynie przez przypadek, rzadko, tak rzadko, że nawet nie warto o tym wspominać. Kalipso nie żegna więc odpływającego Odysa, nie stoi na brzegu, z bezgranicznym smutkiem w jej pięknych oczach, i dwojgiem dzieci, synów Odysa, uczepionych jej sukni. Kalipso nie jest antytezą jego losu. Antytezą jest Penelopa. Kalipso oferuje Odysowi tylko i wyłącznie nieśmiertelność, ale nieśmiertelność dla nas, śmiertelnych, jest darem żałośnie skąpym i ubogim. Nieśmiertelność nie zawiera żadnego wyzwania. Penelopa jest wyzwaniem, droga do Penelopy jest wyzwaniem. Wyzwaniem jest życie, wyzwaniem jest śmierć. Kalipso nie wie o tym. Jest nieśmiertelna, a więc naiwna.

Odysjada 4

Odys nie bardzo wierzy w szczerość intencji Kalipso, gdy ta informuje go, że może opuścić jej wyspę. I daje temu wyraz. Jest nieufny, podejrzliwy, prostacki, nieokrzesany, wymusza na niej przysięgę, że go nie skrzywdzi, że nie jest to pułapka. Odys nie jest dżentelmenem, jest postacią homerycką, żyje w świecie w którym Hektor mógł odważnie uciekać przed ścigającym go Achillesem. Kalipso składa więc przysięgę, że go nie skrzywdzi, ale raz jeszcze, próżna jak każda boginka, jak każda kobieta, kokieteryjnie żąda, by potwierdził, że Penelopa nie może się z nią mierzyć. I Odys zapewnia ją o tym, jakże bym to nie wiedział, że między Penelopą a tobą jest przedział, ale sugeruje jednocześnie, że nie o Penelopę tu chodzi, lecz o powrót, powrót do domu, bo tylko to jest dla niego ważne i tylko tego pragnie. Odys jest ostrożny. Nie jest błędnym rycerzem, nie sławi Penelopy, bo to mogłoby mu zaszkodzić. Doskonale wie, jak groźny może być gniew obrażonych kobiet, a cóż dopiero gniew obrażonych boginek.

Nostos

Nostos, powrót do domu. Prastary wątek, jednakowo atrakcyjny zarówno w epoce Homera jak i dzisiaj, a zapewne i jutro. Jego aktualność nie wygaśnie nigdy, bowiem wiernie odtwarza mechanizm samego życia; każde życie jest nostos, każde życie jest drogą do domu, powrotem do domu, podróżą, którą wypełniają dziesiątki przygód, pokus i prób. Nostos to epopeja o powrocie.

Greckie lasy

W greckiej poezji epickiej i lirycznej las jest integralną częścią krajobrazu. Lasy porastają pasma górskie i wyspy, sąsiadują z łąkami i pastwiskami na wzgórzach i równinach. W poematach Homera nie brakuje podobnych przedstawień. W Iliadzie są to przeważnie lasy górskie, w Odysei częściej mówi się o porośniętych lasem wyspach oraz świętych gajach. Atena wymienia, wśród innych walorów Itaki, jej bujne lasy, gdy pod postacią młodego pasterza ukazuje się Odysowi i wygłasza pochwałę jego wyspy. W czasach Homera Grecja była lesista, zamieszkiwały ją lwy, niedźwiedzie, wilki, dziki. Trudno to sobie wyobrazić, jeżeli znamy Grecję taką, jaka jest dzisiaj. Dzisiejsza Grecja jest skalista, łysa, porośniętą kosodrzewiną i niskim jałowcem. Czytając „Aleksjadę” Anny Komneny, obserwując niszczycielski szał z jakim Persowie, Rzymianie, Wenecjanie, Genueńczycy, Łacinnicy, Bizantyńczycy, Turcy, wszystkie nacje, które walczyły o dominację w regionie Morza Egejskiego i Jońskiego, przemieniali greckie drzewa, zwłaszcza jodły i strzeliste dęby, w monery, triery, pentery, poliery, w dromony, liburyny, galery, w dziesiątki, a potem setki tysięcy statków i łodzi, zaczynam rozumieć, dlaczego przybrzeżne regiony Grecji i jej wyspy są skalistym pustkowiem pokrytym fryganą, niską i suchą, garigiem lub poduchowatymi, wydzielającymi silny aromat olejków eterycznych, krzewinami makii. Usunięte, wytrzebione lasy zabliźniają się właśnie makią. Bujne, greckie lasy spoczywają na dnie mórz.

