Religia idealna

Ibn Khaldun, „Muqaddimah”: Jest faktem, że z niewielkimi wyjątkami, większość uczonych muzułmańskich nie było Arabami mimo, że islam jest religią arabską, a jej założyciel był Arabem. Wynikało to z prostych warunków życia na pustyni. Ludzie w tym czasie nie wiedzieli nic o nauce ani o pisaniu książek. Nie było do tego żadnej zachęty i żadnej potrzeby. Taka była sytuacja w czasach ludzi skupionych wokół Mahometa oraz drugiego pokolenia. Analfabetyzm był powszechny wśród ludzi otaczających Mahometa, ponieważ byli Beduinami. Ludzi, którzy znali Koran, nazywano „czytelnikami Koranu”, co sugerowało, że byli piśmienni.

Islam był religią dla prymitywnych i niepiśmiennych. Jego liturgia, jeżeli uznać za liturgię modlitwę odprawianą 5 razy dziennie, wyznanie wiary, jałmużnę i post, nie zmusza wiernych do jakiegokolwiek, choćby najmniejszego umysłowego wysiłku. Islam pozostał religią dla prymitywnych i niepiśmiennych i w gruncie rzeczy na tym polega jego popularność. W islamie nie ma miejsca na żadnych świętych Tomaszów czy świętych Augustynów. Religia niemal idealna – zero intelektualnego zaangażowania, tylko ślepe posłuszeństwo.

Intelekt

Aleksander Wat w „Moim wieku” wystawia Dzierżyńskiemu opinię człowieka o „gołębim sercu”, kochającego dzieci, a postawienie go na czele zbrodniczej Czeki przypisuje wyjątkowej perfidii Lenina, chętnie stosującego ten rodzaj komunistycznej przewrotności, bowiem niszczył on skutecznie nawet najszlachetniejsze charaktery. Diametralnie inne zdanie o Dzierżyńskim ma Ferdynand Ossendowski. Twierdził on, że nawet Lenin unikał wizyt w osławionej siedzibie Czeki na Łubiance, bowiem władał tam człowiek ogarnięty żądzą mordu, zły, nieobliczalny i szalony. Czytając „Mój wiek” ponownie znajduję tam tyle naiwności, że po 250 stronach odstawiam tę książkę na półkę, rozważając, czy po prostu nie wyrzucić jej na śmietnik. Jedyną zaletą, wynikającą tej lektury, jest zrozumienie przyczyny, która zawsze pozwalała, i wciąż pozwala, obywać się intelektualistom bez rozumu. Nie potrzebują rozumu. Mają intelekt.

O Elojach i Morlokach

Elojowie Herberta George’a Wellsa z Wehikułu czasu są młodzi i piękni, ale przypominają dzieci, dzieci z wypaczonym, infantylnym obrazem świata, nieświadomych dobra i zła, całkowicie pozbawionych umiejętności współpracy. Ta piękna rasa jest podległa Morlokom, stworzeniom przypominającym małpy, którzy traktują Elojów jak hodowlane zwierzęta. Morlokowie uprawiają nieskomplikowaną inżynierię społeczną polegającą na tym, że w pierwszej kolejności eliminują najstarszych z Elojów, co sprawia, że są oni wizualnie rasą niemal doskonałą, acz bezwolną i pozbawioną świadomości. Żyją w rajskim otoczeniu: świeże powietrze, słońce, owoce; mogą beztrosko biegać po łąkach i polach, zrywać kwiaty, rozmnażać się do woli, kąpać się w krystalicznie czystych jeziorach i strumieniach – wydaje się, że ich jedynym problemem zdaje się być brak jakichkolwiek problemów. Ale to tylko pozory. Żyjący w podziemiach Morlokowie wypełzają pod osłoną nocy ze swoich legowisk podziemnych i porywają Elojów, by potem żywić się ich mięsem. Bohater Wellsa dochodzi do wniosku, że tylko egzystencja w trudnym, niebezpiecznym środowisku stymuluje wzrost inteligencji, a Elojowie żyją w świecie pozbawionym jakiejkolwiek intelektualnej prowokacji. Są piękni, ale puści i nieświadomi.

Podobne przekonanie żywił również Emil Cioran twierdząc, że doskonałe zdrowie jest czymś antyduchowym, że człowiekowi doskonale zdrowemu psychicznie i fizycznie nie dostaje pewnej istotnej wiedzy, czyniąc zeń istotę dość bezwolną. Cioran uważał, że najzdrowsi i najpiękniejsi, najregularniej zbudowani ludzie są i muszą być powierzchowni. Doskonałość czy piękno zdają się wyczerpywać wszystko, indywidualności jest tu zbyteczna. Natomiast, gdy tylko ktoś ma jakąś ułomność, ma także swoje własne zdanie, inny sposób widzenia, indywidualność. Ułomność, w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu, narzuca inność i dopiero inność stwarza indywidualność.

