Wizja Eliade

Czytam raz jeszcze „Dziennik emigranta” M. Eliade i pod datą 27 lipca 1964 roku znajduję takie słowa: Za pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat świat zmieni się całkowicie – zmieni się wszystko, i kultura, i sens życia, i wartości moralne. Zrodzi się inny świat, które będzie może równie twórczy i „interesujący”, jak ten, który zaczął swoją egzystencję w Grecji, w siódmym wieku przed Chrystusem. Tym niemniej nasz świat zniknie i to dokona się być może w sposób jeszcze bardziej tragiczny niż w przypadku Bliskiego Wschodu czy Grecji. Wyobrażam sobie na przykład Europę zamieszkałą przez ludność azjatycką czy afrykańską, przez inteligentnych i wykształconych ludzi, którzy będą się przechadzali ulicami historycznych miast, nie rozumiejąc wcale ducha tych miejsc (podobnie jak Anglicy w Kalkucie, przechodzący każdego dnia przed hinduskimi świątyniami bez najmniejszego zainteresowania nimi, co brało się z pogardy lub z nienawiści).

Prawie spełniona wizja. Z tym drobnym zastrzeżeniem, że dzisiaj ulicami europejskich miast, pełnych historii i zabytków, nie przechadzają się wcale jacyś inteligentni i wykształceni ludzie z Azji czy Afryki, lecz pół albo i pełni analfabeci z tych kontynentów, którzy nie tylko nie rozumieją ducha tych miejsc, ale nawet nie zadają sobie trudu, by go zrozumieć czy choćby poczuć. I nie bierze się to wcale z pogardy, lecz z niemaskowanej nienawiści – do okazywania pogardy jeszcze nie dorośli. Pogarda, która jest rodzajem fałszywej dumy, długo jeszcze nie będzie im dostępna.

Rzecznik prasowy przemytników

Śmierć migrantów na morzu to hańba dla naszego społeczeństwa i bolesne wołanie, które nie może pozostawić nas obojętnymi, woła rzecznik prasowy Związku Przemytników Ludzi, papież Franciszek, i proponuje hojne otwarcie naszych granic tudzież serc. Europa Zachodnia od wielu już lat konsekwentnie podcina sobie żyły, a dziś do tego klubu samobójców oficjalnie dołączył katolicki Kościół. Jest więc wielce prawdopodobne, że ten dotychczas dość niemrawy proces znacznie przyśpieszy, niestety.  

Po tym absurdalnym exposé Franciszka wracam do moich notatek ze znakomitej i dzielnie przez wszystkich przemilczanej pracy „Przedziwna śmierć Europy”. Jej autor, Douglas Murray, nie ma wątpliwości co do tego, że niekontrolowana migracja jest tykającą bombą, która wcześniej czy później wysadzi w powietrze europejską demokrację, co już dziś obserwujemy niemal w całej Zachodniej Europie, a jego praca ukazała się przecież ledwo sześć lat temu, w 2017 roku. Murray utrzymuje, że rzeczywistym powodem napływu migrantów do Europy jest fakt, że Europa sama wykreowała się na pożądany cel takich przedsięwzięć nie tylko nie wprowadzając jakichkolwiek ograniczeń i nie stawiając praktycznie rzecz biorąc żadnych wymagań, ale do tego jeszcze reklamując się jako zacna i dobra ciocia, która „pozwoli przybyszom pozostać, kiedy już się tam znajdą. Ludzie ciągną do Europy na wskutek wiedzy, że tamtejsze państwa opiekuńcze zajmą się nimi oraz że nawet jeżeli świadczenia nie będą bardzo hojne, imigranci będą żyli na wyższym poziomie i cieszyli się szerszym zakresem praw niż w innych częściach świata, nie mówiąc o krajach pochodzenia”. Nie jest to więc, jak chcieliby to widzieć niektórzy, kwestia ekonomicznej atrakcyjności Europy, bowiem wdzierające się tutaj hordy roszczeniowych półanalfabetów, głównie z krajów islamskich, wcale nie przybywają w tym celu, by pracować. Ten problem nie dotyka przecież w takim stopniu innych obszarów świata. Nie doświadczają tego Chiny, druga co do wielkości gospodarka świata, ani Japonia, która wprowadziła przepisy, które niezwykle skutecznie powstrzymują, zniechęcają i utrudniają imigrację ani nawet kraje emirackie, ostentacyjnie i obrzydliwie bogate, które nie życzą sobie i nie przyjmują swoich uboższych islamskich braci, mając w nosie jeden z pięciu filarów islamu czyli zakat, jałmużnę.