 

To nie Zachód

To nie Zachód przechował i utrwalił dziedzictwo antyku. To, że tradycje, kultura, wiedza, literatura i sztuka starożytności przetrwały, jest zasługą Cesarstwa Wschodniego. Anna Komnena w „Aleksjadzie” (a jest to XI wiek) niemal na każdej stronie tego dzieła wtrąca aluzje, metafory czy odniesienia do Iliady i Odysei, Eurypidesa i Arystotelesa, Sokratesa i Platona, cytuje Ajschylosa i Tukidydesa, pisze o podbojach Aleksandra, antycznej rzeźbie i medycynie. Europejscy twórcy tamtego okresu? Anonimowy Turold, który –  być może –  spłodził dość naiwną i niezdarną przypowieść o Rolandzie, nigdy zapewne nawet nie słyszał o Troi, Homerze lub Odysie. Cesarstwo Zachodnie, spacyfikowane, wyniszczone i rozdrobnione, opanowane przez prymitywne germańskie plemiona, całą północną dzicz, przypominało dokładnie oczyszczony szkielet ryby. Nawet gdyby pozostało coś godnego przechowania, to i tak nie miałby kto tego uczynić.

Menos i lyssa

Homer rozróżnia dwa rodzaje zachowań wojowniczych. Pierwszy z to menos – odwaga, siła, stan zdecydowania. Zimny, chłodny spokój, z jakim Odyseusz zabija zalotników. Menos jest zachowaniem pozytywnym, budzi trwogę, ale i podziw, prowadzi do sukcesu. Drugi to lyssa, wilczy szał. Zawładnął on Hektorem pod Troją. Doświadczył go Herakles, zabijając w tym szale swoje dzieci. Lyssa jest stanem destrukcyjnym w pełnym tego słowa znaczeniu. Bogini Lyssa, uosobienie szału, wściekłości, przedstawiana jest zwykle z wężami we włosach, podobnie jak Gorgona.

Troja

Druga pieśń „Iliady” zawiera ciekawą statystykę załóg i okrętów, które przybyły pod Troję: Beoci – 50 okrętów, po 120 ludzi w każdym, Fokeje – 40, Ajas i Lokry – 40, Eubea – 40, Ateny – 50, Salamina – 12, Argos, Tyrynt, Hermiona, Asina, Ejona, Trojzena, Epidaur – 80, Mykeny, Kleona, Arajtyra, Orneje, Sykion, Hiperezja, Gonoessa, Sykion – 100, Sparta, Faris, Messa, Augeje, Bryzeidy, Amykle, Helos, Laas, Ojtyl – 60, Pylos, Arena, Tryos, Ajpa, Kyperejs, Amfigeneja – 90, Tegea, Arkadia, Feneos, Mantineja, Orchomeos, Ripa, Stratia, Enispa – 60, Buprazjon, Hyrmina, Mersinos, Olenia, Alejzjon – 40, Epeje, Dulichion oraz Echina – 40, Kefalonia – 12, Etolowie – 40, Kreteńczycy – 80, Rodos – 9, Syme – 3, Nisyros, Krapatos, Kasos, Kos, Eurypyla, Kalydna – 30, Pelazgowie – 50, Fylaka, Pyras – 40, Fery, Bojba, Glafyry – 11, Metona, Taumakia, Olizona, Meliboja – 7, Trikka, Itoma, Ojchalia, Asklepios -30, Ormenion, Titanos, Hypereja, Asterion – 40, Argissa, Gyrton, Olooson, Elona, Orta – 40, Kyf, Ajnionczycy, Perajbowie – 22 i  Magnetowie – 40.
Łącznie jest to 1145 okrętów. Niektóre załogi były liczniejsze, inne mniej, ale gdyby przyjąć, że na każdym znajdowało się przeciętnie 50 wioślarzy, to otrzymujemy cyfrę przekraczającą 5o tysięcy.  Nie dziwi mnie, że już Tukidydes, nie tylko historyk, ale i wybitny strateg, podważał wiarygodność Homera, odsyłając go do krainy wspaniałych, co prawda, ale baśni. Pewnie i on zadał sobie proste, logistyczne pytanie: kto i jakim cudem mógł wyżywić 50 tysięcy ludzi przez całe 10 lat trwania wojny?

