Igrzyska Olimpijskie

Międzynarodowy Komitet Olimpijski zdecydował, że Rosjanie i Białorusini mogą uczestniczyć w przyszłych Igrzyskach w Paryżu. Część krajów zdecydowanie nie aprobuje, i słusznie, takiej decyzji. Komitet Olimpijski straszy więc, że za taką postawę może wymierzyć kary wykluczenia z rodziny olimpijskiej, bowiem groźba bojkotu jest pogwałceniem zasad olimpizmu i równości startu. Ewentualny bojkot byłby więc potraktowany jako złamanie Karty Olimpijskiej.

Zdumiewa mnie, że w żadnym tekście, który na ten temat czytałem, nie pojawia się ani słowo o tym, co w tej sytuacji powinno pojawić się jako pierwsze i najważniejsze – mianowicie, przypomnienie władzom Komitetu Olimpijskiego źródeł z jakich wywodzi się ta piękna idea, którą podobno reprezentują. Igrzyska Olimpijskie w starożytności były organizowane zawsze w czasie drugiej pełni Księżyca po przesileniu letnim, czyli na przełomie lipca i sierpnia, a już miesiąc przed oraz podczas igrzysk olimpijskich obowiązywał święty pokój, ekechejria. Termin ten znaczy dosłownie „wyciągnięcie ręki”, bez pełnej zgody lub chociażby zawieszenia broni igrzyska nie miały prawa się odbyć. Na ten okres wstrzymywano nawet wykonywanie kary śmierci i tok procesów sądowych, a udział w Igrzyskach mogli brać wyłącznie wolni obywatele, nieobciążeni żadnym przestępstwem. Igrzyska Olimpijskie nie mogły być wielkim świętem zbrodniarzy. Czyżby Komitet Olimpijski nic na ten temat nie wiedział?

Teodozjusz II

Antyczny świat został ostatecznie pogrzebany za rządów cesarza Teodozjusza. Edykty z 391 i 392 roku zakazywały absolutnie wszystkich form tradycyjnego kultu, zabroniono nawet palenia kadzidła i oddawania czci larom. Bezwzględnie niszczono posągi bogów, świątynie i amfiteatry. Pod rządami tego cesarza — przez chrześcijan określanego mianem Wielki — dokonano totalnej separacji społeczeństwa od prawdziwych duchowych korzeni Europy. Przedchrześcijańskie instytucje, dzieła sztuki, budowle, obyczaje i zwyczaje zostały skazane na zapomnienie i śmierć. Igrzyska olimpijskie zlikwidowano w roku 393. Znikły one z rzeczywistości europejskiej na 1503 lata. Wznowiono je w Atenach dopiero 6 kwietnia 1896. Teodozjusz  w swoim dekrecie z roku 423 oświadczył dumnie: paganos qui supersunt, tamquam iam nullos essse credamus (pogan, którzy pozostali, uznajemy za już nie istniejących). Mieszkańców prowincjach zachodnich cesarstwa, odmawiających przyjęcia wiary w Chrystusa, jeszcze u schyłku V wieku deportowano na Korsykę i Sardynię. Na Wschodzie, w połowie VI wieku, czyli w czasach panowania Justyniana I, siłą ochrzczono ponad 70 tysięcy ludzi, a w roku 529 zamknięto jedną z ostatnich ostoi ducha europejskiego — Akademię Ateńską. Nowa religia, chrześcijaństwo, wprowadziła się do Europy nie przez głoszoną miłość, lecz gwałt.