Obserwując ten proceder, który tak entuzjastycznie popiera papież Franciszek, nie sposób pozbyć się wrażenia, że w tym transferze islamu świadomie biorą udział już nie tylko zwykli przemytnicy, ale i pewne państwa.

Cioran o Rzymie

Emil Cioran, w wywiadzie Sylvie Jaudeau: Weźmy Rzym: jeśli przyjęcie chrystianizmu było objawem przedśmiertnym, to dlatego, że w parze z wyczerpaniem się wierzeń szła postępująca anemia tubylców. Większość mieszkańców stolicy była imigrantami. Triumf chrześcijaństwa był ich zasługą. W końcu zawsze górę biorą służący. To, że później nowa religia oczarowała z kolei rzymską inteligencję, jest już mniej zrozumiałe. Można to przypuszczalnie złożyć na karb skrajnego znużenia. Chrystianizm narzucili „rozłożeni” duchowo Rzymianie i kipiący witalnością cudzoziemcy. Kusząca byłaby tu paralela z aktualnym Zachodem, również znużonym własnymi tradycjami.

Paralela jest aż nadto oczywista. Także i tym razem, nie łamiąc dziejowych zasad, górą będą służący.

Poputczyki islamu

Poputczyki islamu to termin zaproponowany przez znakomitego pisarza węgierskiego, Sandora Marài, i nie ma w tym przypadku, bowiem pochodził z kraju, który od stuleci narażony był na spotkania z tą tępą i gwałtowną ideologią. W Europie zresztą, nawet jeżeli brzmi to dziwnie, nigdy nie brakowało jej poputczyków. Już Erazm z Rotterdamu zapewniał, że ekspansję islamu można skutecznie powstrzymać dając „dobry przykład chrześcijańskiego życia”. Innymi słowy, liczył – podobnie jak jego dzisiejsi epigoni – że muzułmanie, ujrzawszy bogobojnych giaurów, zawstydzą się okrutnie i może porzucą, zalecaną im przez Proroka, „drogę miecza”. Erazm byłby zapewne dumny widząc dziś tłumy pokojowo nastawionych pajaców, którzy w milczeniu i pokorze demonstrują swoją dezaprobatę dla „niecnych wyczynów” jakichś tam pojedyńczych i niedostatecznie zintegrowanych multikulturalnie imigrantów. Byłby zapewne tym bardziej dumny postrzegając w tych demonstracjach muzułmańskich politruków czyli immamów, którzy w ten sposób odwdzięczają się nam za inwestycje w postaci setek meczetów i szkół koranicznych w całej zjednoczonej Europie. I byłby na pewno dumny widząc tysiące pluszowych misiaczków, zniczy, wiązanek kwiatów, laurek oraz wszystkie malowanki na chodnikach z wyrazami współczucia dla ofiar i wyrazami najwyższego szacunku do innych „cywilizacji i kultur”. Czyli byłby na pewno dumny z naszej tolerancji dla islamskiego braku jakiejkolwiek tolerancji dla czegokolwiek.

Mamy bogate tradycje w tym względzie i nie kończą się one bynajmniej na Erazmie. Luter i jego kumple od reformacji uważali, iż islamskie najazdy są słuszną plagą Bożą spadającą na oddających się „kapistowskiej idolatrii” katolików i że sułtan, jakiś ówczesny Erdogan, to daleki potomek króla Priama i ma słuszne prawa do zasiadania na imperialnym tronie Nowego Rzymu. Inni twierdzili, że oto spełnia się apokaliptyczna zapowiedź o powstaniu ludów Goga i Magoga jako zwiastunów klęsk ostatecznych. Nasze dzisiejsze intelektualne wygibasy na ten temat mają więc wypróbowaną i prastarą tradycję. Liberalną.