Neandertalczycy i my

Od pewnego czasu wiadomo już, że gatunków homo było na Ziemi znacznie więcej niż jeden i przyjemnie było śledzić rozliczne spekulacje o ich ewentualnych czy – jak to się mówi dzisiaj – wirtualnych losach. Ta przyjemność odchodzi w niepamięć. Ostatnio naukowcy udowodnili, że Neandertalczycy oraz inni, mniej lub bardziej bezimienni sąsiedzi z naszej zamierzchłej przeszłości, nie wyginęli jednak na wskutek kolizji Ziemi z kometą czy astroidą i absolutnie w żadnym wypadku nie popełnili zbiorowego samobójstwa. Wszystko wskazuje na to, że to my, zwyrodniały i morderczy gatunek homo sapiens, bezlitośnie wytrzebiliśmy te żałosne pomyłki ewolucji. Właściwie nie jest żadna to niespodzianka, wiele razy próbowano sugerować to już wcześniej, aczkolwiek dość nieśmiało i zażenowaniem. Interesujące jest coś innego, mianowicie, powszechny i infantylny lament prasowy nad losem biednych neandertali i naszym okrucieństwem. Najwyraźniej współczesny homo, i do tego sapiens, wciąż nie wie albo zapomniał już, że sukces ewolucyjny jednej grupy zawsze odbywa się kosztem innej i że od tego prawa nie ma żadnego wyjątku. Jest więc hipokryzją poniewczesne rozdzieranie szat i fałszywe bicie się w pierś z powodu okrucieństwa naszych przodków. Byliśmy okrutni, jesteśmy okrutni. Dla nas, jako gatunku, być może na szczęście, bowiem w innym razie może właśnie Neandertalczycy władaliby tą planetą. Czy byłby to zabawniejszy wariant? I dla kogo? Bo naszej planecie jest to kosmicznie obojętne. Przetrwała zdarzenia o których nie mamy żadnego pojęcia i przetrwa też nasze szaleństwo. Irytujące jest więc to ckliwe, durne i fałszywe dziennikarstwo drobnych pismaków wykształconych na Wikipedii, którzy popiskują niby pokornie, niby trwożnie na temat bezprzykładnego okrucieństwa naszego gatunku. Nie omieszkują przy okazji popisać się dość wątpliwą wiedzą i wypominaniem nam innych „zbrodni”: że wytrzebiliśmy moa, nieudane skrzyżowanie kury z żyrafą, że wykończyliśmy mamuty, te wielkie, umysłowo ociążałe kombajny, które przez tysiąclecia nie zdołały wymyśleć choćby czegoś tak głupiego jak gra w piłkę nożną, że z apetytem zjedliśmy ostatnie dodo i półtonowego mamutaka, że pozbyliśmy się depresyjnych turów, bezużytecznych żółwi słoniowych, niedojnych krów morskich Stellera, niesmacznych drontów z Maskarenów, nieoswajalnych wilków tasmańskich czy paskudnie nietowarzyskich tygrysów kaspijskich oraz balijskich. Pewnie, że wcale nie chodziło o to, że miały dobre mięso czy wartościowe skóry. W naszym świecie po prostu nie było miejsca na ich świat. Rzadko zdarza się tak, że w jakimś świecie jest miejsce na świat dla każdego. Równie śmieszne jest wypominanie nam, że podeptaliśmy jakieś kwiatki i rabatki na egzotycznych grządkach, że wycinamy malaryczne dżungle, spalinami zatruwamy atmosferę i nie okazujemy szacunku dla mieszkańców tropikalnych lasów, słodko pogrążonych w neandertalskiej drzemce.

Wyszliśmy z natury dawno temu, szukając schronienia i bezpieczeństwa, bo natura nie mogła nam tego zapewnić. Dziś już nie my jesteśmy dla środowiska, lecz środowisko i cała planeta jest dla nas. I myślę, że nasz gatunek zasłużył na to. Jego kariera jest fascynująca. W czasie, gdy stawiał swoje pierwsze kroki, gdzieś na sawannie w Afryce, nie miał wcale większych szans niż pasące się tuż obok antylopy i żyrafy. Był łupem tak samo łatwym jak one, a może nawet łatwiejszym, bo nie był ani tak szybki ani zwinny. A jednak to on zdołał rozprzestrzenić się na całym globie, nauczył się uprawiać ziemię, budować okręty, zakładać królestwa i imperia, zdołał pokonać morza i oceany, odkryć najodleglejsze wyspy i z pokracznego, owłosionego zbieracza-łowcy stać się panem świata. Prawda, że całkiem nieźle jak na absolutne biologiczne zero? Ten słabeusz, ofiara, rozpustnik, bandyta, morderca, najgroźniejsze stworzenie na tej planecie, terminator dobrotliwych tygrysów syberyjskich i rozkosznych mamucików, ten zimny zabójca stał się panem planety i to on stworzył to wszystko, co na tej planecie cudowne, wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju i absolutnie nie-naturalne, bo natura mogła stworzyć góry i rzeki, kwiaty i motyle, ale bez  pomocy homo sapiens nigdy nie stworzyłaby poematów Homera, wierszy Borgesa, rzeźb Rodina, perfum Armaniego, symfoni Bacha, obrazów Leonarda da Vinci, niebotycznych katedr, foie gras, międzykontynentalnych rakiet, koła i steków Ribeye, sukni Diora i jedwabnych pończoch z szewkiem. Ten potwór, który jeszcze do niedawna był niczym w świecie fauny, jest już w stanie zaprojektować inne, żywe istoty, w zanieczyszczonym środowisku żyje przeciętnie dwa razy dłużej niż jego przodkowie na świeżym powietrzu sawanny, leczy najgroźniejsze choroby i radzi sobie z najgroźniejszymi kontuzjami, podróżuje z kontynentu na kontynent w kilka godzin, ogląda inne planety i nasłuchuje ich pomruków. Kiedy przyjrzeć się karierze homo sapiens bez płaczliwego sentymentalizmu staje się jasne, że najgorsze nie jest to, co jest słabością tego gatunku, lecz to, że nie zdoła on uciec od swoich sukcesów.