Nowe Koloseum

Sport i polityka to prastary duet. Już Igrzyska Olimpijskie w starożytnej Grecji kreowały zwykłych ludzi na narodowych bohaterów, choć były to jednak dość niewinne zabawy w porównaniu z tym, co przyszło kilka wieków później. Wystarczy przypomnieć słynne „powstanie Nika” w Bizancjum, gdy niezadowolone z rządów Justyniana elity polityczne sprowokowały ogłupiałych kibiców Zielonych i Niebieskich do awantury, która zakończyła się śmiercią dziesiątek tysięcy ludzi. Średniowieczne, preferując zdrowie duszy, znacznie mniej zainteresowane ciałem, nie było szczególnie „sportowe”, jeśli nie liczyć turniejów rycerskich i publicznych egzekucji, tłumnie nawiedzanych przez podnieconą i rozentuzjazmowaną gawiedź – namiastka antycznego „circus”, bo chleb przynoszono ze sobą, jak na porządny piknik przystało.  Kolejne epoki, nawet jeśli doceniały i propagowały starożytny ideał paidei, też nie potrafiły czy nie umiały użyć sportu w celach politycznych. A może nie było potrzeby? Czasy nie były spokojne. Upiory wędrowały wzdłuż i wszerz Europy, a krwawe widowisko zwane powszechnie Rewolucją Francuską dostarczyło plebsowi dostatecznie dużo wrażeń na wiele lat do przodu. Dopiero więc czasy nowożytne powróciły do tej wypróbowanej rzymskiej metody. Nazistowskie Igrzyska Olimpijskie w Berlinie, rozdęta rola sportu w byłych krajach komunistycznych, ze Związkiem Radzieckim i Chinami na czele, wojna futbolowa między Hondurasem a Salwadorem. Przykładów jest wiele, od początku XX wieku sport stał się techniką projektowania człowieka według politycznych potrzeb, a więc człowieka sprawnego tylko w bardzo wąskim zakresie rzeczywistości społecznej, istoty bezrefleksyjnej, uwolnionej od trudu krytycznego widzenia i przykrej konieczności decydowania o samym sobie.

W latach 60-tych ubiegłego wieku, w okresie, gdy telewizja jeszcze raczkowała, sport pojawiał się głównie w soboty i niedziele, zaledwie dwie, co wyżej trzy minuty, skrót najważniejszych informacji o ciekawszych sportowych wydarzeniach. W 10 lat później jest w naszych domach każdego wieczoru, choć wciąż jeszcze nie dominuje innych programów. Dzisiaj mamy już dziesiątki kanałów sportowych, które nadają całą sportową nędzę dzień i noc, od pierwszej ligi po dziesiątą, przez okrągłą dobę i to te kanały królują w naszych pubach, restauracjach, poczekalniach dworcowych i lotniczych, u dentysty, w szpitalach czy osiedlowych butikach. Sport, sport, wszędzie sport i sport raz jeszcze. Sport i telewizja – dwa narkotyki. Nie ma to już nic wspólnego z ćwiczeniami ciała, z jakąkolwiek paideią czy kalokagatią, z sensowną rywalizacją. To widowiskowy biznes, nowe i udoskonalone wydanie panem et circenses, gdzie każdy chwyt jest dozwolony, a pomysłowość i „wynalazczość”, głównie w dziedzinie środków dopingowych, przechodzi samą siebie. Dzięki temu stutysięczne tłumy legalnie narkotyzują się na trybunach stadionów, a tzw. kibice, zdominowani przez wszelkiej maści bandytów, stali się znaczącą siłą polityczną. Wszystko, byle tylko nie myśleć, byle niczego sobie nie uświadamiać, byle być „poinformowanym” bez wysiłku wypracowania własnego sądu czy zdania, bo dzisiaj tabela wyników sportowych znakomicie zastępuje przekonania, komentarze o sportowych imprezach uchodzą za konwersację, a przynależność do określonego klubu jest tym samym, co przynależność do partii politycznej.

W kraju w którym mieszkam, w Szwecji, sport jest świętą krową. Wieczorne wiadomości prawie nigdy obecnie nie zajmują więcej niż dziesięć minut, pozostałe dwadzieścia minut to wiadomości sportowe. Przeciętny Szwed, w prawdziwym życiu zdominowany przez kobiety, niepewny i bojaźliwy, bezsilny w życiu społecznym i zawodowym, poprawny politycznie aż do rzygowin nie ma żadnych powodów i żadnych szans, by poczuć się silnym. Sport jest więc dla niego substytutem. Tutaj może projektować siebie na grę, w której nigdy nie będzie brał udziału, i tylko tutaj, w przypadku wygranej jego drużyny, może poczuć, że coś dzieje się w jego nędznym życiu i on sam coś znaczy. I to samo dzieje się w całej Europie. Tak oto, po tysiącach lat, znów rozsiedliśmy się wygodnie na nowych ławkach nowego Koloseum.