Książki i adidasy

Notatka w prasie internetowej. Księgozbiór i archiwum zmarłego w 2016 roku Umberto Eco zostanie przekazany na 90 lat uniwersytetowi w Bolonii, gdzie pracował, a cenna kolekcja starodruków trafi do biblioteki Braidense w Mediolanie. Kolekcja liczy około 30 tysięcy tomów. Na mocy tej decyzji podzielono je między Mediolan, gdzie pisarz mieszkał niedaleko biblioteki Braidense, a jego Alma Mater w Bolonii. Do mediolańskiej placówki trafi 1200 starodruków, wśród nich 380 pochodzących z okresu XVI-XVIII wieku.

Pod spodem tylko dwa komentarze. W jednym ktoś pyta retorycznie, po co to wszystko, skoro i tak nikt tego nie przeczyta, a w drugim ktoś inny stwierdza smutno, że książki leżą dziś w marketach między kartoflami i podróbkami adidasów. To prawda. Księgarnie, te dawne, dumne świątynie książki, znikają z pejzażu naszych miast. W czasach mojej młodości w przeciętnym, stutysięcznym miasteczku istniały co najmniej cztery księgarnie, czasem więcej, i były to niemal miejsca sacrum – wchodziło się tam z szacunkiem, prawie na palcach, mówiło się ciszej, zachowywało stosownie. Księgarzy w żadnym wypadku nie należało mylić czy – tym bardziej – traktować jako sprzedawców. Takie określenie byłoby dla nich ujmą i obrazą. Termin sprzedawca mógł dotyczyć osób handlujących warzywami czy butami, ale nie kogoś, kto zajmował się czymś tak szlachetnym jak książka. Księgarz posiadał status kapłana, osoby wtajemniczonej, obcującej z wyższymi duchami, status kogoś wprowadzonego w misterium intelektu. Zwykły, prosty człowiek rzadko odważał się i rzadko wchodził do takich przybytków jak księgarnia zwyczajnie i prosto z ulicy. Sąsiadka moich rodziców, zmuszona udać się do księgarni, by zakupić podręczniki szkolne dla jej dzieci, idąc tam ubierała się zawsze „jak do kościoła”, jak mawiała, czyli lepiej, w odświętne ubranie. Półki z książkami przytłaczały ją tak bardzo, że traciła oddech, książki onieśmielały, a na widok księgarzy, uroczystych kapłanów tego tajemnego świata, zaczynała jąkać się i pocić obficie. W domu miała trzy lub cztery książki, stały w stołowym pokoju za szybą monstrualnego kredensu, przypominającego jurajskiego gada wbitego ostrymi kłami w seledynową ścianę. Odkurzała je często i zawsze delikatnie, uważnie i z szacunkiem. Ale ten świat już nie istnieje. Dzisiaj mieszkam w ćwierćmilionowym mieście i przymuszając moją pamięć, by odnalazła mi w nim jakąś księgarnię, mimo wysiłków znajduję tylko jedną. Możliwe, że gdzieś indziej, w jakiejś odległej dzielnicy, jest jeszcze jedna. Na pewno nie ma więcej. Książki kupuje się w marketach, między kartoflami i podróbkami adidasów. A ja wciąż je zamawiam i zbieram, chociaż już wiem, że odejdą razem ze mną, pochłonięte przez siłę odśrodkową jakiegoś hydrocyklonu, przestając być Borgesem, Durrellem, Fuentesem, Millerem, Màrai czy Lowrym, a stając się bezimienną, włóknistą, makulaturową masą.

My

Jesteśmy przezabawnymi stworzeniami: porządkujemy rzeczywistość według wzorców, które niezmiernie rzadko są rzeczywiste; dokonujemy ocen na podstawie tego, co pierwsze wpadnie nam do głowy; preferujemy głównie te argumenty, które mają tę zaletę, że potwierdzają nasze własne przekonania; jesteśmy stworzeniami stadnymi, więc czynimy próby, by dopasować się do innych, ale po cichu i tak wierzymy w naszą wyższość i wyjątkowość; we wszystkim chcemy widzieć cel i zasadę, choć od dawna już wiemy, że nasz mózg jest notorycznym kłamcą i perfekcyjną maszynką do wytwarzania wzorów z przypadkowości; z całą powagą domagamy się Prawdy i zawsze optujemy za Prawdą, ale tym, w czym jesteśmy mistrzami i co uprawiamy namiętnie jest Kłamstwo; cenimy sobie nasze przekonanie, że zawsze rozumiemy, co się wokół nas dzieje, choć zwykle nie mamy o tym najmniejszego pojęcia; dumnie i przy każdej okazji powtarzamy slogan „wiem, co robię” i po cichu, bardzo po cichu, zadajemy sobie pytanie, dlaczego postępujemy tak głupio; zawsze chcemy mieć rację, nawet wtedy, gdy nie możemy jej mieć i wiemy o tym, że nie możemy i nie przychodzi nam do głowy, że wypływa to z fundamentalnej potrzeby pewności, silniejszej niż nasz wątły intelekt czy chwiejny rozsądek.