Troja

Wywiad „Troja zmienia adres”, Marek Węcowski:  Ok. 1200 roku p.n.e. przez wschodnią część basenu Morza Śródziemnego przetacza się katastrofalny najazd tzw. Ludów Morza – nazwał ich tak egipski faraon Ramzes III (1187–1156 p.n.e.), który ostatecznie rozgromił ich armię, gdy dotarła aż do Egiptu. To oni odpowiadają za upadek państwa Hetytów (ok. 1180 p.n.e.). Nieco wcześniej pada zdobyta i spalona Wilusa-Troja. Rzecz w tym, że wśród band Ludów Morza na pewno znajdowali się achajscy watażkowie, którzy szukali lepszego życia po zagładzie cywilizacji mykeńskich pałaców. Gdy Ludy Morza poszły dalej na Egipt i zostały pokonane, część pobitych wrogów Egipcjanie osadzili w Palestynie. Wiemy dziś, że lud ten – zwany przez swych zaciekłych wrogów Hebrajczyków Filistynami (od nich zresztą pochodzi nazwa „Palestyna”) – składał się w dużej mierze z mykeńskich Achajów. Jest więc bardzo prawdopodobne, że mglista pamięć o jakiejś wojnie pod Troją mogła przetrwać wśród Greków od czasów wędrówek Ludów Morza. Tyle tylko, że od rozbójniczych zagonów żądnych krwi, łupów i kobiet barbarzyńców, do „narodowej” wyprawy Greków, mszczących zniewagę Menelaosa, bo taką opisał Homer, jeszcze bardzo daleko. Widzimy po raz kolejny, że Homer nie miał pojęcia o prawdziwych losach Troi i wojny trojańskiej.

Emil Cioran

Czytam „Zeszyty” Emila Ciorana i z każdą stroną rośnie mój podziw i szacunek nie tylko dla jego pisarstwa, ale i tego, kim był. Otwierając tę niemal 1000 stronicową książkę byłem przekonany, że ugrzęznę w czymś w rodzaju dziennika intymnego i będę musiał wąchać przepocone skarpetki autora, dzielić jego niepowodzenia seksualne, trudne dzieciństwo, poczucie krzywdy i jego dramatyczne relacje z kochankami. Ale „Zeszyty” nie są, na szczęście, dziennikiem intymnym. Dziennik intymny jest wynalazkiem pisarzy nowożytnych. Cioran do nich nie należy. Nie ma tam ani słowa o Simone Boué, trudnym dzieciństwie czy podartych i przepoconych skarpetkach. Cioran jest jak Wergilusz, Dante, Homer czy Szekspir. Jak oni nie pisze dziennika. Jak oni przedstawia życie w akcji, w doświadczeniu.

Taki świat

Spróbuj wyobrazić sobie świat, taki świat w którym nie ma żadnego Leonardo da Vinci, żadnego Homera czy Szekspira, Darwina, Edisona, Einsteina, Pasteura, Mendelejewa czy Bohra, żadnego Prousta czy Nabokova, żadnego Ovidiusza czy Balzaca, żadnego Chopina czy Mozarta, a są jedynie wszelkiej maści Zlatany, Beckhamowie, Madonny i Lady Gaga, Justin Bieber i Ellen DeGeneres, Elton John i Lady Diana, Ricky Martin i James Paterson, Cristiano Ronaldo, Kim Kardashian i Pamela Anderson, Victoria Silvstedt, Jessica Simpson, Ozzy Osbourne i  Britney Spears. Czy chciałbyś żyć w takim świecie?

Właśnie w nim żyjesz.