Nogi Bońka

„Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska” – wyznał dzisiaj, już w dzień po pierwszej turze wyborów prezydenckich, szef polskiego futbolu Zbigniew Boniek.

Komentarz jest zbyteczny, ale interesujące byłoby otrzymać od p. Bońka odpowiedź na dwa pytania: 1/ czyimi głosami miałby według niego być wybierany Prezydent Polski i skąd tyle pogardy dla ludzi ze wsi, emerytów i ludzi z wykształceniem podstawowym? 2/ za kogo to uważa się Zbigniew Boniek – za intelektualistę? arystokratę? naukowca? wybitnego specjalistę do zagadnień społecznych? filozofa? za kogo uważa się człowiek, którego najważniejszym, jeśli nie jedynym, „intelektualnym” atutem były, i wygląda na to, że wciąż są, jego nogi? Polska musi być krajem wybitnej tolerancji, jeżeli ludzie, którzy bezpodstawnie uważają się za lepszych, mogą bezkarnie wygłaszać takie opinie. Przekonanie o cudzej niższości budzi i usprawiedliwia pogardę, poczucie, że w stosunku do owej niższej jednostki czy też grupy wszystko wolno i wszystko jest dozwolone. To diametralnie różna postawa od tej, gdy żywimy przekonanie, że to my jesteśmy lepsi, niż przekonanie, że inni są gorsi. W pierwszym przypadku, aby być w zgodzie ze swoimi poglądami, musimy się starać wciąż na nowo udowadniać, że to my jesteśmy lepsi, absolutnie nie dbając o to, że inni mogą być gorsi. W drugim natomiast budujemy samych siebie starając się udowodnić, że inni są gorsi i bezwartościowi. Przekonanie o własnej wyższości, powołaniu, nakłada liczne i uciążliwe obowiązki. Nie ma takich obowiązków, gdy się innymi gardzi i uważa za ludzi niższej kategorii. Pierwsza postawa budzi dumę. Druga tylko nienawiść. W pierwszym przypadku mamy imperializm angielski, a w drugim – zwyczajny faszyzm.

Uczucia

Człowiek gotów popaść w prawdziwą rozpacz, ilekroć u tych, których uważa za bliskich, zamiast zrozumienia i serdecznej pomocy, natrafia na zimne i przenikliwe analizy swoich poglądów i postępków – podstawą naszych związków z innymi ludźmi nie jest bowiem intelekt, lecz uczucia. Nawet w sytuacjach kryzysowych, gdy potrzebujemy pomocy głównie ze strony chłodnego, analitycznego intelektu, chętniej zwracamy się w stronę uczuć, choć ich zdolność w niesieniu nam konkretnej pomocy jest żadna lub nieznaczna. Uczucia są prymarne. Intelekt jest wciąż tylko gadżetem.

Uczłowieczanie zwierząt

Uczłowieczanie zwierząt. Nigdy jeszcze zjawisko to nie było tak masowe i nagminne. Według ostatniej ankiety ponad 70% mieszkańców Ultima Thule jest przekonanych, że zwierzęta – z tej racji, że posiadają mózg – posiadają też mniej czy bardziej bogate życie umysłowe. Ale o tym, czy coś jest umysłem (przekonaniem, bólem, lękiem) nie decyduje przecież to, z czego się składa, lecz to, co potrafi zrobić. Obecność w mózgu cząsteczek glutaminianu nie jest wcale równoznaczna z obecnością umysłu. Nie ma tu żadnego znaku równania. Możliwe więc, że zwierzęta stały się nieco „inteligentniejsze”, ale nasz gatunek wyraźnie obniżył intelektualne progi. Ciekawe, że nikomu nie przychodzi do głowy, iż „umysł” bez języka może być tak różny od umysłu wyposażonego w język, że nawet nazywanie tego pierwszego „umysłem” jest już nieporozumieniem i błędem.